test content
X
login

hasło


X

WPISZ ADRES E-MAIL
PODANY PRZY
ZAKŁADANIU KONTA




ZAREJESTRUJ
Twój Nick
Pod takim Nickiem będziesz widoczny dla innych

login
Może być taki sam jak Twój Nick
Login będzie Ci potrzebny do logowania
hasło

powtórz hasło
Akceptuję regulamin

Zapamiętaj swój login i hasło. U nas nie ma możliwości odzyskania straconego hasła


  Masz już konto?
ZALOGUJ SIĘ
Logowanie
Ustaw stronę jako startową KONKURSY NAJNOWSZE WPISY BLOG TYGODNIA
KATEGORIA
2019-06-09 15:24:35
Lubimyczytać.pl - idealna strona dla wszystkich książkoholików
Nikt nie lubi być sam. Owszem są pewne wyjątki zaciekłych introwertyków, ale nawet oni nie chcieliby żyć samotnie na bezludnej wyspie. Zostaliśmy stworzeni do życia w wspólnocie - w zgodzie, czy w niezgodzie z innymi ludźmi. To dobrze, że nie izolujemy się od innych - stracilibyśmy wiele, gdybyśmy żyli tylko w swoich czterech ścianach. Lecz nie wszystkie wspólnoty zrzeszające ludzi są dobre. No ale takie jest życie, nic nie jest tylko białe, albo czarne.
Już wiele razy narzekałam na niski poziom czytelnictwa w Polsce. Ale to nie tak, że nie ma wcale książkoholików, oni są tylko, że jest ich mniej, niż gdybyśmy tego chcieli; W Internecie można natrafić na bardzo interesującą stronę: lubimyczytać.pl. Jest to najpopularniejsze i najlepsza strona o książkach w Polsce. Nie pamiętam dokładnie co zachęciło mnie do dołączenia do serwisu lubimyczytać.pl, ale wydaje mi się, że aktywnie istnieje na tej stronie już od koło trzech lat. Przez ten czas zdążyłam doskonale poznać tę stronę. Związku z tym chciałabym dzisiaj opowiedzieć Wam o niej - to nie jest reklama, lecz moja szczera i prawdziwa opinia, która ma zachęcić Was do czytania, i zagłębiania się w cudowny świat literatury.
Wywiady - czyli poznaj autora od kuchni. Na lubimyczytać.pl można znaleźć wiele ciekawych i inspirujących rozmów z popularnymi pisarzami. Co więcej niektóre wywiady opierają się na pytaniach zadanych przez czytelników - "internałtów" tej strony; Dlaczego interesujemy się życiem innych osób? Powody mogą być dwa. Po pierwsze jesteśmy ciekawi pożądanego przepisu na sukces, danej osoby. Po drugie, chcemy poznać proces twórczy danego pisarza, ponieważ podziwiamy go i w pewnym sensie chcielibyśmy być tacy, jak on. Większość użytkowników lubimyczytać.pl to zagorzali książkoholicy, którzy pochłaniają książki, jedna za drugą. Wydaje mi się, że 40% osób stale czytających, myśli o napisaniu swojej książki. Ta duża liczba, nie powinna wkradać w wasze serce zdziwienia. Ponieważ osoby kochające czytać książki, nie kochają samego papieru, czy okładki - kochają słowo pisane, które jest dla nich najpiękniejszą formą masowego przekazu. Ludzie rzadko zadowalają się tym, co oferują im inni. Oszem jesteśmy wdzięczy za otrzymane dary, ale zawsze pojawia się to "ale", psujące cały urok otrzymanego podarku. Nie raz myślimy "zrobiłbym to lepiej"; przez to często staramy się wynieść swoje umiejętności, ponad innych, nawet jeśli nasze nie są aż tak wspaniałe. Lecz łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Dlatego jest wielu początkujących pisarzy, którzy nigdy nie zobaczą swojej książki na półce w księgarni. Bo myśleli, że napisanie książki to bułka z masłem, że ich kunszt literacki jest wspanialszy od uznanych, doświadczonych pisarzy (notabene czy, gdy krytykujemy czyjeś dzieło, to czy tym samym nie uważamy, że zrobilibyśmy to lepiej? Owszem możemy porównywać jedną książkę, do drugiej, lecz abstrahując od tego, nie raz zdarzyło nam się być niezadowolonym z jakiegoś aspektu powieści, czy nie uważaliśmy wtedy, że nasze wyimaginowane rozwiązanie było by lepsze?). Kiedy początkujący pisarze, nie potrafią wydoić z siebie ani jednego słowa więcej, poszukują inspiracji, czegoś, co z powrotem napełni ich pisarską wenę. Może właśnie ten moment zwątpienia, pokazuję nam, że ci wszyscy krytykowani pisarze wcale nie są tacy źli w swoim fachu. Bo w końcu udało im się napisać i wydać książkę, a to już coś. I może czytając wywiady mamy nadzieję, że fala życiowego szczęścia spłynie również na nas...
Oceń książkę w skali od jeden do dziesięciu. Na lubimyczytać.pl, każdy użytkownik może korzystać ze swojej własnej internetowej biblioteczki. Mało tego może tworzyć półki, dzieląc powieści na poszczególne kategorie, oceniać, pisać zachęcające, lub krytykujące recenzje... słowem można zrobić z internetowymi książkami dosłownie wszystko (no prawie); Czy warto oceniać książki? Moim zdaniem warto, ponieważ dzięki temu formujemy przemyślaną opinię na temat jakieś powieści. Oczywiście nieraz trudno przenieść kotłujące się w nas emocje na adekwatną ilość gwiazdek, ale taka ocena, choćby nie do końca prawdziwa, jest lepsza, niż żadna. Na pewno lepiej starać się zinterpretować nasze zachowanie po przeczytaniu lektury, niż odłożyć ją na półkę, nie przemyślawszy jej do końca. Przyznaje, że niektóre powieści trudno mi oprawić w sztywną, dziesięciogwiazdkową ramę, lecz to tylko pewien symbol, znak o wielu znaczeniach, który nigdy nie opiszę bezbłędnie jakieś książki. Po za tym obserwując naszą internetową biblioteczkę, możemy w łatwy sposób zauważyć zmiany, jakie w nas zachodzą. Ponieważ książki, które czytamy świadczą o nas, o naszym charakterze, czy wyznawanych wartościach. Kiedy przeglądam książki, które czytałam kilka lat temu, dziwię się, jak mogłam się zachwycać młodzieżówkami, skoro już wtedy miałam pod ręką cudowną literaturę piękną.
Książki nowe, kupowane, jak świeżo upieczone bułeczki. Na żadnej książkowej stronie, nie może zabraknąć wydawniczych nowości, które cieszą fanów literatury współczesnej. Ale jak to jest z tymi nowościami, jakie książki są na ogół reklamowane? Na szczęście mogę powiedzieć, że lubimyczytać.pl nie ma żadnych preferencji gatunkowych. Jednakże wydaje mi się, że najczęściej występującym gatunkiem literackim, są kryminały. Ale to chyba ze względu na popularność tego gatunku - kryminały pojawiają się na rynku, niczym grzyby po deszczu. Naprawdę, jeżeli miałabym wskazać najpopularniejszy i najbardziej ogólny gatunek (dobry zarówno dla mężczyzn, jak i dla kobiet), to bez wahania postawiłabym na kryminały; Czy warto czytać nowości? Trudno powiedzieć, w końcu nowy wcale nie znaczy dobry. Ale na pewno warto być na bieżąco i wiedzieć co w trawie piszczy. Choćby po to, aby móc w swoim czasie kupić dobrą, wartościową książkę. Bo, jak już poświęcamy jakieś lekturze czas, to lepiej stawiać na jakość, a nie na ilość.
Te trzy główne tematy, które udało mi się dzisiaj omówić, to dopiero kropla w oceanie możliwości, jakie daje najlepsza strona dla wszystkich książkoholików - lubimyczytać.pl. Zachęcam, nie tylko do zapoznania się z tą stroną, ale również do czytania, myślenia, oglądania filmów, czyli ogółem do korzystania z kulturowego dobra, jakie oferuje nam świat. Bo nie warto marnować czasu na "bzdury", szczególnie, jeśli żyje się tylko raz.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 0 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.
Uwaga książkoholicy!
Każdy z Was znajdzie coś dla siebie w księgarni taniaksiazka.pl
Wybierz coś dla siebie spośród tysięcy książek!

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2019-05-28 22:07:47
Czy można pisać i żyć z dysleksją?
Wspominałam kiedyś, że napiszę Wam coś więcej o mojej dysleksji. Długo odkładałam ten temat na później, ale dzisiaj stwierdziłam, że warto stanąć twarzą w twarz z moją "przypadłością". Może dzięki temu wpisowi dowiecie się czegoś więcej o trudnościach życia dyslektyka (notabene w tym wpisie będę mówiła o sobie i swoich doświadczeniach, więc proszę nie przypisywać moich cech, trudności innym dyslektykom, którzy są zupełnie inni, niż ja).
Dysleksja to pewne zaburzenie, które można zaobserwować już u małych dzieci. Jednakże fachowo dysleksję można podejrzewać/potwierdzić dopiero po skończeniu trzeciej klasy szkoły podstawowej. Ważne jest, aby zrozumieć, że z dysleksją ludzie się rodzą i z dysleksją umierają. Choć nie można się z tego "wyleczyć", to warto nad tym pracować. Ponieważ ciężka praca może znacząco zmniejszyć nasze trudności.
Założę się, że każdy z Was ma co najmniej jednego dyslektyka w klasie. Badania pokazują, że w Polsce 10-15% dzieci ma dysleksję. Ten duży odsetek populacji, z roku na rok się powiększa, ponieważ dysleksja jest dziedziczna. Związku z tym moglibyśmy nazwać dysleksję chorobą - nieuleczalną. Ale zaraz, zaraz nie róbmy z dyslektyków śmiertelnie chorych ludzi. Bo dysleksja nie jest wcale taka zła, a przynajmniej da się z nią żyć.
Każdy radzi sobie ze swoją "przypadłością" inaczej. Wydaje mi się, że wiele osób wcale sobie z nią nie radzi, ponieważ zwyczajnie nie zwraca na nią uwagi. Ja zwracam, może dlatego, że ciągle mam do czynienie ze słowem pisanym, więc codziennie "na własnej skórze" odczuwam skutki mojej dysleksji. Nie raz wpędza mnie to w niemałą frustrację - w końcu jak mogę czasami nie wiedzieć, jak napisać poprawnie proste słowo po polsku? Wiem, że to wydaje się absurdalne, ale tak jest i wydaje mi się, że już nic, nigdy tego nie zmieni. Lecz każdy ma jakieś trudności. Jedni mają dysleksją, drudzy problem z kręgosłupem, a jeszcze inni bardzo boją się obcować z innymi ludźmi. Taka jest prawda, takie jest życie. Co można związku z tym zrobić? Nie ma jednej, poprawnej odpowiedzi na to pytanie. Na pewno ważne jest, aby pracować nad swoimi słabościami, aby strać się być lepszym człowiekiem we wszystkich sferach swojego życia.
Chce w tym wpisie obalić jeszcze jeden stereotyp. O tuż dyslektyk, pomimo swoich trudności, nie jest mniej inteligentny, czy mądry, od przeciętnego "normalnego" człowieka (nie mówię tutaj o ciężkich przypadkach dysleksji). W prawdziwym życiu "nic" nie otrzymamy za darmo - nawet wady "przychodzą do nas", równocześnie z zaletami. Dlatego dyslektycy są tak różni od "pozostałych". Bo oni rozwijają w sobie inne cechy i umiejętności. Przez to muszą się jakoś wyróżniać, skoro życie dało im i zabrało, co innego, niż u "innych"... Ta inność czasem działa na niekorzyść dyslektyka - w końcu w dzisiejszym świecie zazwyczaj inne, znaczy gorsze; Kiedyś pewna nauczycielka po kilku miesiącach nauki zapytała, kto jest dyslektykiem w naszej klasie. Niepewnie podniosłam rękę do góry, chcąc w minimalnym stopniu zaznaczyć swoją obecność. Nauczycielka dostrzegła moją podniesioną rękę i głośno wyraziła swoje zdziwienie; Była bardzo zdziwiona, że jestem dyslektykiem, zapewne nie spodziewała się tego po mnie. Bo może uważała, że jestem za "mądra", jak na dyslektyka? Albo spotkała w swoim życiu dużo gorsze przypadki dysleksji i na moje "problemy" mogłaby zbyć lekceważącym ruchem ręki. Osobiście stawiam na tę drugą opcję, ale niewykluczone, że gdyby ta sama sytuacja przytrafiła się komuś innemu, pytająca osoba mogłaby zareagować w inny sposób.
Czy można pisać i żyć z dysleksją? Żyć na pewno można, pisać gorzej. Oczywiście, jeżeli chodzi o wszelkiego rodzaju prace literackie, to liczy się przede wszystkim pomysł, a nie sposób jego przedstawienia (bo każdy może pokusić się na zgrabną parafrazę, lecz nie każdy potrafi wymyślić coś, co ktoś inny chciałby sparafrazować). Niestety świat, w którym żyjemy nie jest zbyt wyrozumiały. Może się okazać, że zawarte w jakimś tekście mankamenty będą dla kogoś "problemem" nie do pokonania. Sama muszę się przyznać, że irytują mnie wszelkiego rodzaju błędy ortograficzne, gramatyczne, czy logiczne, w tekstach, które czytam. Jako odbiorca oczekuje od pisarza pewnego profesjonalizmu, w którym nie ma miejsca na liczne pomyłki. Wiem, że nie jestem zbytnio wyrozumiała, ani empatyczna w tej kwestii. Ale uważam się (odnośnie do literatury) za optymistyczno-realnego krytyka, którego pomimo pozytywnego nastawienia trudno zaskoczyć, czy zachwycić; Lecz każdy może pisać, niezależnie od tego, czy robi to dobrze, czy źle. Jeżeli zależy nam na szerszym gronie odbiorców, to zachęcam do znalezienia sobie zaufanego korektora. Może to być koleżanka z klasy, lubująca się w przestrzeganiu zasad ortografii. Ważne, aby ta osoba poprawiała tylko nasze błędy, a nie parafrazowała nasz tekst wedle swojego uznania.
Jeżeli ktoś mówi Ci, że Twoja dysleksja Cię ogranicza, że nigdy nie będziesz "normalny", to pokaż mu jak bardzo się myli. Bo tylko my możemy wyznaczyć granice naszych możliwości - tylko my, nikt inny.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 1 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.
Jeśli interesuje Cię temat dysleksji, zajrzyj tutaj!
Znajdziesz tu między innymi wiele poradników, ćwiczeń i programów wspomagających naukę.

Komentarze:

Data: 2019-05-31 15:45:23

Autor: Morrigan

Dobrze, że o tym piszesz <3
Data: 2019-06-01 10:21:58

Autor: Jothanne Washington

;D <3
Zaloguj się aby komentować.
2019-05-26 22:03:49
Becoming. Moja historia - Michelle Obama
Człowiek jest z natury zdobywcą. W trakcie swojego życia stara się ciągle piąć w górę w swojej drabinie celów i marzeń. Dążymy do tego, aby coś zdobyć - osiągnąć sukces i szczęście. To dobrze, że mamy przed sobą jakieś cele, że poszukujemy perspektyw. Gdyby zabrakło w naszym życiu czegoś, co ciągnie nas na przód, moglibyśmy się tylko staczać w dół, lub trwać w konserwatywnym zawieszeniu. Ale czy zawsze nasze cele i pragnienia są prawdziwe? Czy wychodzą z głębi naszego serca, czy może są tylko poprawną odpowiedzią na oczekiwania innych? To bardzo ważne pytanie, które każdy powinien sobie zadać. Bo żyje się tylko raz, więc nie warto trwać w błędnym kole ciekawskich spojrzeń i nachalnych rad.
Każdy nosi w sobie co najmniej jedną nieopowiedzianą historię. Większość z nas dusi w sobie ten wewnętrzny głos, nie daje mu szansy odpowiednio dobrze wybrzmieć, skazuję go na zapomnienie. Czasami ludzie za bardzo przejmują się opinią innych, zamiast nie bacząc na ciekawskie spojrzenia sąsiadów iść naprzód. Ale może warto poddać się temu wewnętrznemu instynktowi? Oczywiście, jeśli ma się coś ciekawego do opowiedzenia.
Często kiedy czytam fabularne powieści, na kartach książki odkrywam dusze i myśli autora. Lecz czasami nie muszę w ogóle szukać, ponieważ autor raczył odkryć swój codzienny koc metafor; Nie czytam za dużo biografii, a już w szczególności autobiografii. Ale czasem może warto zanurzyć się w autentyczny świat popularnych osób. Na pewno książka jest lepsza od ciągłego oglądania Instastory. W dzisiejszym świecie jesteśmy ciekawi życia innych ludzi (szczególnie tych popularnych, docenianych). Ciekawość to nie zawsze pierwszy stopień do piekła, lecz nadmierne zaglądanie komuś pod dywan również nie jest dobre. Lecz od kiedy zwracamy uwagę na to co jest dobre, a co złe? Zazwyczaj idziemy pewnym krokiem do przodu i przejmujemy się konsekwencjami dopiero po fakcie; Przyznam, że to ciekawość zachęciła mnie do sięgnięcia po tę autobiografię. Tak, przeczytałam "Becoming. Moja historia" Michelle Obamy, dlatego, że po prostu byłam ciekawa życia w białym domu - czasem trudno powstrzymać się od zaglądania komuś pod dywan, szczególnie, kiedy jest to dywan pierwszej damy.
Gdybym rzuciła niezobowiązująco podczas rozmowy nazwisko "Obama", to wszyscy jednomyślnie pomyśleli by o Baracku Obamie, 44 prezydencie Stanów Zjednoczonych. To właśnie cała prawda o roli i pracy pierwszej damy. W XXI wieku nie ma nic gorszego, dla kobiety pracującej, niż kojarzenie jej, jako ozdoby, dodatku do jej męża. Całe szczęście Michelle Obama nie dała się zwieść stereotypom przypisanej jej roli. "Niestety" już na zawsze będzie żoną byłego prezydenta USA. Ale dzięki swojej szeroko zakrojonej działalność charytatywnej Michelle nie jest tylko żoną, lecz kimś więcej - kimś, pod kogo nie przygotowano żadnych restrykcji, czy wymóg. Michelle Obama żyła przez osiem lat w białym domu i przez cały ten czas pozostała od początku, aż do końca sobą. Mało tego nie bała się zabrać głosu w ważnych sprawach; bronić swoich przekonań i dążyć, pomimo szeroko zakrojonej krytyki, do wyznaczonego celu. Taka postawa zasługuje na owacje na stojąco, bo nie każdy z nas podjąłby się takiego wyzwania.
"Becoming. Moja historia" to bardzo dobra autobiografia Michelle Obamy. Autorka książki snuję swoją opowieść, zaczynając od dzieciństwa w południowej dzielnicy Chicago, a kończąc na wielkiej wyprowadzce z białego domu, która w pewien sposób zakończyła życie polityczne Obamów. Piszczę w pewien sposób, ponieważ zarówno Barack, jak i Michelle Obama są swego rodzaju autorytetami - ich obecne działania mają ogromny wpływ, nie tyle co na politykę, ale na moralność ludzi z całego świata. Moim zdaniem moralność, czyli sposób odróżniania dobra od zła, jest dużo ważniejsza od polityki. Bo władza, rząd, ciągle ulega zmianie, podczas gdy, dobro i zło już od wieków pozostaje niezmienione.
Michelle Obama napisała swoją autobiografię, nie po to, żeby pochwalić się swoimi sukcesami, ale po to, by pokazać światu, że każdy jest dość dobry, aby osiągnąć wszystko, czego tylko zapragnie. I nie ważne jest to, czy jest się białym, czy czarnym, biednym, czy bogatym - ważna jest ciężka praca i uparte dążenie do wyznaczonego celu. Jeśli posiadamy te cechy, jeśli chcemy się nich nauczyć, to jesteśmy w stanie osiągnąć wszystko. Na przykład Michelle Obama swoją ciężką pracą pokazała, że nawet czarnoskóra, biedna kobieta, może niczym królowa przechadzać się korytarzami białego domu; Książka "Becoming. Moja historia", daje nadzieję na osiągnięcie w życiu sukcesu - sprawia, że zaczynamy wierzyć w popularne powiedzenie: ciężka praca, popłaca. Mnie osobiście ta autobiografia bardzo zainspirowała do działania. Bo po co "siedzieć na tyłku" i przeglądać w nieskończoność Instagrama, skoro można w tym samy czasie zrobić dużo innych, pożyteczniejszych rzeczy? W obliczu wyższych wartości, takie marnotrawstwo czasu wydaje się wręcz grzechem. Carpe diem! - chwytaj dzień, jak pisał Horacy. Przeżyj każdy następny dzień, tak jakby miał być on twoim ostatnim. A to znaczy nie odkładaj na później, lecz przystąp do działania już teraz; Niedokładnie taka jest konkluzja autobiografii Michelle Obamy (notabene myślę, że autorka chciała zwrócić naszą uwagę na możliwości, jakie oferuje nam świat; chciała, abyśmy nie dali się zwieść stereotypom i żyli tak, jak chcemy żyć; chciała byśmy byli pewni siebie i swoich umiejętności, abyśmy na każde zwątpienie i porażkę, mogli odpowiedzieć zdecydowanym głosem: Tak, jestem dość dobra/dobry.), to tylko moja interpretacja pewnych, zawartych w książce wydarzeń.
Autobiografia Michelle Obamy pt. "Becoming. Moja historia" to rewelacyjne, autentyczne świadectwo byłej pierwszej damy USA. Wszyscy zdecydowanie powinni przeczytać tę książkę, ponieważ warto karmić się nadzieją, szczególnie, jeśli jest to nadzieja prawdziwa; Polecam.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 1 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.
Książkę "Becoming" oraz wiele innych znajdziesz w księgarni internetowej taniaksiazka.pl
Sprawdź ofertę i wybierz coś dla siebie!

Komentarze:

Data: 2019-05-31 15:46:30

Autor: Morrigan

Muszę przeczytać <3
Data: 2019-06-01 10:22:20

Autor: Jothanne Washington

Koniecznie! <3
Zaloguj się aby komentować.
2019-05-21 20:45:39
Czarna dziura w historii świata
Jeśli postrzegamy czarną dziurę jako pewny symbol niebytu, to bardzo łatwo będzie nam zauważyć, że owe "czarne dziury", nie występują tylko w kosmosie.
Czasami trudno mówić o pewnych sprawach. Słowa nie zawsze są w stanie oddać wszystko w skali jeden do jednego. Właściwie nie istnieje coś takiego, jak obiektywne pióro. Owszem są gatunki literackie, w który autor nie ujawnia się osobiście, tylko za pomocą innych osób, kieruję spojrzenie czytelnika na pewne sprawy. Ale pomimo wszelkich starań, napisanie "literackiej encyklopedii" nigdy nie będzie możliwe. Ponieważ pisanie, to tak naprawdę przelewanie swoich myśli na papier; a myśleć, znaczy mieć swoje zdanie.
Jest wiele rodzajów literatury. Myślę, że najwartościowsza i najbardziej głęboka jest literatura wojenna. A na literatura wojenna to nie tylko "Kamienie na szaniec" Aleksandra Kamińskiego, lecz dużo, dużo więcej powieści, a w zasadzie dokumentów, które tworzą historię naszego narodu. Nie można ich zlekceważyć, czy ciągle odkładać na później. My nie pamiętamy wojny. W zasadzie jesteśmy drugim/trzecim pokoleniem, które żyję w czasach względnego pokoju. Ale fakt, że urodziliśmy się w wszechogarniającym dobrobycie, nie usprawiedliwia nas do porzucenia, zapomnienia tego tematu. Uważam, że ciągle na nowo powinniśmy sobie uświadamiać jakimi jesteśmy zwierzętami. Wszyscy dobrze wiedzą, jakie rzeczy działy się w trakcie trwania II wojny światowej (lecz nie tylko tej wojny, ale wszystkich innych również). Człowiek, człowieka obdarł z godności. Zachował się, jak zwierzę, a właściwie gorzej. Ponieważ zwierzęta zabijają się nawzajem po to, aby przetrwać, a człowiek zabija człowieka, dla własnych, egoistycznych korzyści. Nie można w jakikolwiek sposób usprawiedliwić celowej śmierci drugiej osoby. Morderstwo, zawsze jest morderstwem, bez względu na okoliczności.
Zawsze łatwiej jest o czymś mówić, niż samemu to przeżyć. Byłam dzisiaj w Oświęcimiu, na klasowej wycieczce. Teoretycznie mogłabym powiedzieć, że znalazłam się za ponad dwu metrowym drutem kolczastym i przeżyłam. Lecz co to za wyczyn, skoro obecnie płot śmierci, jak tak samo nie szkodliwy, jak moja lśniąca, czarna brama przed domem. Te dwa różne odgrodzenia, to bardzo ciekawe antonimy. Ludzie w XXI wieku lubią odgradzać się od innych. Z tego powodu budują mury kute, lub drewniane, które tworzą ich wewnętrzny, rodzinny azyl. Kiedy wracamy do domu, kiedy otwieramy skrzypiącą furtkę, czujemy ulgę i radość, bo wiemy, że jesteśmy u siebie. Tu na swoim terenie, wśród swojej rodziny, która uszczęśliwia nas i daje nam poczucie spełnienia. Siedząc w domu, pijąc poranną kawę, czy spokojnie oglądając telewizję, nie przeszkadza nam fakt, że przez płot, który zbudowaliśmy jesteśmy w pewien odcięci od świata. Musiałam pojechać do Oświęcimia, aby zauważyć ten prosty system budowania klatek. Bo czy twierdza obtoczona murem, nie jest klatką z jednymi, małymi drzwiczkami? Tak samo jest z naszymi domami i obozami koncentracyjnymi. Nie oszukujmy się, jesteśmy zwierzętami, które mogą być wolne, lecz tej wolności nie chcą.
Nie chciałabym za dużo pisać o Auschwitz. Są rzeczy, które nie wymagają pięknie dobranych słów. Warto pamiętać, że słowa niepodparte doświadczeniem, są tylko nic niewartymi słowami, które może napisać i powiedzieć każdy. Dlatego ważna jest nasza historia i wiedza, nawet jeżeli zachowalibyśmy ją tylko dla siebie. Bo tak naprawdę jesteśmy zbiorem wspomnień, historii, które nas tworzą. Nie można tworzyć siebie, bez prawdziwych fundamentów. Zadbajmy o niej, byśmy mogli być ludźmi, a nie zwierzętami.
Każdy z nas miał już jakąś styczność z literaturą wojenną. Na pewno na świecie istnieją jej zwolennicy, jak i przeciwnicy. Lecz faktem jest, że nie powinno się za dużo czytać takich książek. Oczywiście każdy powinien znać historię swojego kraju i świata, ale nie można zapomnieć, że historia jest już historią. Dlatego nie każdy Niemiec to zabójca. Dlatego nie każdy budynek obtoczony płotem, to obóz koncentracyjny. Dlatego nie każdy napotkany człowiek, to zdrajca, nieprzyjaciel, któremu nie można ufać. To bardzo ważne, aby o tym pamiętać i nie przekreślać danego narodu z powodu kilku, lub kilkudziesięciu jednostek. Człowiek po urodzeniu to niezapisana biała kartka, której nie można uosabiać z grzechami przodków danej osoby.
Naszą przeszłość tworzy jedna czarna dziura. Składają się na nią wszystkie wojny i błędny naszych przodków. Naszym głównym zadaniem, jest nie dopuścić do powstania kolejnych, ciemnych otchłani bez dna. Więc bądźmy szczęśliwi, żyjmy tak, jak chcemy, lecz nie krzywdźmy innych. Stwórzmy nowy, lepszy świat. Ale nie utopię, która nie ma prawa bytu. Ale prawdziwy świat z krwi i kości, lecz pozbawiony zwierząt, tylko przepełniony po brzegi ludźmi.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 1 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.
Jeśli interesujecie się historią, koniecznie zajrzyjcie tutaj.
Znajdziecie tu zarówno książki naukowe, jak i wspomnienia świadków wydarzeń historycznych.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2019-05-19 18:01:46
Sztuka dla sztuki i dla ludzi
Nie można mówić o cywilizacji i sensie egzystencji, nie zahaczając o temat sztuki. A samo słowo "sztuka" jest pojęciem nad wyraz ogólnym i nie do końca zdefiniowanym. Bo nie da się wyznaczyć ram, czy granic sztuki. Ponieważ sztuka może być wszystkim i niczym zarazem. W tym wypadku bardzo łatwo porównać "Mona lise" do "Czarnego kwadratu na białym tle" Kazimierza Malewicza. Zestawiając tak różne dzieła, możemy z łatwością zauważyć rzucający się w oczy kontrast, pomiędzy poszczególnymi dziedzinami sztuki. A przecież niezależnie od formatu i rodzaju dzieła, sztuka pozostanie sztuką.
Jak często jesteśmy w muzeach, czy galeriach obrazów? Typowy, przeciętny człowiek XXI wieku nie spędza każdego wolnego weekendu podziwiając piękno i głębie, w łatwo dostępnych w swojej okolicy dzieł. O wiele bardziej od wycieczki do galerii sztuki, woli wybrać się do parku rozrywki, czy do kina na kolejny "marvelowski" film. Nie chcę tutaj nikogo oceniać, sama muszę przyznać, że ciężko jest mi przekonać moich domowników do zwiedzenia jakiegokolwiek muzeum, czy galerii. Skłoniło mnie to do refleksji na temat naszego rozrywkowego stylu życia. Współczesny człowiek coraz rzadziej szuka odpowiedzi na podstawowe egzystencjalne pytania - zamiast tego woli włączyć kolejny odcinek serialu na Netflixsie i na kolejne czterdzieści pięć minut zapomnieć o otaczającej go rzeczywistości, skupiając się na wyimaginowanych bohaterach, i zdarzeniach. Ludzie sami siebie ogłupiają. W końcu schematycznemu, współczesnemu "ja" do szczęścia wystarczy naprawdę niewiele - zaledwie telefon i Internet. A gdzie wśród tego fundamentu znajduje się miejsce dla sztuki? Dla swego rodzaju muzyki i przewodnika po ludzkiej duszy? Nie ma, nie ma miejsca we współczesnym świecie dla sztuki. Oczywiście jest wiele osób, które naprawdę doceniają sztukę, które je naprawdę tworzą, ale jest ich zaledwie garstka, w porównaniu do całej rzeszy fanów Marvela i wszystkich netflixsowych produkcji. To przygnębiające. Bo czy nie warto od czasu, do czasu poświęcić jeden bilet do kina, na rzecz jednej wizyty w muzeum?
Obrazy są w pewien sposób podobne do filmów - żyją w nas na długo, po ich zobaczeniu. Oczywiście nie wszystkie, ale te niektóre, wybrane stają się ważnym elementem naszej duszy. Niektóre działa wymagają od nas większego zaangażowanie intelektualnego. Są to najczęściej owoce sztuki współczesnej, czy jakiegoś innego abstrakcyjnego, surrealistycznego kierunku w malarstwie. Czasami, kiedy stoimy przed takim dzieła dotyka nas frustracja, ponieważ nie potrafimy odgadnąć co autor miał na myśli. To nie szkodzi. Nie musimy być mistrzami interpretacji, czy dedukcji, by podziwiać takie obrazy. Bo nie ważne, jakie jest prawdziwe znaczenie obrazu, ważne jest to, co ten obraz znaczy dla Ciebie. I to jest, moim zdaniem prawdziwie piękno sztuki. Ponieważ gdyby sztuka nie była by wolna, to nie była by sztuką, pozwalająca na indywidualną i subiektywna interpretację. A najważniejsze, w interpretacji czegokolwiek jest myślenie. Bo jeżeli zastanowimy się głębiej nad jakimś dziełem, to na pewno dojdziemy do jakiś wniosków i refleksji.
Dlaczego warto obcować ze sztuką? To bardzo ważne pytanie, na które warto szukać odpowiedzi. Sztuka, to coś niezwykłego i nieszablonowego. Kiedy obcujemy ze sztuką, zrywamy z ramami, ograniczeniami, jakie narzuca nam otaczający nas świat. Wkraczamy wtedy w sferę intelektualną, duchową, która może nas doprowadzić do ścieżki, prowadzącej do innego, głębszego świata. Obcować ze sztuką, to znaczy jeść i nigdy w pełni się nie nasycić. Bo wystarczy jedno spojrzenie na dzieło znakomitego artysty, by się w nim dogłębnie zakochać. Sztuka uczy nas piękna, miłości i cierpienia. Te trzy "rzeczy", to najczęstsze tematy podejmowane przez artystów. Uczą one nas, jak niewiele trzeba do zatracenia się w cierpieniu; jak niewiele trzeba, by dostrzec w otaczającej nas rzeczywistości piękno; i jak niewiele trzeba, by powiedzieć swoim bliskim proste "Kocham Cię". Cały świat chce nam przekazać podstawowe, fundamentalne wartości. Mogą one wydawać nam się banalne, czy oczywiste, ale przez swą prostotę wcale nie są mniej ważne; Sztuka to pokarm dla duszy. To natchnienie naszego wewnętrznego "ja", które ciągle potrzebuje inspiracji. Nic tak nie pobudza do tworzenia i postawienia decydującego kroku naprzód, jak wizyta w ciekawym muzeum, czy w popularnej galerii sztuki. Warto, choćby dla samego siebie obcować ze sztuką. Bo sztuka nie jest tylko dla sztuki, ale również dla ludzi.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.
Chcecie sami spróbować swoich sił jako twórcy?
Szeroki wybór farb i innych materiałów plastycznych znajdziecie na stronie creativehobby.pl

Komentarze:

Data: 2019-05-23 19:03:27

Autor: piórkiem_po_słowach

Mega podobają mi się twoje wpisy, zapraszam do mnie!
Data: 2019-05-25 10:57:07

Autor: Jothanne Washington

Dziękuję bardzo za komplement; czytałam kilka Twoich wpisów i również są bardzo fajne ;D.
Data: 2019-05-31 15:53:24

Autor: Morrigan

Nie lubiłam tego obrazu, aż zobaczyłam filmik na yt na kanale Architekture is a good idea. Polecam :D
Data: 2019-06-01 10:26:54

Autor: Jothanne Washington

Oo, to muszę koniecznie zobaczyć ten filmiki, chociaż ja osobiście bardzo lubię ten obraz ;D.
Zaloguj się aby komentować.
2019-05-14 22:01:32
Muzyka - czyli abc popkultury
Temat popkultury, czyli tzw. kultury masowej, jest bardzo rozległy - można by było długo polemizować w tym temacie. Mówiłam już niejednokrotnie na temat filmów i książek, a dzisiaj chciałabym przyjrzeć się bliżej najpopularniejszym rodzajem popkultury, jakim jest muzyka. Bo nie ukrywajmy, jeżeli ktoś nie czyta książek, ani nie ogląda filmów, to na pewno słucha muzyki. A z tych trzech rzeczy najpopularniejsza jest właśnie muzyka. Praktycznie każdy w dzisiejszych czasach słucha swoich ulubionych wykonawców i utworów. A jeżeli takowych nie ma, to zapewne zadowala się hitami puszczanymi w radiu. Na początku tego wpisu chciałabym zaznaczyć, że ja absolutnie na muzyce się nie znam i nie jestem wielką muzyko maniaczką. Owszem bardzo lubię słuchać moich ulubionych utworów, czy wykonawców, jednakże dla mnie muzyka sama w sobie nie istnieje. Traktuje ten rodzaj popkultury, jako pewnego rodzaju uzupełnienie do ważniejszych czynności, które wykonuje w trakcie słuchania muzyki. Często muzyka jest dla mnie ważnym głosem, zakłócającym ciszę. Bo jeżeli aktualnie jestem zmęczona, lub potrzebuję czegoś, co zagłuszy moje myśli, to włączam sobie delikatnego rocka i delektuje się chwilą wypoczynku i wytchnienia (oczywiście nie leżę na kanapie i nie słucham muzyki, tylko przeglądam sobie w tym czasie lubimyczytać.pl, i życie od razu staje się piękniejsze). Lecz największym atutem muzyki, jest moim zdaniem jej rytmiczność, która pozwala do niej tańczyć na tysiąc różnych sposobów. Bo kiedy tańczę, to właściwie muzyka nie ma dla mnie znaczenia (oczywiście, ważne, aby dany utwór posiadał odpowiedni rytm i takt, pozwalający na zatracenie się w cudownym walcu, czy Cha-Cha-Chy). Lecz ważniejsze jest to z kim tańczę, a nie do czego. Naprawdę w takich sytuacjach nawet najbardziej denne disco polo mnie zadowoli. Ale zostawmy może tę kwestę i skupmy się na poważniejszych sprawach.
Kiedy przechadzamy się ulicami naszego rodzinnego miasta, nietrudno nam zauważyć sporą grupę osób, słuchającą przez słuchawki muzyki. Może ty również należysz do tej grupy? Wiele osób irytuję, bądź nawet denerwuje takie zachowanie. Bo nic tylko chodzą i słuchają, całkowicie odcięci od świata. Po części zgadzam się z tą opinią. Ponieważ kiedy zakładamy słuchawki i włączamy głośną muzykę, przestajemy żyć tu i teraz. Zamiast tego zanurzamy się w swój wewnętrzny świat, pełen różnorakich melodii. To nie do końca źle, odcięcie się od swoim problemów jest dobre, ale w domu. Bo słuchając muzyki na ulicy, automatycznie zamykamy się na otaczający nas świat. Czyli tracimy, tym samy możliwość obcowania z naturą, krajobrazem wielkomiejskim, czy przechodzącymi koło nas ludźmi. To niewyobrażalna strata, ponieważ taka sama chwila, taki sam moment w naszym życiu, już nigdy się nie powtórzy. Dlatego najlepiej przechadzać się ulicami miasta obserwując; oddając się rozmyślaniom nad pięknem i nieszablonowością otaczającego nas świata.
Warto jeszcze zastanowić się nad tym, czego tak naprawdę słuchamy. Bo skoro poświęcamy sporą część naszego życia słuchając muzyki, to należy zadbać o odpowiednie treści, którymi raczymy nasze uszy i mózg. Lepiej nie marnować czasu na "byle jaką", pozbawioną głębszego sensu muzykę. A niestety zazwyczaj taka właśnie jest, ta nasze współczesna kultura masowa - robiona pod szeroko zakroją publiczność i dla jak największego zysku. Taka metoda "produkcji" muzyki bardzo źle wpływa na jej jakość. Bo jeżeli coś jest robione na szybko i "po łebkach", to nie jest tak dobre, jak mogło by być. Wobec tego, jak słuchać mądrej muzyki we współczesnym świecie? Najlepiej wybierać utwory starszych wykonawców, które nie zdążyły "przesiąknąć urokiem" współczesnej popkultury. Natomiast jeżeli wolicie bardziej współczesne kawałki, to ja polecam wam muzykę alternatywną, która jak sama nazwa mówi jest inna (alternatywna), niż wszystkie inne gatunki muzyki.
Dlaczego można nazwać muzykę podstawą naszej popkultury? To proste, wystarczy spojrzeć na filmy. Popkultura, czyli kultura masowa, to znaczy, że wyroby tego całego organu trafiają do jak największego grona odbiorców. Mało tego, kultura ta musi być zrozumiała i ogólnodostępna; Drugim najpopularniejszym rodzajem popkultury jest film. W dzisiejszych czasach trudno nam wyobrazić sobie film pozbawiony muzyki. Owszem kiedyś filmy nieme były normą, lecz dzisiaj żyjemy w świecie o zdecydowanie wyższych standardach i wymaganiach - które rodzą się z zasobu nieograniczonych możliwości. Trudno mi wyróżnić trzeci odłam popkultury. Ja osobiście wskazałabym cudowne słowo pisane. Jednakże biorąc pod uwagę tragiczny stan czytelnictwa w Polsce, wątpię, czy dużo osób przyznałoby mi rację w tej kwestii; Tak, czy inaczej wiem, że wiele osób umila sobie czytanie puszczoną w tle muzyką. To jak najbardziej "okay", ale tylko pod warunkiem, że dramatyczne tło przeróżnych dźwięków, nie odciąga uwagi odbiorcy od treści lektury. Bo bez sensu jest robić dwie rzeczy "byle jak". Lepiej zrobić jedną dokładnie i dobrze, niż kilka źle, i "po łepkach".
Podsumowując: warto słuchać muzyki, ale tylko tej dobrej i wartościowej. A najlepiej robić to w domu, w swoim prywatnym, indywidualnym azylu.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 1 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.
Każdy miłośnik muzyki z pewnością znajdzie coś dla siebie w ofercie księgarni taniaksiazka.pl
Płyty CD, książki, programy i wiele, wiele więcej!

Komentarze:

Data: 2019-05-15 18:16:42

Autor: Morrigan

Muzyka to bardzo ważna cześć mojego życia, ponieważ sama gram i tworzę. Nie znoszę, gdy ktoś idąc ulicą puszcza muzykę z głośników. Dla mnie to naruszenie mojej przestrzeni osobistej, więc jak ktoś lubi muzykę, to niech jednak używa słuchawek. Lubię Iron Maiden, Metallicę, a z czegoś lżejszego np. Billie Eilish :D
Data: 2019-05-15 20:02:46

Autor: Jothanne Washington

Zgadzam się w zupełnością, że puszczanie muzyki z głośników na ulicy jest nie na miejscu; tak, muzyka to wspaniała forma wyrażenia swojej artystycznej duszy :D <3
Zaloguj się aby komentować.
2019-05-12 21:29:54
Życie Pi
Stoisz na łodzi. Jesteś sam pośrodku niemającego granic oceanu. W pobliżu nie ma nikogo, kto mógłby cię uratować, no może oprócz pewnego tygrysa bengalskiego, który co prawda może ci pomóc tylko w jeden sposób - zjadając cię i kończąc twoje cierpienie.
Pewnie każdy z nas zna popularny film, nakręcony na podstawie książki pt. "Życie Pi". Czytałam powieść Yanna Martela trzy lata temu i muszę przyznać, że wtedy nie za bardzo mi się podobała. Przebrnęłam przez początek książki, wydał mi się nawet ciekawy, ale później, kiedy miałam do czynienia tylko z dwoma bohaterami: chłopcem i tygrysem, powieść zaczęła mi się dłużyć niemiłosiernie. Odliczałam strony i rozdziały do końca lektury. W końcu z niemałą ulgą skończyłam tę książkę. Zakończenie nie zrobiło na mnie aż tak dużego wrażenia, ale podobała mi się alternatywna historia w nim zawarta.
Zarówno książka, jak i film opowiada historię o młodym chłopcu, który w obliczu morskiej katastrofy znalazł się sam, na sam z tygrysem na otwartym oceanie. Tytułowy bohater, Pi prowadzi bardzo rozbudowane życie duchowe, jest wyznawcą buddyzmu, islamu i chrześcijaństwa. Te różne religie nadają sens oraz głębsze znaczenie jego życiu; Prawdziwym wyzwaniem dla chłopca jest przetrwanie w całkowitym odosobnieniu na szerokim i przerażającym oceanie. Pi w trakcie swojej długiej podróży uczy się nie tylko, jak oswoić niebezpiecznego tygrysa bengalskiego, ale również odkrywa całą prawdę naszej egzystencji - jej ciągłego cierpienia w szczęściu.
Od przeczytania "Życia Pi" już praktycznie nigdy nie myślałam o tej książce. Była ona w moim bagażu czytelniczym kolejnym "wiatrem", który po prostu przeminął. Od tych trzech lat nie wracałam do tej powieści, aż do teraz. Dzisiaj nagle stwierdziłam, że może warto byłoby zobaczyć oscarowy film "Życie Pi" i odświeżyć sobie fabułę książki. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. O dziwo film podobał mi się bardziej od powieści Yanna Martela. Może mówię tak tylko z perspektywy czasu, nie pamiętam już dokładnie stylu pisania autora oraz jakiś mniej ważnych szczegółów. Jednakże ta adaptacja jest wykonana w bardzo dobry, wyważony sposób. Zarówno momenty akcji, grozy, jaki spokojne napawanie się pięknem natury, były tak ze sobą splątane, że nie pozwalały widzowi na ani jedne naciśnięcie pauzy. To jeden z najważniejszych plusów tego filmu, który w pozytywny sposób odróżnia go od książki. Jeżeli chodzi o bardziej techniczna stronę filmu "Życie Pi", to chciałabym przede wszystkim zwrócić uwagę na to, że nie jest to film kręcony na oceania. Praktycznie wszystkie sceny z wodą, łodzią i tygrysem były kręcone w studiu na tzw. zielonym tle. Pierwszoplanowy aktor filmu nie walczył, nie obcował z tygrysem naprawdę. Te wszystkie jego emocje, ten rzekomy strach przed groźnym tygrysem bengalskim, były dobrze zagrane, oparte na wyimaginowanym drapieżniku. Muszę przyznać, że nie przepadam za filmami i książkami, w których akcja rozgrywa się na morzu - wyjątkiem jest "Titanic", którego uwielbiam. Trudno mi powiedzieć dlaczego tak jest, może moje uprzedzenia opierają się na mojej osobistej niechęci do wody. Trudno powiedzieć... Nie mniej jednak czasem sięgam po takie powieści/filmy, szczególnie, kiedy mam do czynienia ze światowym bestsellerem.
"Życie Pi" pokazało mi również, jak wielka jest ludzka chęć przetrwania w obliczu zagrożenia. Kiedy prowadzimy beztroskie życie na stałym lądzie, łatwo nam zapomnieć, jak czasem krucha i ciężka bywa nasza codzienność. Teraz wpatrujemy się w ekran telefonu, tabletu, telewizora i zastanawiamy się na co pójdziemy do kina w przyszły weekend. Och jakie beztroskie, niezobowiązujące są nasze dylematy, w obliczu zmagań głównego bohatera powieści Yanna Martela. Pi budził się rano dziękował i przeklinał Boga za kolejny dzień. Czasem, kiedy zachwycał się pięknem otaczającego go świata, był w stanie jeszcze bardziej się starać, aby tylko przetrwać - robił to, bo czuł, że pomimo wszystko warto żyć. Ale te momenty były nieliczne, ponieważ o wiele częściej do jego życia wkradały się chwilę zwątpienia. Czy aby na pewno warto dalej walczyć, skoro nie widać nawet cienia nadziei, na jakikolwiek ratunek? Moja odpowiedź brzmi: zawsze warto się starać i walczyć do samego końca. I mówię to nie tylko w kontekście książki "Życie Pi", ale również odnoszę się do naszego życia, w którym często pojawiają się sztormy, gotowe pokonać w nas nasze wewnętrzne szczęście i pragnienie życia.
Podsumowując: zarówno książkę, jak i film pt. "Życie Pi" uważam za bardzo dobrą, obowiązkową pozycję, dla wszystkich, którzy ciągle poszukują motywacji do codziennego wstawania z łóżka. Skoro Pi stawił czoła groźnemu tygrysowi, to i my możemy zmierzyć się z naszą codziennością.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 1 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.
Zainteresowała Cię recenzja?
Tę i wiele innych książek znajdziesz w księgarni internetowej taniaksiazka.pl

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2019-05-07 20:11:08
Błękit - Maja Lunde
Wyobraźcie sobie pustynie. Środek lata i upał nie do zniesienia. Albo lepiej, pomyślcie o morzu wypełnionym po brzegi słoną wodą, nie zdatną do picia. Stoicie na łodzi, lejący się żar z nieba, ani na moment nie daje wam wytchnienia. Marzycie o wodzie, o czymś, czym moglibyście zwilżyć suche, spękane usta. Jesteście tak spragnieni, że potrafilibyście za jednym razem wypić cały ocean. Ale nie możecie, bo wszędzie jest sól. Ta zdradziecka substancja, która nie pozwala zaspokoić wam pragnienia. Stoicie na łodzi, po środku oceanu i powoli umieracie. Gdybyście byli na pustynie, wygłodniałe sępy zaczęłyby już krążyć nad waszymi głowami, przewidując widniejąca na horyzoncie śmierć. Ale jesteście na morzu, całkiem sami. Nawet żadna ryba, czy inne zwierzę morskie nie chcę dotrzymać wam towarzystwa. Jesteście zmęczeni, chcecie umrzeć, ale nie potraficie. Wasza natura w ostatnich godzinach waszego życia daje wam w kość; odpłaca pięknym za nadobne. Mści się za ten cały pływający plastik i rosnące marnotrawstwo. Żałujecie swoich win i nienawidzicie otaczającego świata, który doprowadził was do pustyni słonej wody.
Niedawno napisałam wpis o globalnym problemie, jakim jest zanieczyszczenie oceanów i nadmierna produkcja plastiku. Dzisiaj chciałabym nadal zostać przy ekologii, ale spojrzeć na nią z nieco innej perspektywy - oczami nie swoimi, lecz wyimaginowanych bohaterów. Do tego opisu idealnie nadaje się książka Mai Lunde pt. "Błękit", która jest świetną powieścią, posiadającą bardzo dobrze wykreowanych bohaterów.
Rok 2017: Signe to prawie siedemdziesięcioletnie norweska aktywistka środowiskowa. Kobieta dorastała w małej miejscowości Ringfjorden, w której natura była zawsze bardzo ważna. Jednakże nie wszyscy popierają idee ekologiczne, które wyznaje Signe... Norweżka po długich latach samotności, decyduje się na odważny ekologiczny krok, który zmienia nie tylko idący w złym kierunku przemysł, ale również samą Signe, która musi w końcu pogodzić się ze swoją burzliwą, krzywdzącą przeszłością.
Rok 2041: David jest młodym francuzem, który za wcześnie, jak na swój wiek, został ojcem. W obliczu narastającej w całym kraju suszy, David musi zaopiekować się swoją małą córeczką Lou. Razem uciekają na północ, ku lepszemu życiu, wypełnionym po brzegi wodą. Niespodziewanie w opuszczonym ogrodzie znajdują łódź. Od tamtej chwili w swoim wyimaginowanym świecie, wypuszczają się na co raz to dalsze rejsy.
Woda - podstawa naszej egzystencji. Bez wody nie istniejemy; jesteśmy tylko suchym szkieletem zalegającym na pustyni. Pomimo to nie doceniamy wspaniałości tego napoju; nieustannie marnujemy go. Mam przed sobą szklankę wody. Od tak stoi sobie przede mną na biurku. Bezbarwna ciesz umieszczona w niewielkim szklanym naczyniu kołyszę się, gdy nią potrząsnę. Tworzy mikroskopijne fale, które były by w stanie zatopić równie mały statek. Po eksperymencie sztucznych turbulencji, przychodzi czas na kosztowanie. Biorę szklankę do ręki, zbliżam ją do ust i robię niewielki łyk. Przełykam, czuję, jak chłodna substancja przepływa przez moje gardło i wędruje dalej, w długiej konsumpcyjnej podróży. Czuję się jak złodziej, ponieważ właśnie ukradłam cenny łyk pitnej wody, który mogłabym sobie darować, bo przecież nie czuję obecnie pragnienia. Ta niewielka strata dla świata, to tylko igła w stogu siana. Lecz nie taka mała, ale ogromna obejmująca cały świat igła do szycia, która w każdej mijającej sekundzie powiększa swoją objętość, napełniana kolejnymi małymi, konsumpcyjnymi łykami wody, które będziemy marnować, tak długo, jak tylko będziemy mogli.
To bardzo metaforyczny, aczkolwiek prawdziwy opis. Może teraz wydaje nam się, że światowa susza i ogólny bark wody, nas nie dotyczy. Że nie dożyjemy czasów, w których deszcz przestanie padać, a woda z powszechnego, łatwo dostępnego produktu, przerodzi się w nieoceniony skarb. Lecz książka Mai Ludne pt. "Błękit" pokazuję nam, że globalna katastrofa, nie jest aż tak odległa. Główny bohater powieści, David żyję w świecie zupełnie innym, niż nasz. Dla niego każdy następny dzień, to oczekiwanie na te kilka łyków wody, które może wypić. Narastający z dnia na dzień upał, wykończenie i wiecznie pusty żołądek, to dopiero początek długiej listy problemów, z którymi musi się zmierzyć. Maja Lunde we fragmentach powieści opisanych z perspektywy Davida, pokazuję nam zupełnie inny, przerażający świat. Nikt z nas nie chciałby żyć w roku 2041, pozbawionym prawie że w zupełności wody pitnej, zwłaszcza na południu. Zupełnie inną sytuacja jest przedstawiona w część książki poświęconej Signe. Główna bohaterka powieści żyje w współczesnym świecie. Przeżywa swoją codzienność zupełnie tak samo, jak my. Lecz nie stoi obojętnie na lądzie i nie wpatruje się w topniejące lodowice. Signe działa, bo wie, że Ziemia nie jest naszą własnością, którą możemy bezkarnie wykorzystywać. Bo to my jesteśmy gośćmi na naszej planecie, więc powinniśmy żyć w zgodzie z nią, a nie przeciwko niej.
Kilka miesięcy temu na moim blogu pojawiła się recenzja debiutanckiej powieści Mai Lunde pt. "Historia pszczół". "Błękit" to kolejna część cyklu "Kwartet klimatyczny", który traktuje o poważnych problemach dzisiejszego świata. Książki tej autorki uważam, za najlepsze powieści ekologiczne i dobrą literaturę norweską. Naprawdę warto zapoznać się z tymi pozycjami; Kiedy sięgnęłam po "Błękit", wiedziałam mniej więcej czego powinnam się spodziewać po tej książce. Moje przypuszczenia okazały się trafne, ponieważ konstrukcja tej powieści jest bardzo podobna, do jej poprzedniczki, "Historii pszczół". Tylko, że tym razem było mi łatwiej, bo znałam już dobrze język autorki, który nie jedną osobę na wstępie mógłby zaskoczyć. Po przeczytaniu książki, nie ukrywam, że druga powieść Mai Lunde zrobiła na mnie większe wrażenie, niż pierwsza. Pierwsze kilkanaście stron było genialne, wyrażało w stu procentach moje poglądy i zawierało cudowne opisy natury - przez chwilę odpłynęłam i znalazłam się w przepięknej Norwegii. Pozostałe kilkadziesiąt stron książki również było wspaniałe, choć już nie tak bardzo. Ale warto dla tych pełnokrwistych bohaterów (och, jak ja uwielbiam Signe), ciekawych opisów i ważnej, niepodważalnej treści, przeczytać tę książkę.
Maja Lunde, wieczne pióro i woda, oraz owoc ciężkiej pracy "Błękit". To wspaniałe połączenie powinno uświadomić nam szereg różnych ważnych rzeczy, który musimy przyswoić. Ale nie jutro, za tysiąc lat, lecz teraz. Bo tylko od nas zależy przyszłość naszej planety i to, jak postanowimy żyć.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.
Zainteresowała Cię recenzja?
Tę i wiele innych książek znajdziesz w księgarni internetowej taniaksiazka.pl

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2019-05-05 09:39:43
Magia sprzątania - Marie Kondo
Każdy z nas jest inny, więc każdy z nas preferuje inny styl życia. Można żyć ekologicznie, lub antyekologicznie. Można przewracać się o walące się po całym domu niepotrzebne przedmioty, lub mieć idealny, perfekcyjny porządek, w którym nie ma miejsca na bałagan. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że mamy wybór - możemy żyć jak nam się podoba, pod warunkiem, że nie szkodzimy innym. Te możliwości są dla nas oczywiste i nie chcę nikogo zachęcać do czegokolwiek, pod warunkiem, że jest szczęśliwy. Tylko mam wrażenie, że jest wiele rzeczy, które wchodzą w naszą indywidualną strefę komfortu i nie pozwalają nam żyć tak, jak chcemy. Trudno mi określić jednoznaczne przyczyny naszego niezadowolenie, ale może problem tkwi w małych, aczkolwiek widocznych rzeczach (takich jak bałagan). Każda zmiana jest dobra, jeśli prowadzi do naszego udoskonalania.
Eksplorując nowe otoczenia i poznając nowych ludzi, bardzo łatwo możemy wyróżnić dwa podstawowe przymiotniki opisujące daną przestrzeń (np. pokój) - uporządkowany lub nieuporządkowany. Często spotykamy się z różnymi synonimami tych słów, które zazwyczaj są komplementami (nawiasem mówiąc raczej nie powiemy komuś, że jest bałaganiarzem i ma okropny "bajzel" w domu). Lecz nie każdy ma w sobie naturę "perfekcyjnej pani domu", która nakazuje mu zawsze utrzymywać porządek w swoim otoczeniu. Jeżeli ktoś czuje się dobrze ze swoim "artystycznym nieładem", to powinien w dalszym ciągu utrzymać swoje przyzwyczajenia. Natomiast jeżeli ktoś usilnie stara się utrzymać porządek, a jego działania przynoszą marne skutki, to polecam mu książkę Marie Kondo pt. "Magia sprzątania", która skutecznie pomoże pozbyć się niechcianego bałaganu. Sięgnęłam po ten poradnik głównie z ciekawości, a nie dlatego, że jakoś szczególnie go potrzebowałam. Ja uwielbiam porządek i doskonale się czuję w uporządkowanej przestrzeni. Jednakże wiem, że mój pokój nie jest idealny, dlatego pomyślałam, że książka japońskiej autorki pomoże mi utrzymać stały ład. Wbrew pozorom z poradnika dowiedziałam się więcej o mentalności Japończyków, niż o samym sprzątaniu. Oczywiście "Magia sprzątania" nie jest książką fabularną, tylko poradnikiem dla straszliwych bałaganiarzy. Tylko, że w moim wypadku wiedza zawarta w tej pozycji nie była żadną nowością. Oczywiście nie wszystkie tajniki sprzątania były mi wcześniej znane, ale większość podstawowych rad już wcześniej podświadomie egzekwowałam. Natomiast jeżeli chodzi o samo wykonanie powieście i podejście autorki do tematu, to byłam bardzo zaskoczona osobistą formą prowadzenia książki. Poradniki, to zazwyczaj takie prosto napisane pseudoencyklopedie, które mają przekazać odbiorcy elementarną wiedzę na jakiś temat. W tym wypadku trudno mówić o samym autorze i jego stylu pisania. Wydaje mi się wręcz, że sam autor pisząc poradnik nie wykorzystał w pełni swoich umiejętności językowych. Bo tego typu książki nie wymagają od twórcy wielkiej wyobraźni, czy umiejętności konstrukcyjnych. Autor poradnika po prostu dzieli się swoją wiedzą z czytelnikiem, nie ujawniając przy tym jakiś bardzo osobistych faktów o sobie. Pod tym względem poradniki, to okropny gatunek literacki, który nie pozwala nam w pełni poznać duszy i poglądów jego autora.
Z "Magią sprzątania" jest inaczej. Po przeczytaniu tego poradnika mam wrażenie, jakbym znała jego autorkę. Marie Kondo daje się poznać czytelnikowi na kilka różnych sposobów. Wszystkie z nich łączy wspólny mianownik: sprzątnie. Jeszcze nigdy nie słyszałam o osobie, której głównym zajęciem było by porządkowanie i wyrzucanie rzeczy. To niezwykłe, jak bardzo ludzie są różni, i jak odmienne mają zainteresowania. Marie Kondo już od najmłodszych lat interesowała się sprzątaniem i odpowiednim zagospodarowaniem swojej przestrzeni. Będąc w szkol,e na przerwach zamiast przebywać ze swoimi koleżankami, wolała sprawdzać zawartość i porządkować półki w klasie. W trakcie swoich młodzieńczych lat czytała wiele poradników na temat utrzymywania porządku i starała się opracować własny, niezawodny system sprzątania. Ostatecznie stworzyła metodę KonMari, którą nazywa "Magią sprzątania". Po przeczytaniu książki mogę stwierdzić, że opracowany przez nią sposób jest jak najbardziej skuteczny(choć z pewnych względów nie zastosowałam go w praktyce). Uważam tak, dlatego, że stosując się do opisanych w poradniku zasad, naprawdę możemy raz na zawsze pozbyć się bałaganu (potrafię bardzo wyraźnie wyobrazić sobie przebieg tego całego procesu) Niektórzy pewnie nie uwierzą mi, jak powiem im, że porządne posprzątanie swojej przestrzeni życiowej może doprowadzić do diametralnej zmiany naszego sposobu życia. Wiele osób postrzega sprzątanie, jako rzecz nieprzyjemną, aczkolwiek, gdzieś z tyłu głowy, tak nam wpojoną, że raz na jakiś czas czujemy nieodpartą potrzebę posprzątania naszych czterech ścian. Lecz sprzątanie wcale nie musi być czymś "niefajnym", niedającym nam radości. To wszystko zależy od tego, jak podchodzimy do tej czynności. W końcu możemy niechętnie upchać, walające się po podłodze, ubrania do szafy, albo możemy traktować sprzątanie jako nietypową ceremonię oczyszczenie naszego pokoju z niepotrzebnych przedmiotów, które nie pozwalają nam w pełni cieszyć się tym, co mamy. Bo mając nadmierną ilość rzeczy, często nie zdajemy sobie sprawy, że większość posiadanych drobiazgów, jest nam po prostu niepotrzebna. Te "upychacze półek" sprawiają, ze zapominamy o przedmiotach, które rzeczywiście sprawiają nam radość. A o to naprawdę chodzi, w tym materialnym systemie wartości - by z przedmiotów, jakimi się otaczamy czerpać radość i pozytywną energię życiową.
Jeżeli jesteście z natury bałaganiarzami i czujecie, że chcielibyście coś zmienić w swoim życiu, to serdecznie polecam Wam książkę Marie Kondo pt. "Magia sprzątania", z której dowiecie się, że prawdziwe życie w zgodzie z samym sobą zaczyna się od idealnie wysprzątanego pokoju.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.
Zainteresowała Cię recenzja?
Tę i wiele innych książek znajdziesz w księgarni internetowej taniaksiazka.pl

Komentarze:

Data: 2019-05-15 18:30:36

Autor: Morrigan

Czytałam już parę lat temu i to taka książka dla mnie tylko do przeczytania. Jej porady są logiczne, a samą książkę przyjemnie się czyta, ale pozostałam przy tym, co było. Chociaż w sumie nigdy nie miałam skłonności do chomikowania rzeczy. Lubię mieć w szafkach prawie idealny porządek, a na biurku i szafce nocnej lekki bałagan. :D
Data: 2019-05-15 20:04:50

Autor: Jothanne Washington

Najważniejsze, aby żyć w zgodzie z samym sobą - niezależnie czy preferujemy porządek, czy bałagan ;D <3
Zaloguj się aby komentować.
2019-04-30 22:05:34
Jak zerwać z plastikiem - Will McCallum
Wyjdź z psem na spacer i zachwyć się pięknem otaczającego nas świata. Bo wszędzie, niezależnie od tego gdzie i jak żyjemy, możemy dostrzec piękne zjawiska, i rzeczy, które są wśród nas. Lecz to zaledwie jedna strona medalu. Jest i druga, bardziej przygnębiająca. Stosy przeróżnych śmieci, zalegających na naszej planecie. Codziennie każdy z nas produkuje pewną ilość odpadów. W skali kilu dni, ilość wyrzucanych przez nas rzeczy może wydawać się niewielka, ale gdy popatrzymy na gromadzące się pod koniec miesiąca worki, nie możemy być już dumni z naszego życia "zero waste" (notabene życie zero waste, to dość popularny ekologiczny styl życia, opierający się na wyrzucaniu jak najmniejszej ilości śmieci/życiu bez śmieci, zbędnych odpadów). Wobec tego, jak żyć, aby jak najmniej szkodzić naszemu środowisku? Aby szukać odpowiedzi na to pytanie, najpierw musimy zainteresować się ekologią i ochroną środowiska. Wiele osób nie zdaje sobie sprawy, jak wiele może zdziałać jeden człowiek zaangażowany w działalność ekologiczną. Wystarczy tylko chcieć, to krótkie, słowo może przyczynić się do diametralnej zmiany naszego sposobu życia.
Mało osób, wyrzucając jednorazowe plastikowe butelki do kosza, zdaje sobie sprawę, jak wielką w tym momencie wyrządza szkodę środowisku. Choć dużo się mówi o problemie zwiększających się z dnia na dzień śmieci, to nadal jednak niewielka ilość osób zainteresowała się bliżej tym tematem. Wydaje mi się, że większość ludzi bagatelizuje tę sprawę, ponieważ nie uważa zwiększających się ton produkowanego plastiku, za realne zagrożenie dla środowiska. Mało tego, ludzie są zbyt leniwi, aby wyobrazić sobie inny styl życia, pozbawiony ulubionych plastikowych produktów. Bo nie oszukujmy się, plastik jest wygodny, nawet bardzo. Kupienie zgrzewki półlitrowych butelek wody jest prostsze od zakupu wielorazowej butelki z filtrem, którą musielibyśmy nieustannie napełniać. Ale często jest tak, że prostsze, łatwiejsze rozwiązania, wcale nie są lepsze od tych trudniejszych, wymagających większego wysiłku. Dlatego też warto, dla dobra naszej planety podjąć pewnego kroki, które choć w pewnym stopniu zapobiegną rozmnażaniu się śmieci w naszym środowisku.
Moja przygoda z ekologią zaczęła się prawie rok temu. Wtedy już od dłuższego czasu myślałam o bardziej ekologicznym stylu życia. To co zmotywowało mnie do działania, to pływające, unoszące się na powierzchni wody śmieci w porcie, w Chorwacji. To nie tak, że Chorwacja to brudny, zanieczyszczony kraj, pełen piętrzących się plastikowych butelek. Wydaje mi się, że w Polsce znajdziemy o wiele więcej śmieci, niż w tym pięknym kraju śródziemnomorskim. Tylko, że pomiędzy tymi krajami istnieje bardzo prosta różnica. Otoż w Polsce już niemal przywykliśmy to fruwających w powietrzu jednorazowych reklamówek. Natomiast, jadąc do Chorwacji, chcemy przebywać w pięknym miejscu, w którym nie powinno być miejsca na dodatkowe, niepotrzebne zanieczyszczenia. Myślę, że ten kontrast zainspirował mnie dowiększego dbania o środowisko. Niestety, nie mogę powiedzieć, że od tego momentu moje życie zmieniło się jakoś radykalnie. Wydaje mi się wręcz, że zbyt duża ilość zmian w krótkim czasie, nie wpływa pozytywnie na nasze działania. Powinniśmy stopniowo wdrażać pewne pomysły w życie, po to, aby na starcie, nie załamać się, kiedy nie będziemy w stanie od razu pozbyć się zakorzenionych w nas od lat nawyków. To co ja zrobiłam od tego czasu, to prawie nic, ale wierzę, że z czasem uda mi się prowadzić bardziej ekologiczne, przyjazne dla środowiska życie.
Ostatnio wykonałam duży krok do życia zero waste. O tuż zainteresowana pogłębieniem swojej ekologicznej wiedzy, znalazłam w Internecie ciekawą książkę na temat ekologicznego stylu życia. Poradnik Willa McCallumna pt. "Jak zerwać z plastikiem", to studium teoretycznej i praktycznej wiedzy o zmniejszeniu kupowania naszych plastikowych "przyjaciół". Ta książka nie tylko nasuwa czytelnikowi proste, ekologiczne rozwiązania, ale również informuje go o skutkach naszego sielankowego, rozpustnego życia. Bo, czy wiedzieliście, że 90 procent morskich ptaków ma plastik w swoich wnętrznościach? Albo, że 330 milionów ton plastiku produkowanych jest na całym świecie w ciągu zaledwie roku? Powiem szczerze, że przed przeczytaniem tej książki ja również tego nie wiedziałam. Ale teraz już wiem i dzięki temu mogę coś zrobić, aby zmniejszyć te przerażające statystyki. Większość osób uważa, że jedna osoba świata nie zmieni. Że nie ma sensu nie kupować plastikowych produktów, skoro kilkanaście milionów ludzi dalej to robi. To prawda, że nasze indywidualne działania nigdy nie przyniosą takich rezultatów, jak solidnie zorganizowane przedsięwzięcie, w którym bierze udział kilkadziesiąt osób. Ale ten argument nie jest usprawiedliwieniem do zaprzestania naszych ekologicznych działań. My sami, jako jednostki, możemy zdziałać bardzo dużo pod warunkiem, że będziemy zachęcać i pokazywać innym, że życie bez śmieci jest możliwe. Większość osób nie zdaje sobie sprawy z ilości odpadów, jakie naprawdę produkują. Wyrzucane worki, wcale nie są jedynym źródłem zanieczyszczeń. Bo pomyślmy o tych wszystkich butelkach, papierkach i wszystkich innym plastikowych przedmiotach, które wyrzuciliśmy do kosza poza domem. One również są naszymi konsumpcyjnymi śmieciami, przyczyniającymi się do zanieczyszczania naszej planety. Teraz, kiedy macie trochę większą wiedzę na temat produkowanych przez Was śmieci, możecie (tak jak wielu przed wami i zapewne wiele osób po was) wyrzucić te informacje z pamięci, albo zacząć działać. Wybór należy do Was, ale pamiętajcie, że planeta, na której żyjemy nie jest tylko Waszą własnością - ona należy do nas wszystkich.
Jeżeli macie jeszcze jakieś pytania, odnośnie ekologicznego stylu życia, pozbawionego plastiku, to na pewno znajdziecie na nie odpowiedź w książce Willego McCalluma pt. "Jak zerwać z plastikiem". W tym wypadku trudno opowiadać o całym poradniku, nie streszczając w skrócie jego treści. Dlatego zachęcam wszystkich do przeczytania tej pozycji. Gwarantuję, że książka "Jak zerwać z plastikiem" sprawi, że choć w małym stopniu będziecie chcieli być bardziej ekologiczni.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.
Zainteresowała Cię recenzja?
Tę i wiele innych książek znajdziesz w księgarni internetowej taniaksiazka.pl

Komentarze:

Data: 2019-05-15 21:11:36

Autor: Morrigan

Mądrze prawi, polać jej <3
Data: 2019-06-01 10:28:18

Autor: Jothanne Washington

:D :D :D
<3 <3 <3
Zaloguj się aby komentować.
2019-04-28 21:22:55
Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą - Katarzyna Tubylewicz
Kiedy wybieramy się w daleką podróż, oprócz masy przydatnych rzeczy zabieramy ze sobą również stan emocjonalny, który jest nieodłącznym towarzyszem naszej długiej drogi. Bo bez tego podekscytowania, tej nadzwyczajnej pogody ducha, nasza podróż nie byłaby już taka niezwykła i niecodzienna. Ten specyficzny stan emocjonalny potrzebny nam jest do odróżnienia wakacji od pracy, zwykłego wyjazdu do rodziny od niezapomnianej podróży życia. Pamiętam jak pierwszy raz jechałam do Chorwacji. To były moje pierwsze, prawdziwe wakacje spędzone za granicą. W nocy, w dniu podróży nie potrafiłam długo zasnąć; chciałam już wsiąść do auta i jechać prosto przed siebie, hen daleko za, majaczący w oddali, horyzont. A kiedy już ta wyczekiwana chwila wyjazdu nadeszła, nie potrafiłam nadziwić się, jak wspaniały jest świat za granicą Polski; To właśnie ów stan emocjonalny, pozwała nam mieć oczy szeroko otwarte, na otaczające nas piękno.
Każdy potrafi zachwycić się pięknem przeźroczystej wody i wysokich palm, zdobiących krajobraz krajów śródziemnomorskich. To nie sztuka zauważyć piękno, tam, gdzie spodziewamy się je ujrzeć. Sztuką jest dostrzeżenie piękna, w miejscach, w których go na pierwszy rzut oka nie ma. Te wszystkie "miejsca", to nic innego jak nasza codzienności, którą często postrzegamy w czarnych barwach. Lecz kolejny pochmurny dzień, nie musi być dla nas kolejnym pochmurnym dniem. Bo choć jesteśmy przyzwyczajeni do tych samych, dróg, budynków, ludzi, to nie musimy zaliczać ich codziennie to tej samej szarej kategorii, która nie pozwala nam dostrzec czającego się w nich po kątach piękna. Wiem, że to nie jest łatwe, ale można wieść szczęśliwe życie, w miejscach z natury szarych i ponurych. Nasza subiektywna perspektywa postrzegania świata zależy tylko i wyłącznie od naszej chęci obserwowania rzeczywistości. W końcu można przejść obojętnie koło znanego nam na pamięć budynku. Albo za to można stać się odkrywcą własnej dzielnicy i na własną rękę eksplorować znane nam tereny, w poszukiwaniu pięknych, małych rzeczy, które sprawią, że nie będziemy musieli daleko wyjeżdżać, aby odkryć piękno.
Każdy z nas ma w swoim życiu choć jedno piękne miejsce, do którego uwielbia wracać. Ale to miejsce marzeń, wcale nie musi być naszym domem.
Bardzo lubię czytać przewodniki, czy wszelkiego rodzaju reportaże. Pozwalają mi one zwiedzić cały świat, nie wychodząc z domu i nie wydając za dużo pieniędzy. Oczywiście podróżowanie "palcem po mapie", nigdy nie będzie tak spektakularne i wartościowe, jak podróżowanie w rzeczywistości. Ale jest to bardzo dobra forma "riserczu", która pozwala w teorii poznać inne kraje i ich kulturę. Ostatnio w Internecie przypadkowo natrafiłam na nietuzinkowy przewodnik po Sztokholmie. Do sięgnięcia po tę książkę, zachęcił mnie ciekawy tytuł , który już na wstępie podkreślał nietypowość reportażu. "Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą" to przewodnik turystyczny autorstwa Katarzyny Tubylewicz, który w niezwykły sposób przybliża czytelnikowi stolicę Szwecji. Autorka książki, to Polka, która zafascynowana Szwecją, studiowała skandynawistykę, pragnąc zmiany, wyjechała do Sztokholmu i tam pozostała do dziś. Katarzyna Tubylewicz nie jest zwykłą, "szarą" emigrantką. Pomimo swoich polskich korzeni nie wyróżnia się, a może bardziej nie odstaje od tłumu Szwedów, spacerujących Sztokholmskimi ulicami.
Zazwyczaj zanim wyjedziemy na wakacje, sprawdzamy popularne atrakcje turystyczne, które można w tym miejscu zobaczyć. Wpisując w przeglądarkę takie hasła jak "Sztokholm/Paryż/ Nowy Jork co warto zwiedzić", od razu będziemy mieli do dyspozycji kilkanaście stron internetowych z różnymi propozycjami. Ale czy zwiedzając same atrakcje "must have", jesteśmy w stanie dobrze poznać kraj? Po przeczytaniu przewodnika Katarzyny Tubylewicz, mogę z całą pewnością powiedzieć, że nie. Ponieważ poznać, to nie to samo co zobaczyć. Z miejscami jest dokładnie tak samo, jak z ludźmi. Żeby kogoś dobrze poznać, należy spędzać z nim dużo czasu w różnych sytuacjach. Dopiero po przejściu całego tego długiego procesu, jesteśmy w stanie powiedzieć, że osobę poznaliśmy, tak naprawdę. Bo nasi przyjaciele, znajomi, nigdy nie są schematami. Tak też jest z wszystkimi ludźmi.
Ponieważ nie ma ani ludzi idealnych i takich samych, ani miast, czy miejsc na Ziemi.
To bardzo ogólnikowy, nawet trochę metaforyczny zarys przewodnika Katarzyny Tubylewicz pt. "Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą". Ale cóż tu dużo mówić... Przeczytajcie sami, a przekonacie się, że świat powinno się eksplorować.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Data: 2019-05-15 21:14:44

Autor: Morrigan

Lubię Sztokholm :D
Data: 2019-06-01 10:30:51

Autor: Jothanne Washington

A ja również! Musimy się kiedyś razem wybrać w wielką podróż dookoła świata :D
Zaloguj się aby komentować.
2019-04-23 21:44:58
Wichrowe Wzgórza - Emily Brontë
Tak, jak człowiek ma wiele twarzy, tak miłość ma ich równie wiele. Bo czy nie można kochać pięknego krokusa, rosnącego na łące? Albo wiernego, starego psa, który choć zmęczony długim życiem, zawsze wita nas z uśmiechem. Aż w końcu przychodzi czas na ten największy rodzaj miłości. Miłości pięknej, dojrzałej i pozostającej w sercu najdłużej. Miłości pomiędzy ludźmi, którzy pomimo wszelkich przeciwnościom losu potrafią kochać się szczerze. Taka miłość kojarzy nam się z burzliwymi romansami, a nie z normalnym życiem. Ale miłość wcale nie musi być idealna. Może być pełna sprzeczności, pytań : "Kocha, nie kocha? Kocham - nie kocham?". Bo czasem, zważając na wszelkie okoliczności, trudno nam powiedzieć jedno zdecydowane "tak", które wiązałoby nas z kimś na resztę życia. Ale to nie szkodzi, ponieważ można kochać wiele razy. Można latami pogłębiać swoją miłość, lub bezpowrotnie ją stracić. Czasem w naszej głowie rodzi się pytanie: "Czy warto kochać?". Czy warto wystawiać się na kolejną falę bólu? Bo miłość jest równie piękna, co zdradziecka. Kochać prawdziwie, to znaczy również pogodzić się z odrzuceniem, które zawsze jest bardzo bolesne. Wobec tego rezygnacja z kochania wydaje się prostsza, łatwiejsza i dużo bardziej przydatna w otaczającym nas świecie. Ale pomimo to nie potrafimy z tego zrezygnować, ponieważ bez miłości, bez tego kochania wszystkiego i wszystkich, nie istniejemy. Bo miłość jest czymś na równi z powietrzem, czymś co pozwała nam żyć.
Jeżeli mamy dość powielanych ciągle schematów we współczesnej literaturze, to, aby zaspokoić nasze pragnienie nowości, polecam sięgnąć do korzeni wszystkich obecnych bestsellerów ? do klasyków. Klasyki to nietypowy i niepowtarzany dział powieści, które dokonały przełomu we wszystkich sferach życia. Te dzieła są dziełami od pierwszej litery, aż po ostatnie słowo. Powiedziałabym, że klasyki są niczym teza, której nie sposób podważyć. Bo nie można zaprzeczyć wspaniałości takich dzieł jak: "Duma i uprzedzenie", "Przeminęło z wiatrem", czy choćby "Wichrowe Wzgórza" Emily Brontë. Przy tej ostatniej pozycji chciałabym się dzisiaj zatrzymać, ponieważ ostatnio udało mi się przeczytać tę niezwykłą powieść.
"Wichrowe Wzgórza" to pierwsza i ostatnia, czyli w zasadzie jedyna książka Emily Brontë. Nazwisko autorki może wydawać Wam się znane, w końcu na pewno słyszeliście kiedyś o Charlotte Brontë i jej niezwykle popularnej powieści "Dziwne losy Jane Eyre". W zasadzie o większej popularności Charlotty od Emily można było by długo polemizować, ale może to nie ma znaczenia, czy mówimy o prozie Emily, czy Charlotty? Eryk Ostrowski w książce "Charlotte Brontë i jej siostry śpiące" stawia tezę, jakoby Charlotte była autorką wszystkich tekstów rzekomo pisanych przez pozostałe siostry. Cóż wydaje mi się, że nigdy się tego do końca nie dowiemy, jednakże jestem w stanie w to uwierzyć, ponieważ Charlotte była wybitną pisarką, która na potrzeby tekstu potrafiłaby diametralnie zmienić swój styl pisania.
"Wichrowe Wzgórza" to książka opowiadająca burzliwą historię dwóch sąsiadujących posiadłości w Yorkshire. Niejaki Heathcliff jest właścicielem Wichrowych Wzgórz i Drozdowej Ostoi. W te strony przybywa pan Lockwood, który jest najemcą Ostoi. Nowo przybyły od razu zauważa, że jego gospodarz nie należy do osób ani zbytnio gościnnych, ani miłych. Zafascynowany tajemniczym, nowym otoczeniem, w którym się znalazł, pragnie dowiedzieć się wszystkiego o mieszkańcach Wichrowych Wzgórz. Z pomocą przychodzi mu jego gospodyni, Ellen Dean, która doskonale zna wszystkich domowników. Tak oto rozpoczyna się historia o nienawiści, miłości i zemście, która bezpowrotnie zmieniła dzieje dwóch sąsiadujących posiadłości w Yorkshire.
Wiele można mówić o tej książce. "Wichrowe wzgórza" to wybitne studium niemal wszystkich rodzajów ludzkiej miłości. Wspaniała relacja pomiędzy Catheriną, Lintonem i Heathcliffem, pokazuje nam jak bardzo można kogoś kochać, nienawidzić, czy darzyć jakimś innym, trudnym do zidentyfikowania, diabelskim uczuciem. Emily Brontë posługuje się pięknym, archaicznym językiem, który w wybitny sposób ukazuje dzieje Wichrowych Wzgórz i Drozdowej Ostoi. Jej autorski sposób przedstawiania historii jest bardzo oryginalny. Obecność narratora i nadnarratora wpływa bardzo korzystnie na obiór powieści. Czytelnik, czytając tę powieść wciela się w rolę pana Lockwooda, który stopniowo zagłębia się w odmęty opowiadanej historii.
Jeżeli chodzi o bohaterów, to w "Wichrowych Wzgórzach" mamy do czynienia z pięknym wachlarzem różnorodnych postaci. Z jednej strony jest Heathcliff, diabeł wcielony, który pomimo swojego odpychającego wizerunku, potrafi (tylko w skrajnych okolicznościach) wydobyć z siebie resztki człowieczeństwa. Po drugiej stronie stoi Linton, dżentelmen o nienagannym zachowaniu i manierach. Pośrodku nich znajduje się Catherine, która jest wybuchowym połączeniem tej dwójki. Ten wspaniały dobór bohaterów, to jeden z atutów tej powieści. W zasadzie w całej książce są tylko dwie rzeczy, które mnie nie zadowoliły. Po pierwsze schematyczność. Sprawdzony pomysł na dwie sąsiadujące posiadłości: Wichrowe Wzgórza i Drozdową Ostoję, jest tak trafiony jak znany, jednakże nie do końca dopracowany. Czegoś mi w tej książce brakowało, może jakiegoś zwrotu akcji, który odegnałaby, czającą się po kątach nudę... Po drugie zakończenie, a właściwie ostatnie zdanie powieści, które nie jest tą, oczekiwaną przeze mnie kropką, nad "i". Lecz może się z przyzwyczajenia czepiam...
"Wichrowe Wzgórza" autorstwa Emily Brontë to rewelacyjna, ponadczasowa powieść, sprawna technicznie, literacko, ale nie poruszyła mojego współczesnego serca. Jednakże mogę tę powieść śmiało zarekomendować wszystkim, którzy poszukują książki, opowiadającej im niezapomnianą historię o zemście, obsesji i miłości do grobowej deski.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 3 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Data: 2019-05-15 21:16:57

Autor: Morrigan

Fajnie, że w końcu to przeczytałaś <3
Data: 2019-06-01 10:33:01

Autor: Jothanne Washington

Z taką rekomendacją, kiedyś musiałam to przeczytać <3
Zaloguj się aby komentować.
2019-04-21 21:22:34
Aż do kości
Czasem wpatrujemy się w swoje odbicie i nie potrafimy długo wytrzymać swojego wzroku. Męczy nas to jak wyglądamy, kim jesteśmy. W końcu jak łatwo nam posprzątać swój pokój, a jak trudno uporządkować swoją duszę. Bo to jak siebie widzimy, zależy od tego jak siebie postrzegamy. Nasz wygląd nie składa się tylko z suchych faktów, lecz z naszej samooceny, która nie jest obiektywna. Ponieważ nie jesteśmy w stanie pozbyć się naszego subiektywizmu i spojrzeć na siebie oczami drugiego człowieka. Czasem żałuję, że tego nie potrafimy. Bo jakże łatwe było by życie, w którym nikt nigdy nie stara się sprostać czyimś oczekiwaniom; nie czuje takiej potrzeby, wręcz nie musi tego robić, ponieważ patrząc na siebie obiektywnie dobrze wie kim jest i na co go stać. To może nie do końca dla nas zrozumiałe, że ludzie oceniając nasze fizyczne i psychiczne walory, przypisują nas do jakieś grupy; wyznaczają nam granice, w których możemy się poruszać, nigdy nikogo nie zaskakując. Ale nie posiadając przydatnej umiejętności obiektywizmu, możemy łatwo wpaść niosące zagładę skrajności. Samochwalstwo i niska samoocena nigdy nie były pożądanymi "cechami" w otaczającej nas rzeczywistości. Kiedy ludzie spotykają się z pierwszym przypadkiem nie reagują zbytnio entuzjastycznie na wieść o kolejnym narcyzie. Natomiast drugi często budzi w nich swego rodzaju litość, która jest tym większa, im większa jest amplituda między prawdą, a wyimaginowanym zdaniem. Abstrahując od wszelkich skutków i przyczyn pierwszej cechy, skupmy się na drugiej, która bezpośrednio dotyczy dzisiejszego wpisu.
Świat XXI wieku nie daje nam pełniej wolności. W końcu ze wszystkich stron jesteśmy zasypywani moralnymi opowiastkami o prawidłowym funkcjonowaniu w otaczającej rzeczywistości. Przecież każda rodzina powinna mieć piękny duży dom, błyszczące się w słońcu nowiutkie samochody; powinna mieć dziecko, najlepiej jedno i wyjeżdżać przynajmniej raz w roku na bardzo kosztowne wakacje, na drugi koniec świata. Może wiele osób zaprzeczy takiemu modelowi rodziny, ale prawda jest najlepszym GPS, który znajdzie nas nawet na biegunie północnym; Ale ten nasz brak wolności bardziej jest widoczny w niezmiennych stereotypach, niż w naszych utartych celach. We wszystkich zakątkach Internetu można znaleźć pewne modele i ramy, które nas ograniczają. Świat ze wszystkich stron mówi nam jacy mamy być; nie wszyscy mają w sobie tyle siły, aby podążać własną drogą, nie bacząc na innych ludzi. Codziennie jesteśmy otaczani obrazami, które aż krzyczą do nas: "Musisz być piękna", "Musisz być silnym macho", - "Musicie żyć wedle określonych zasad, jeśli chcecie być akceptowani". Te hasła wkradają się podświadomie do naszego umysłu, działając szkodliwie na naszą psychikę. Po pewnym czasie "karmieni" tymi zdaniami, chcemy się upodobnić do rzekomego ideału piękna. Jeśli jesteśmy niedostatecznie szczupli, to staramy się schudnąć, na tyle aby choć trochę przypominać piękne modelki z kolorowych czasopism. Ta nasza chęć wpasowania się w społeczne kryterium piękna, może przerodzić się w obsesje, która nie będzie już niezobowiązującą dietą, lecz czymś co z zażartą wściekłością będzie nas zżerać od środka. Z czasem zauważymy, że stajemy się cieniem samego siebie, który uważa, że Emma Stone jest gruba; lecz pomimo usilnych starań nie potrafimy przestać. Nie potrafimy zrezygnować z tej błogiej ciemności, która z dnia na dzień jawi nam się coraz wyraźniej. A może naprawdę nie chcemy już żyć, bo w spalaniu co raz większej ilości kalorii upatrujemy sens naszej egzystencji?
Opisany powyżej stan został dokładnie przedstawiony w filmie Marti Noxon pt. "Aż do kości". Jest to jeden z najlepszych filmów Netflixa, jakie widziałam do tej pory (notabene uważam, że większość filmów znajdujących się na tej platformie nie należy do kultowych hitów świata kinematografii).
Film "Aż do kości" opowiada historię dwudziestoletniej Ellen, która już od kilu lat cierpi na anoreksję. Dziewczyna bagatelizuje problem swojej choroby i stara się jeszcze bardziej schudnąć - uważa, że "ma to wszystko pod kontrolą". Rodzina Ellen jest przerażona jej pogarszającym się z dnia na dzień stanem. Postanawia wysłać anorektyczkę na nietypową terapię, która ma pomóc jej zrozumieć, że jeśli chce dalej żyć musi zacząć jeść, aby móc normalnie funkcjonować. Ellen trafia do domu, pełnego osób z podobnymi do niej problemami, które na swój sposób radzą sobie z przytłaczająca prawdą o prawdziwym ideale piękna.
Ten film bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Nie spodziewałam się, że zrobi na mnie tak duże wrażenie. "Aż do kości" to wzruszający dramat, opowiadający historię nie tylko o anoreksji, ale również o sensie naszej egzystencji. Nie można przejść obok niego obojętnie. Nie można odwracać głowy od problemów dzisiejszego świata, które spotykają nas niemalże na każdym kroku; Ten film pokazał mi wiele rzeczy, począwszy od problemów ludzi chorych na anoreksję, a skończywszy na moim własnym ideale piękna, który w dużym stopniu przypomina ten stereotypowy; To przerażające jak bardzo można na własną rękę wyniszczyć swoje ciało - i to nie tylko w sferze fizycznej, ale również psychicznej. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że wszystkich nas, niezależnie od wieku, czy płci, może dopaść ta choroba. Wystarczy tylko, że zrobimy jeden nieodpowiedni krok w stronę naszej zaniżonej samooceny i możemy bezpowrotnie stoczyć się w ciemną otchłań żalu, i zbyt dużej ilości kalorii.
Film "Aż do kości" autorstwa Marti Noxon, to świetny "obraz" o samo-destrukcyjnym demonie, który czai się w każdym z nas. Polecam.

Ps: Wesołych i szczęśliwych Świąt Wielkanocnych!
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 1 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2019-04-16 22:01:39
Narodziny gwiazdy
Stoją dwie osoby przed lustrem. Jedna patrzy na siebie krytycznym, pełnym uwag wzrokiem. Druga spogląda na tę samą osobę i widzi w niej ukryty talent gwiazdy, który aż prosi się o ujawnienie; Zarówno pierwsza, jak i druga osoba mają rację. Często widzimy w sobie nasze wady i niedociągnięcia, a niedostrzegany tego, co jest w nas wyjątkowe, i niepowtarzalne. Dopiero druga osoba, która parzy na nas z innej perspektywy, jest w stanie pokazać nam, naszą drugą stronę medalu. Nie zawsze jest to ta dobra, lepsza strona. Właściwie to nie ma znaczenia, która perspektywa jest nam bardziej potrzebna. Ważne, abyśmy znali w sobie obie.
"I am falling. In all the good times I find myself longing for change.
And in the bad times I fear myself.*" Czasem spadamy i nie potrafimy odnaleźć się w otaczającej nas rzeczywistości. Często to, co ciągnie nas w dół, to nasze uzależnienia, wady, które nie przestają dawać o sobie znać. Kto nas uratuję, wtedy, kiedy nie potrafimy uratować się sami? A może nie chcemy zostać uratowani, bo wolimi karmić się nadzieję, że to już ostatni raz? "I am off the deep end, watch as I dive in. I will never meet the ground. Crash through the surface, where they can not hurt us. We are far from the shallow now."
Każdy słyszał tę piosenkę. Każdy zobaczył już ten film. Ludzie uwielbiają "obrazy" o muzyku alkoholiku i niewinnej dziewczynie, która wygrała szczęśliwy los na loterii i mogła spełnić swoje od dawna schowane marzenia. Mnie zawsze zastanawia, dlaczego ludzie lubią oglądać w kółko te same filmu i czytać te same książki. Nie mówię, tutaj o corocznym oglądaniu Kevina, lecz o obcowaniu w kółko i w kółko z tymi samymi schematami. Pomimo tej monotonii, ludzie nie przestają czytać cały czas romansów, oglądać komedii romantycznych, czy zachwycać się kolejną już reprodukcją "Narodzin gwiazdy". "Tell me something girl... Are you happy in this modern world? Or do you need more? Is there something else you are searching for?" Może robią to dlatego, że wciąż mają nadzieję na spełnienie swoich marzeń. Bo jak łatwo jest zabrać się do roboty, kiedy zobaczy się, że marzenia (choć czasami tylko w książkach i w filmach) się spełniają. To bardzo daje ludziom "kopa" - albo sprawia, że chcą włączyć jeszcze jedne "Narodziny gwiazdy" i ponownie zachwycić się perspektywą spełnienia swoich pragnień.
"Narodziny gwiazdy", to film, który już od dłuższego czasu chciałam zobaczyć. Po obejrzeniu jestem zaskoczona, bo z jednej strony spodziewałam się czegoś lepszego, lecz z drugiej dostałam więcej, niż mogłabym oczekiwać. Nie znałam wcześniej pierwotniej wersji "Narodzin gwiazdy", więc nie wiedziałam jak potoczą się losy Ally i Jacksona - mogłam się tylko domyślać, co oczywiście zrobiłam. Cała ta historia została od początku do końca wyreżyserowana dla uciechy publiczności. Były momenty pełne namiętności i bezgranicznej miłości, oraz te trudne pełne "shallow", po których jednak słowa: "We are far from the shallow now" okazały się prawdą. Nie do końca przekonuję mnie ta tematyka. Ponieważ z jednej strony jestem zadowolono (bo jednak wszyscy lubimy przeżywać na nowo znane nam schematy), lecz z drugiej szukam czegoś więcej, bo takie treści już mi nie wystarczają. Trudno dogodzić człowiekowi, szczególnie wtedy, kiedy dużo oczekuję, a nie wie dokładnie co chce otrzymać...
Muszę przyznać, że jestem zakochana w muzyce z tego filmu. Każda piosenka śpiewana przez głównych bohaterów była wspaniała. Chciałabym z równą swobodą tworzyć teksty piosenek, które idealnie trafiają do zamkniętych ludzkich serc. Choć gdybym posiadała taki talent, moje teksty by się zmarnowały, ponieważ nie miałby kto ich zaśpiewać...
W swojej recenzji nie mogę pominąć aktorów, którzy stają mi przed oczami, wysuwając się na pierwszy plan, abym o nich przypadkiem nie zapomniała. Zacznijmy od Lady Gagi. Jakoś nigdy nie przepadałam za tą piosenkarką, aktorką. W sumie nie potrafię dobrze uargumentować, dlaczego jej nie lubię. Wiem, że odpycha mnie jej wizerunek, ale zewnętrzny wygląd to żaden wyznacznik wewnętrznej wartości jakieś osoby. I z jednej strony nie pochwalam kariery zarówno piosenkarskiej, jak i aktorskiej. Ponieważ taka wszechstronna osoba nigdy nie będzie tak dobrze grała, jak śpiewa - lub odwrotnie. Nie mniej pomimo mojej niechęci do Lady Gagi, nie mogę nie pochwalić jej gry aktorskiej, która naprawdę była dobra. Wydaje mi się, że Ally jest w pewnym stopniu podobna do znanej piosenkarki. Lady Gaga pracowała ciężko na swój sukces; miała w swojej karierze wzloty i upadki, zarówno w muzyce, jaki i w miłości... Natomiast Bradley Cooper chyba wprost uwielbia grać chorych, uzależnionych młodych mężczyzn. Tak na serio, to zagrał dobrze, ale nic do tej pory nie przebiło jego roli w "Poradniku pozytywnego myślenia", w którym jako aktor pierwszoplanowy spisał się znakomicie.
Ogólnie "Narodziny gwiazdy" uważam, za dobry film, godny polecania i zobaczenia. Choć wydaje mi się, że ze względu na jego schematyczność nie muszę nikogo szczególnie zachęcać do jego obejrzenia.

*W recenzji zostały umieszczone fragmenty z piosenki "Shallow" autorstwa Lady Gagi i Bradleya Coopera.

Ps: Przepraszam za lekką przeróbkę piosenki ;D.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2019-04-14 22:21:37
Green Book
W otaczającej nas rzeczywistości nadal wyraźnie rzucają nam się w oczy granice, które ludzie między sobą wyznaczają. Już dawno mogliśmy pozbyć się wszelkich uprzedzeń, czy skrywanych głęboko uraz. W końcu to my tworzymy nasz świat. W końcu to my decydujemy, czy napotkana na ulicy przypadkowa osoba będzie naszym wrogiem, czy przyjacielem. Ludzie rzadko potrafią przyznać się do błędu. Wolą zmagać się ze swoimi narastającymi wyrzutami sumienia, niż powiedzieć otwarcie o swoich wadach. Czasami w naszym życiu stoimy przed trudnym wyborem dwóch różnych dróg. Czujemy wtedy, że od podjętej decyzji zależy nasza przyszłość. Trudno powiedzieć, jak zazwyczaj wybieramy. Jedni prowadzeni wewnętrznym instynktem wybiorą prawidłową drogę zbawienia, zaś inni wstąpią na niepewny grunt, z którego będą mogli jeszcze zawrócić - oczywiście, jeśli nie będzie na to za późno. Ludzkość na przestrzeni wieków stanęła nie raz przed takim decydującym wyborem. Moim zdaniem kluczowym wydarzeniem było odkrycie Ameryki przez Krzysztofa Kolumba, które zapoczątkowało nie tylko niesamowity rozwój nowoodkrytego lądu, ale również ucisk i prześladowania ludności tubylczej. To ciekawe, że ludzie, który odkryli nieznany im świat poczuli się jego zdobywcami, a nie gośćmi. W końcu, gdy idziemy do nowych znajomych, to pomimo tego, że jesteśmy na nieznanym sobie, terenie, nie wchodzimy w rolę pana domu i nie rozstawiamy wszystkich po kątach. To może trochę inna sytuacja, ale jednak pod wieloma względami podobna. Na tym przykładzie powiedziałabym, że ludzie na przestrzeni wieków zmienili się prawie nie do poznania, lecz to nieprawda. Czy dzisiaj, gdy astronom odkryje jakąś nową planetę, nie nazywa jej swoim imieniem? Nazywa. A w końcu to nadanie imienia, to potwierdzenie tego, że człowiek czyni z siebie zdobywcę, że nadaje sobie ten niesłuszny tytuł osoby lepszej, dominującej nad innymi. Bo po odkryciu Ameryki wielu Europejczyków, przyjechawszy na nowo odkryty ląd, powiedziała: "Jestem zdobywcą. Jestem zwycięzcą, mądrzejszym od was wszystkich razem wziętych. To ja mam nowoczesną broń, to ja jestem biały, to ja jestem dla was Bogiem. To wy macie być mi posłuszni. Musicie mi się bezwarunkowo poddać, po to, abym ja czerpał z waszej pracy niewysłowione korzyści. Świat musi iść do przodu i rozwijać się na wszelki możliwy sposób. Nasza cywilizacja potrzebuję taniej siły roboczej, która zapewni nie tylko wygodne życie ludzi "lepszych", ale również pozytywnie wpłynie na rozwój gospodarki i nowoczesnych technologii. Zapytacie, dlaczego wy? Dlatego, że ktoś musi wykonywać polecenia mojej warstwy społeczeństwa. W końcu to my jesteś białymi zdobywcami i należy nam się to, co nowego odkryliśmy..." To przerażający wywód, ale wydaje mi się, że jak najbardziej prawdziwy. Ludzkość w XV wieku dokonała strasznego wyboru, za który musi płacić do dnia dzisiejszego. Oczywiście to tylko jedna strona medalu. Bo ta "lepsza" wizja teraźniejszości była realizowana przez wiele krajów,także, te wcześniej odkryte, Stany zjednoczone .Czy to lepiej, czy gorzej trudno ocenić?
Ten długi wstęp traktował w głównej mierze o rasizmie i dominacji białego człowieka nad innymi ludźmi. Ta straszna ludzka postawa była szczególnie widoczna w ubiegłym wieku na południu Stanów Zjednoczonych. Sytuacja, jaka panowała wtedy w USA doskonałe oddaje oscarowy film "Green Book", opowiadający historię o czarnoskórym muzyku i jego białym ochroniarzu. Tony Vallelonga szuka niezobowiązującej kilkumiesięcznej pracy. Nieoczekiwanie dostaje ofertę wyjazdu w trzymiesięczną podróż na południe Stanów Zjednoczonych z popularnym pianistą Donem Shirleyem. Zadaniem Tonego w tej pracy jest bezpieczne przetransportowanie i ochrona swojego pracodawcy przed czyhającymi na niego niebezpieczeństwami w przepełnionych segregacją rasową stanach. Pianista wraz ze swoim nowym kierowcą rozpoczyna długą podróż, która przeradza się w coś więcej, niż tylko zależność pracodawca-pracownik.
"Green Book" to oparty na prawdziwej historii komediodramat z 2018 roku, wyreżyserowany przed Petera Farrellya. Miałam duże oczekiwania względem tego filmu - w końcu to tegoroczny laureat Oscara. Muszę powiedzieć, że nie zawiodłam się, aczkolwiek nie jestem pewna, czy aby na pewno ta produkcja w pełni zasłużyła na złotą statuetkę. Niemniej jednak "Green Book" to naprawdę dobry film przekazujący ważne, aktualne wartości, z którymi każdy powinien się zapoznać; Nawet dziś, niestety, podróż po południowych stanach, często realizuje zasadę - "Im głębiej, tym ciemniej". Wracając do filmu. Bohaterowie z biegiem podróży, czyli zagłębiania się w rolniczą część Stanów Zjednoczonych, doświadczają co raz większej dyskryminacji i segregacji rasowej, każdy ze swojego miejsca. Niektóre incydenty z tym związane przedstawiały straszną (zdobywczą) stronę natury ludzkiej. To dla mnie absurdalne, że ktoś nie pozwoli komuś (nawet świetnemu muzykowi) przymierzyć w sklepie garnitur, tylko ze względu na jego kolor skóry. To może dziwić (szczególnie osoby bardzo tolerancyjne), choć z drugiej strony, czego człowiek nie zrobi (zarówno dzisiaj, jak i kiedyś), aby poczuć się lepszym od innych? Jesteśmy w stanie naprawdę bardzo poniżyć drugiego człowieka, tylko po to by połechtać swoje, nigdy niegasnące,ego.
Wracając do filmu, chciałabym zwrócić szczególną uwagę na skomponowaną przez Dona Shirleya muzykę. Pianista jest bardzo wykształconym i mądrym człowiekiem. Na północy obraca się w kręgu najznakomitszej śmietanki towarzyskiej. Jestem przekonana, że gdyby nie jego kolor skóry i czasy, w których żył, udałoby mu się odnieść jeszcze większy sukces, niż ten, na który ciężko zapracował. Don Shirley nie zgadza się w segregacją rasową, jaka panuje w Stanach Zjednoczonych. Stara się poruszyć ludzi swoją wspaniałą grą na fortepianie, po to, aby zauważyli oni, że każdy człowiek pomimo wszystkich zewnętrznych różnic posiada swoją niezaprzeczalną, wewnętrzną wartość. Swoje humanitarne wartości przekazuje jednak, tylko w sposób pokojowy, nie ucieka się do stosowania przemocy, czy oszustwa w jakiejkolwiek formie. Don Shirley twierdził "Nigdy nie wygrasz przemocą. Wygrywasz tylko zachowując swoją godność." To prawda, która powinna inspirować nas do pracy nad swoim charakterem i często nieposkromionymi emocjami.
Pomimo to, że jest to film, to moim zdaniem w każdym dziele kinowym można mówić o sposobie wykreowania postaci. Ten aspekt oceniania kojarzy nam się głownie z rozbudowanym światem książek. Ale prawda jest taka, że film to tak naprawdę "książka" dla wygodnych (leniwych). Oczywiście są rzeczy, który żaden opis nie odda tak, jak zrobi to obraz, lecz przeczytanie książki, a zobaczenie filmu to dwie różne czynności, które trudno ze sobą porównać. Niemniej jednak w obu przypadkach możemy mówić o kreowaniu postaci. W książkach za tę funkcję odpowiedzialny jest autor , a filmie reżyser, pośrednio również scenarzysta; W "Green Book" mamy do czynienia z stereotypowymi postaciami, odbitymi w tzw. krzywym zwierciadle. W końcu mamy Tonygo, białego, średniowykształconego mężczyznę, który pracując w nocnych klubach jakoś wiąże koniec z końcem. Z drugiej strony jest Don, świetnie wykształcony erudyta, który "ma kasy jak lodu" i obraca się w najznakomitszych kręgach towarzyskich. To odwrócenie ról jest szczególnie widoczne w pewnej scenie, w której głównym bohaterom na drodze (na południu Stanów Zjednoczonych) zepsuł się samochód. Wtedy Tony, jako kierowca wysiadł z auta, otworzył drzwi Donemu i zaczął naprawę pojazdu. Ta niezwykła sytuacja została zauważona przez czarnoskórych rolników, którzy ciężko pracowali na pobliskim polu. Naraz wszyscy przerwali swoją pracę i patrzyli, jak biały człowiek ubrany w proste, pogniecione ubranie, usługiwał czarnemu, eleganckiemu mężczyźnie.
"Green Book" to bardzo wyważony film, który wywołuje uśmiech na twarzy widza. Nie jest on tak kontrowersyjny jak "Faworyta", ale ma też coś w sobie, co budzi sprzeciw w sercu odbiorcy. Produkcja Petera Farrellya to bardzo dobry, wartościowy "umilacz" czasu, który każdy powinien zobaczyć. Zdecydowanie polecam.

Ps: Stwierdzenie "Ma kasy jak lodu", to cytat z "Tajemniej historii" - wspaniałej książki Donny Tartt.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 1 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Data: 2019-05-15 21:20:41

Autor: Morrigan

Lubię ten film, ale z tegorocznych ooscarowych wolę Faworytę :D
Zaloguj się aby komentować.
2019-04-09 16:44:21
Słowniki - papierowe, czy elektroniczne?
Kto z nas w ciągu ostatniego roku choć raz z własnej woli zajrzał do jakiegokolwiek papierowego słownika? Jeżeli znajdzie się choć dziesięć osób, które to zrobiły, to chylę przed nimi czoła. Ja osobiście nie należę do grona tej dziesiątki szczęśliwców. Obecnie korzystam z internetowego słownika języka polskiego (który w zasadzie jest słownikiem ortograficznym) i nie zamierzam z tego w najbliżej przyszłości rezygnować. Wydaje mi się, że większość z nas mając do wyboru papierowy słownik lub elektroniczny, nie będzie się długo zastanawiać nad wyborem. Ludzie w dzisiejszych czasach stali się niesamowicie wygodni i to nie tylko w kwestii wyboru słownika. Czasami przeklinam to XXI-wieczne lenistwo, ale z drugiej strony nie jest ono takie złe. Ponieważ człowiek z natury jest leniwy, chce sobie w największy możliwy sposób ułatwić życie. Do tego służą mu liczne roboty, auta i oczywiście telefon, który zapoczątkował nowy pogląd ? phonecentryzm (Ziemia "kręci się" wokół telefonu). Te wszystkie wynalazki stworzyli ludzie, który niezadowoleni ze swojego obecnego stanu życia, postanowili coś zmienić. Ogólnie rzecz biorąc zmiany są dobre, ponieważ sprawiają, że świat idzie do przodu, czy w dobrym kierunku, to już zupełnie inna sprawa...
Wracając do słowników. Wydaje mi się, że każdy z nas ma w swoim domu przynajmniej jeden słownik. I wcale nie musi to być słownik języka polskiego. Właściwie w dzisiejszych czasach bardziej spotykane są słowniki obcojęzyczne, niż "narodowe". W końcu wydaje nam się, że język polski umiemy i że nie potrzebujemy się już bardziej w nim kształcić. Bzdura. Większość osób nie mówi poprawnie po polsku ? ile razy słyszałam "włanczać", zamiast "włączać". Tym osobom w szczególności przydałby się słownik poprawnej polszczyzny... Mamy słowniki, ale z nich nie korzystamy. Ja sama mam słownik języka polskiego oprawiony w folię, nigdy nieotwarty. To śmieszne, że taka księga stoi sobie na półce, zbiera kurz i jest odrzucona na margines marginesów listy książek czytanych. To pewnie nikogo nie dziwi. W końcu słowniki wyszły już dawno z mody, stały się niepraktyczne, więc po co je używać? To bardzo ciekawe pytanie, na które wcale nie jest tak prosto odpowiedzieć. Słowniki mają to do siebie, że zazwyczaj są grube, zakurzone i stare - ogólnie nie zachęcają nas swoim wyglądem. Znam tylko jedną osobę, która regularnie korzysta ze słownika. Jest to kolega z klasy, który niemal na każdej lekcji angielskiego wybiera sobie słownik i w chwili wolnej uczy się angielskich słówek. To ciekawy przypadek, jednakże myślę, że gdyby ów kolega mógł zamiast ze słownika skorzystać z telefonu, zrobiłby to z ogromną chęcią. Lecz wtedy nikt by dokładnie nie wiedział, czy kolega faktycznie w tym telefonie szuka słówek, czy robi coś zupełnie innego. I to jest właściwie jedyny minus elektronicznych słowników. Ponieważ, gdy bierzemy telefon do ręki, to naraz trafiają do nas tysiące powiadomień, które skutecznie rozpraszają naszą uwagę. Takiego problemu z kolei nie ma przy tradycyjnych słownikach, które pozbawione jakiejkolwiek elektryczności, nigdy nie zmienią swojej pierwotnej formy.
Jeżeli chodzi o plusy elektronicznej kopalni słów, to jest ich naprawdę wiele. Ponieważ mając swój ukochany telefon w torebce, jednocześnie mamy pod ręką wszystkie rodzaje słowników, które są bardzo łatwo dostępne w Internecie. Takiej możliwości nie daje nam żadne inne urządzenie. Drugim plusem elektronicznych słowników, jest oczywiście czas Ludzie w XXI wieku bardzo cenią sobie swoją dyspozycyjność, czyli według słownika słownika języka polskiego, gotowość w każdej chwili do podjęcia jakieś czynności - jeśli mamy przy sobie telefon, to jesteśmy w stanie w błyskawicznym tempie sprawdzić dosłownie wszystko, co chcemy. Oto plus i minus naszego modernistycznego świata.
W takim razie czy warto czytać, kupować, sięgać po dawne papierowe słowniki? Moim zdaniem warto tylko w wymiarze tradycyjnym, po to aby nie zapomnieć wspaniałości papierowej kopalni wiedzy. A tak poza tym, to uważam, że produkcja słowników powinna być choć w pewnym stopniu wstrzymana. Nie ma sensu, ani więcej ich produkować, ani zachęcać społeczeństwo do korzystania z tej przestarzałej formy. Bo po co mamy sobie utrudniać życie, kiedy w łatwy sposób możemy je sobie ułatwić? Do tego dochodzi jeszcze kwestia papieru. Wyprodukowanie jednego słownika wiąże się z użyciem kilkuset kartek. Szkoda marnować papier i drzewa, na coś, co leży później na półce w nieodpakowanej folii, zapomniane i opuszczone na zawsze.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Data: 2019-04-13 23:20:14

Autor: Morrigan

Ostatnio ze słownika papierowego korzystałem jakiś miesiąc temu na egzaminie z języka niemieckiego. Uratował mi życie. Bez niego raczej bym nie zdała XD
Data: 2019-04-15 11:51:39

Autor: Jothanne Washington

A jednak czasem te duże "encyklopedyczne księgi słów" się do czegoś przydają ;D.
Zaloguj się aby komentować.
2019-04-07 22:38:44
Faworyta
W dzisiejszym czasach nie posługujemy się już tytułami, czy niepotrzebnymi zwrotami grzecznościowymi. Teraz przynależność do jakieś rodziny określa nasze nazwisko, które związuje nas z naszymi bliskimi. Na szczęście to jak się nazywamy, czy Nowak czy Kowalski nie ma żadnego znaczenia. Lecz kiedyś nasze nazwisko, lub tytuł przypisywało nas do pewnej grupy ludzi, której w zasadzie nigdy nie mogliśmy opuścić. Bo rzeczą oczywistą był fakt, że chłop nie może zostać królem, ani król nie może zostać chłopem - choć może jeden i drugi by tego chciał? Na szczęście w XXI wieku jesteśmy ograniczeni tylko przez nas samych, to my decydujemy, czy chcemy zostać premierem, czy strażakiem. Ale te dawne tytuły nie zostały całkowicie zapomniane, ponieważ dzisiaj na porządku dziennym są przezwiska, które niestety często ranią i krzywdzą osobę przezywaną. Ja osobiście popieram nadawanie pewnych przydomków, oczywiście jeśli nie są one w żaden sposób krzywdzące. Bo to co świadczy o nas, to nasze imię. A imiona rzadko znaczą coś konkretnego. Zazwyczaj są to po prostu nazwy własne, bez jakieś większej etymologii. To niedobrze, ponieważ imię to pewien rodzaj naszej tożsamości, który moim zdaniem powinien coś o nas mówić. Wiadomo że po naszych narodzinach nie jesteśmy wstanie określić osobowości i zachowania danej osoby, dlatego więc mądre przezwiska są idealnym rozwiązaniem tego "problemu".
Czasami walczymy o jakiś tytuł. W dzisiejszych czasach chcemy zostać magistrami, profesorami, doktorami, ale kiedyś oprócz tytułów naukowych istniały jeszcze inne, pod pewnym względem bardziej prestiżowe. Faworyta, to słowo według słownika języka polskiego, dawnej oznaczało kochankę osoby wysoko postawionej, metresę. To bardzo ciekawe, szczególnie w kontekście filmu Jorgosa Lantimosa, nominowanego w tym roku do Oscara.
"Faworyta" to biograficzno-historyczny film opowiadający wycinek z historii życia królowej Anny. Anglia jest w stanie wojny z Francuzami, ale największe głowy państwa za bardzo nie przejmują się tym faktem - spędzają czas głównie na zabawie, prowadząc liczne dworskie intrygi. W tym samym czasie na dwór królewski przybywa nowa służąca Abigail, która szybko zaskarbia sobie sympatię Lady Sary - najbliższej przyjaciółki królowej. Sprawy polityczne w państwie mają się tak źle, że już nie sposób ich ignorować. Lady Sarh poświęca coraz więcej czasu polityce wewnętrznej kraju, pozwala to Abigail zbliżyć się do królowej. Wkrótce dziewczyna odkrywa, że jest w stanie poświęcić dosłownie wszystko, aby zdobyć pozycję Lady Sary i zostać faworytą.
Już od bardzo dawna chciałam zobaczyć ten film. W końcu dziesięć oscarowych nominacji mówi samo za siebie. Co prawda film zdobył tylko jedną statuetkę, ale to nie zmienia faktu, że był genialny. Naprawdę chylę czoła przed produkcją Jorgosa Lantimosa, ponieważ wykonał ogrom dobre roboty, która powinna być jeszcze bardziej doceniona. Bo mam wrażenie, że "Faworyta" nie dostała Oscara tylko dlatego, że była zbyt kontrowersyjna. Że nie mieściła się w pewnych amerykańskich ramach dobrego i grzecznego filmu. Trochę żałuję tej statuetki, ale to nie ma aż takiego znaczenia, ponieważ złoty Oscar nie jest w zasadzie żadnym wyznacznikiem dobrego filmu. Owszem Oscara nie dostanie byle jaka produkcja, ale to, że coś zostało docenione przez Amerykańską Akademię Filmową, wcale nie oznacza że zostanie docenione również przez nas. To prawda, czasami mam wrażenie, że Oscary są rozdawane ze względu na publiczność, a nie ze względu na prawdziwą artystyczną wartość filmu. Niemniej jednak, z Oscarem dla Olivii Colman zgadzam się całkowicie. Aktorka bezbłędnie wcieliła się w postać królowej Anny i na pewno zasłużyła na otrzymaną nagrodę.
W "Faworycie" oprócz Olivii Colman grały również Emma Stone i Rachel Weisz. Tę pierwszą aktorkę znałam już z filmu "La la land", która, wcieliwszy się w rolę Mii, bardzo przypadła mi do gustu. Natomiast z Rachel Weisz spotkałam się po raz pierwszy (mała poprawka, widziałam ją w "Oz. Wielki i potężny", ale nie grała w tym filmie pierwszoplanowej roli). Jeżeli można w ogóle porównywać ludzi, to w tym wypadku jest to jak najbardziej możliwe, ponieważ obie aktorki grały w miarę podobne postacie, za które dostały nominacje do Oscara, dla najlepszej aktorki drugoplanowej. Trudno mi powiedzieć kto bardziej zasługiwał na nagrodę Emma, czy Rachel, ponieważ gra aktorska obu kobiet była świetna. Zarówno Abigail, jak i Lady Sarah to postacie wielowymiarowe, które (w tym wypadku) nie sposób polubić, ponieważ obie zrobią wszystko, aby utrzymać (lub zdobyć) stanowisko faworyty - tej kochanicy królowej, która tak naprawdę rządzi państwem. Bo królowa Anna, to tylko z pozoru władcza kobieta. W rzeczywistości krajem rządzi ulubienica, która pociąga za wszelkie możliwe wiszące sznurki. To mnie w sumie zaskoczyło w tym filmie. W końcu obraz władcy zazwyczaj kojarzy nam się z osobą będącą władcą absolutnym, a nie tylko bezwartościowym pionkiem w grze. I ta sytuacje wcale nie musi odnosić się do XVIII wieku. Jestem przekonana, że w dzisiejszych czasach model władcy - maskotki również istnieje, choć w większości przypadków nie zdajemy sobie z niego sprawy.
Podsumowując: polecam Wam ogromnie "Faworytę", czyli film o władzy, zemście i ludzkiej chciwości, która jest obecna również w naszych czasach.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 1 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Data: 2019-04-13 23:30:36

Autor: Morrigan

Film wspaniały. Przepiękne szerokie kadry, naturalne oświetlenie, wspaniałe kreacje aktorskie... Jedno wielkie <3
Data: 2019-04-15 11:52:32

Autor: Jothanne Washington

Zgadza się w zupełności! <3 :D
Zaloguj się aby komentować.
2019-04-02 19:54:00
Mały książę - Antoine de Saint-Exupéry
Połóżmy się na trawie. Popatrzy na błękitne niebo i poruszające się na nim obłoki. O patrzcie! Tamta chmura przypomina lisa, a ta koło niej to zamknięty wąż boa. Czy świat zmieniających się obłoków i beztroskiego dzieciństwa, to nie najwspanialszy świat jaki istnieje? Tak i nie. Ponieważ dzieciństwo to bardzo ważny okres w życiu każdego człowieka, ale niestety nic w nadmiarze nie jest dla nas dobre. Bo gdybyśmy, jak Oskar z "Blaszanego bębenka" w pewnym momencie przestali rosnąć, to czy byśmy nie zostali pozbawieni pewnego wspaniałego waloru ludzkiego, jakim jest rozwój? Oj zostalibyśmy i to bardzo. Choć dzieciństwo jest potrzebne i ważne, to jeszcze bardziej niż ono, pożądany jest progres i krok w dorosłość. Ponieważ to dorośli zmieniają świat, ponieważ to dorośli nim rządzą. Ale dzieci mają również głos w wielu sprawach - to pocieszające, że nie jesteśmy jak ryby (przynajmniej nie całkiem).
Niektóre książki można określić mianem uniwersalnych. Według słownika języka polskiego oznacza to coś powszechnego, ogólnego, o wszechstronnym zastosowaniu. Często mówimy o czymś, że jest uniwersalne, w sensie, że jest przeznaczone dla wszystkich, niezależnie od płci, wieku, czy zainteresowań. I taka właśnie jest ponadczasowa książka Antoinea de Saint-Exupéryego pt. "Mały Książę". Ta przetłumaczona na ponad 300 języków powiastka filozoficzna to idealny przykład lektury, której nie można przypisać do żadnej konkretniej kategorii. Jeśli miałabym wskazać konkretny przedział wiekowy odbiorców powieści, to powiedziałabym, że ta książka powinna być bardziej kierowana do dorosłych, niż dzieci. Ponieważ wydaje mi się, że dzieci nie są w stanie w pełni zrozumieć przekazu płynącego z treści "Małego księcia". Ja sama widzę po sobie, że z perspektywy czasu, człowiek zaczyna w życiu dostrzegać rzeczy, których wcześniej nie zauważał. Czytałam już tę książkę dwa lata temu, w ramach lektury szkolnej omawianej na lekcjach języka polskiego. Pamiętam, że wtedy ta powieść nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Moje emocje po przeczytaniu jej można by określić jako "przeminęło z wiatrem". To pokazuje mi, jak bardzo przez te dwa lata się zmieniłam. Teraz widzę w "Małym Księciu" coś więcej, niż tylko jakoś kolejną, niewartą uwagi bajkę dla dzieci. Może niedokładnie tak myślałam, ale na pewno po przeczytaniu tej powieści nie miałam żadnych inteligentnych, czy mądrych refleksji, które gdzieś się we mnie rodzą obecnie (choć wcale nie uważam, że są one jakoś szczególnie inteligentne, czy błyskotliwe).
Zastanawiałam się kto jest głównym bohaterem tej powieści. Czy jest to bezimienny narrator, czy może tytułowy Mały Książę? Trudno powiedzieć, ponieważ wydarzenia opisane w książce są opowiadane z perspektywy dorosłego pilota, który dzieli się z czytelnikiem historią poznania tajemniczego przybysza z innej planety. Właśnie, to jasnowłosy chłopiec jest głównym tematem tej powiastki. W takim razie jak można wyznaczyć głównego bohatera, skoro obie historie są ze sobą związane? Moim zdaniem to kwestia sporna - nierozwiązalna. Oczywiście można by było polemizować w tym temacie, ale po co? Niemniej jednak książka opowiada o dwóch zupełnie różnych światach: dorosłych i dzieci. Te dwie rzeczywistości zderzają się ze sobą gwałtownie, szczególnie podczas wycieczki Małego Księcia po sąsiednich planetach. Mały Książę to symbol dziecięcej niewinności i niezmierzonej ciekawości. Natomiast Król, Próżny, Pijak, Bankier, Latarnik, Geograf to przedstawiciele pewnych, często spotykanych zachowań dorosłych. Antoine de Saint-Exupéry w tych krótkich spotkaniach w nieco satyryczny sposób ukazuje stosunek dorosłych do świata, dzieci i rzeczy mniej ważnych (niepoważnych). Oczywiście tych krótkich fragmentów, jaki i całej książki nie można traktować dosłownie. "Mały Książę" to przypowieść, która ma pokazać nam schematyczne funkcjonowanie świata, a nie przedstawić logiczną historię opartą na faktach. Ta zasadnicza różnica usprawiedliwia wszelką magiczność i symbolikę, która może być przeróżnie interpretowana. I to właśnie sprawia, że książka "Mały książę" jest zaliczana do powieści uniwersalnych. Ponieważ z tej lektury możemy garściami, niczym z Biblii, czerpać prawdy o życiu i nas samych.
Po przeczytaniu "Małego Księcia" mogę stwierdzić, iż autor powieści był bardzo mądrym człowiekiem. W prozie Antoine?a de Saint-Exupéryego wydać wyraźnie jego zainteresowanie światem i naturą ludzką. Autor pisał krótko, zwięźle, zrozumiale i na temat. Ja osobiście uważam jego styl pisania za piękną kwintesencję literatury, w której prawdziwie piękno tkwi w prostocie. Oczywiście uwielbiam wspaniałe, rozbudowane opisy na miarę Tolkiena, lecz taki język autora przekreśla automatycznie uniwersalność utworu. Owszem "Władca pierścieni", czy "Hobbit", to powieści kultowe i ponadczasowe, lecz nie uniwersalne. Ponieważ rozbudowany język autora sprawia, że jakieś grono czytelników nie jest zainteresowane prozą tego pisarza. W takim wypadku utwór, choć absolutnie genialny, nie jest uniwersalny, bo brak mu prostoty, która nikogo nie odrzuca. Po za wspaniałym językiem w "Małym Księciu" znajdziemy jeszcze pasjonujące ilustracje, które nadają powieści barwności i lekkości. Ponieważ nie istnieje prostszy sposób przekazania wiedzy, niż za pomocą rysunku, czy obrazu, który sprawia, że łatwiej przyswajamy zawarte w tekście treści.
Wracając do fabuły chciałabym jeszcze na chwile zatrzymać się przy tych odmiennych dwóch światach, o których wspomniałam wcześniej. Już od zarania dziejów istnieje niepokonany dotąd mur między bajkową rzeczywistością dzieci, a poważnym światem dorosłych. Przez to często dochodzi do nieporozumień pomiędzy tymi dwoma grupami wiekowymi. Często słyszymy o konfliktach dziecko-rodzic, rodzic-dziecko. To nic niezwykłego, wręcz naturalne. Ale czasami mała niezobowiązująca kłótnia przeradza się w coś więcej - w domowe piekło, które może na lata poróżnić domowników. A w końcu rodzina jest najważniejsza. Przecież w domu, powinniśmy się czuć, właśnie jak w domu, a nie w jakimś obcym, nieznanym nam miejscu. Kłótnie są skutkiem niezrozumienia i różnicy poglądów. Mama uważa słodycze za zło wcielone, szkodzące zdrowiu. Dziecko postrzega słodkie smakołyki jako główną dietę swojego odżywiania. I kto ma rację w tym starciu? W zasadzie nikt, ale w domowym środowisku mama. Oczywiście to tylko taki symboliczny przykład. Wcale nie twierdzę, że jedzenie słodyczy w nieograniczonych ilościach jest dobre. Nie, po prostu wzywam do kompromisu, który w większości przypadkach jest świetnym i jedynym, prawidłowym wyjściem z sytuacji. Bo skoro nie można dojść do jednoznacznego porozumienia, to należy zadowolić wszystkich po trochu? Abstrahując od tego wszystkiego, głównym powodem konfliktów między młodym, a starym pokoleniem jest fakt, że dorośli często zapominają, że oni również byli kiedyś dziećmi. Że uwielbiali jeść lody, czekoladę i spędzać do późna czas na świeżym powietrzu (ach, gdyby współczesne dzieci tylko tego pragnęły). Kiedy dorastamy zaczynamy postrzegać świat z innej perspektywy. Przez to zapominamy, jak to było kiedyś, za tzw. starych dobrych czasów. A może czasem warto wrócić do przeszłości, a przynajmniej do tych dziecięcych fundamentalnych wartości? Wydaje mi się, że taki sentymentalny "back to the future" może okazać się dla nas bardzo owocny...
Podsumowując: zachęcam wszystkich do czytania i czerpania z mądrości "Małego Księcia". Gwarantuję, że za każdym razem, kiedy będziecie czytać tę powieść jeszcze, odnajdziecie w niej coś zupełnie nowego, czego nie zauważyliście wcześniej. Polecam.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 1 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Data: 2019-04-13 23:49:06

Autor: Morrigan

Myślę, że język jakim posługuje się autor nie może przekreślić uniwersalności utworu. Biblia też nie jest przystępnie napisana, mimo to jest jednym z najważniejszych dzieł literackich dla kultury europejskiej (pomijając znaczenie religijne). O ile we Władcy Pierścieni szczegółowe i poetyckie opisy mogą nużyć niektórych czytelników, to Hobbit jest napisany bardzo przystępnym językiem. Niemniej bardzo ciekawa recenzja. Małego Księcia nie czytałam już od lat :D
Data: 2019-05-03 16:54:15

Autor: ewa15

uwielbiam!
Zaloguj się aby komentować.
2019-03-31 14:39:27
Cesarz - Ryszard Kapuściński
Nie zawsze jesteśmy wolni. Nie zawsze jesteśmy sobą i wyrażamy siebie poprzez nasze myśli, i czyny. Czasem coś odbiera nam tę wolność. Zazwyczaj nie zdajemy sobie z tego sprawy, bo nie wiemy, że może być lepiej niż jest. Gdy żyjemy w zamkniętym na cztery spusty społeczeństwie, odciętym od reszty świata, jesteśmy ograniczeni nie tylko fizycznie, ale również mentalnie. Ponieważ brak możliwości zdobycia wiedzy wiąże się z pozbawieniem wolności rozwoju intelektualnego, który jest jednym z podstawowych form dążenia do naszego człowieczeństwa.
Dzisiejszy świat wcale nie jest tak nowoczesny, jak mogłoby się wydawać. W wielu krajach Trzeciego Świata takie dobra, jak żywność, woda, nauka nie są darmowym pakietem, posiadanym przez każdego człowieka. To straszne, że w XXI wieku niektórzy ludzie żyją w tak bardzo ograniczony sposób. Powiedziałbym, że nie wiedzą oni dokładnie czym jest życie, albo że wiedzą o tym aż za dobrze? Powinniśmy wspierać takie kraje wszelkimi dostępnymi środkami. Lecz w swych działaniach nie należy przesadzać. Bo nikt nie chce, aby ktoś narzucał mu swoją kulturę i zwyczaje. Dlatego też pomagajmy, ale nie niszczmy tego, co trwa już od wieków (po warunkiem, że owa kultura nie łamie podstawowego prawa człowieka, jakim jest prawo do życia i wolności).
Często przyczyną zacofania krajów jest brak demokracji, czyli władza absolutna. Może my nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak dużą rolę w naszym życiu odgrywa możliwość rządzenia państwem - w sposób pośredni, poprzez wybieranie swoich przedstawicieli. W ustroju demokratycznym bardzo ciekawa jest ludzka mentalność, która uważa się za najważniejszą, najlepszą i najbardziej sprawiedliwą. Obecnie w większości państwach XXI wieku nie istnieje absolutny, święty władca. Taki obraz sprawowania władzy został już dawno przysłonięty demokratycznym ustrojem, w którym to lud decyduje o najważniejszych prawach uchwalanych w kraju. Jednakże nie wszędzie tak jest. Nie wszędzie można myśleć, robić czegoklwiek się chce i być uważanym za osobę ważną - równą innym. Bardzo dobrze przekonał się o tym Ryszard Kapuściński, polski reporter, który w poszukiwaniu prawdy udał się do odległego państwa Afryki - Etiopii. Tam musiał zmierzyć się z odmienną kulturą i zwyczajami mieszkańców. Nie było mu łatwo się poznać ten kraj, ponieważ Etiopczycy nie słynną ze zbytniej gościnności w stosunku do cudzoziemców. Pomimo tego, Ryszard Kapuściński napisał znany na całym świecie reportaż pt. "Cesarz", w którym oczami dworskiej kamaryli opisuje autorytarne rządy Hajlego Sellasje.
Władzę trudno zdobyć, ale jeszcze trudniej utrzymać. Ponieważ "Na szczytach nigdy nie jest ciepło. Wieją lodowate wichry, każdy stoi skulony i musi pilnować się, żeby sąsiad nie strącił go w przepaść". Takim właśnie władcą - zimnym jak wiatr i przebiegłym jak lis - był Hajle Sellasje. Ale nie powiedziałbym, żeby cesarz Etiopii był złym człowiekiem. Nie, on po prostu rządził krajem w taki sposób, jaki uważał za słuszny. Wydaje mi się, że cesarz nie chciał źle dla swoich poddanych. Hajle Sellasje uważał, że głód, czy korupcja Etiopczyków to rzecz normalna i prawidłowa. W końcu na świecie żyją ludzie bogaci i biedni, i nic nie może tego zmienić. Poza tym ludźmi, których jedynym zmartwieniem jest ich następny posiłek, łatwiej się rządzi. Ponieważ oni w swej codziennej walce o przetrwanie, nie mają czasu na myślenie się o lepszym, szczęśliwszym życiu, jakie mogliby prowadzić. Może to co napisałam nie wskazuje na dobrą stronę charakteru Hajle Sellasje, ale ja (może naiwnie) wierzę w to, że gdzieś tam w środku był dobrym władcą, który rządził w jedyny znany mu sposób. Bo właściwie nie można oceniać człowieka tylko przez pryzmat jego złych czynów. Ludzie nie są ani dobrzy, ani źli do końca, więc skupianie się na negatywnych czynach jakiejś osoby, prowadzi do jednego, niezbyt pozytywnego wniosku. A przecież cesarz Etiopii był niezwykle mądrym i inteligentnym człowiekiem, który zazwyczaj słuchał próśb swojego ludu. Co więcej poddani cesarza uwielbiali swojego władcę - padali przed nim na twarz i traktowali jego osąd na równo z sądem Bożym. Podczas panowanie Hajle Sellasje życie wielu Etiopczyków było uzależnione od donosów innych i godziny nominacji. Podczas tego punktu programu w dziennym grafiku cesarza, władca przyznawał awanse oraz degradadował. Każdy nominowany drżał z niepewności i ciekawości o swój dalszy los. Bowiem nikt nigdy, w żadnym wypadku, nie mógł sprzeciwić się woli cesarza - ponieważ był on władcą absolutnym, którego rozkaz był świętym, nienaruszalnym prawem. Jednak pomimo to każde imperium, czy wielkie mocarstwo musi kiedyś upaść. Musi porzucić swoje stare tradycje, zwyczaje i zacząć wszystko od nowa. Tylko jak zbudować nowy porządek, skoro brak fundamentalnych podstaw? Bo co się stanie z pałacową służbą, czy lojalnymi podwładnymi cesarza, kiedy władcy zabraknie? Czy nie będą oni bezużytecznymi pachołkami, bez swojego Boga?
"Cesarz" to pierwsza książka Ryszarda Kapuścińskiego, jaką miałam okazję przeczytać. Gdy zaczynałam lekturę wiedziałam mniej więcej czego mam się spodziewać. I fabularnie ten reportaż mnie nie zaskoczył - był od początku do końca taki, jak być powinien. Jednakże bardzo zdziwił mnie język autora, który moim zdaniem był wyjątkowy i nietypowy. Już sam pomysł opisania władcy oczami jego poddanych był bardzo trafiony. Kiedy czytałam "Cesarza" miejscami miałam wrażenie, że ktoś ze starszych opowiada mi historię z tzw. dawnych (lepszych) czasów. W rzeczywistości historia została opowiedziana nie nam, lecz Ryszardowi Kapuścińskiemu, który na stronach reportażu ujawnia się i dopowiada pominięte fakty. Autor w swojej książce posługuje się wieloma bezokolicznikami, imiesłowami i równoważnikami zdań. Ponadto wiele zdań w tym reportażu to tzw. rymowana proza, w której występują banalne rymy wewnątrzwersowe. Mnie osobiście zawsze zaskakują takie rymy, ponieważ to takie niezwykłe, że dwa kompletnie niezwiązane ze sobą wyrazy mogą do siebie pasować i uzupełniać się, za pomocą przekształconych końcówek. To oczywiście są plusy tego reportażu. Inny styl pisania Ryszarda Kapuścińskiego był jak melodia dla moich oczu, które po przeczytaniu "Kasacji" dostały niespodziewanej alergii na wszelkie wulgaryzmy i kolokwializmy.
Oczywiście muszę wspomnieć, że w powyższej recenzji nie brakuje metafor, które miały wprowadzić Was w klimat "Cesarza" - reportażu Ryszarda Kapuścińskiego, który bardzo polecam.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 1 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Data: 2019-04-13 23:59:02

Autor: Morrigan

Niestety świat bez głodu i biedy to utopia
Data: 2019-04-15 11:54:59

Autor: Jothanne Washington

Tak, to takie Niestety przed wielkie "N". :/
Zaloguj się aby komentować.
2019-03-26 16:41:51
Spektakl Terror
Wszyscy jesteśmy równi i każdy z nas żyje tylko raz. Na tej podstawie można by powiedzieć, że egzystencja człowieka jest absolutnie nieporównywalna. Bo jak można zestawić życie jednej osoby z drugą? Bo jak można decydować o wartości ludzkiego życia, skoro każdy z nas jest wyjątkowy i niepowtarzalny? Po prostu nie można. Ostatnio pisałam o sprawiedliwości, a dzisiaj chciałabym zwrócić uwagę na konsekwencje pewnych decyzji, które mają wpływ nie tylko na życie osoby decydującej. Często jest tak, że w niektórych kwestiach po prostu nie mamy wyboru. Albo mamy wybór, lecz nie taki, jaki byśmy chcieli. Żyjemy w społeczeństwie. Nasze życie jest w bardzo dużym stopniu zależne od życia innych ludzi. W końcu nie potrafilibyśmy sami zbudować swojego domu, ugasić ogromnego pożaru, czy skonstruować skomplikowaną maszynę. Jesteśmy więc zależni od drugiego człowieka, od jego postępowania, podjętych decyzji. Nie zawsze działamy na korzyść drugiej osoby. Zazwyczaj interesuje nas tylko czubek własnego nosa, nic po za tym. Ale są również sytuacje w naszym życiu, w których to druga osoba, a nie my, gra pierwsze skrzypce. Kiedy jesteśmy w bezpiecznym miejscu, a ktoś inny walczy o życie wtedy robimy wszystko, co w naszej mocy, aby ocalić osoby zagrożone. Sens w tym, że każdy z nas jest inny, więc podejmuje inne decyzje w sytuacji zagrożenia. Czasami nie ma dobrego wyboru - jest tylko zły i gorszy. Pytanie tylko, który, to który...
Każdy z nas ma swój własny świat, w którym żyje. Zazwyczaj nie możemy z dnia na dzień diametralnie zmienić swojej codzienności. Dlatego więc życie ludzi z innych środowisk jest nam zupełnie obce. Na szczęście nie musimy zmieniać naszego życia, aby dowiedzieć się o konsekwencjach i skutkach innego postępowania. Zamiast tego możemy po prostu pójść do teatru, czy zobaczyć jakiś film. To zazwyczaj wystarczy, by przekonać się, że w różnych wykonywanych zawodach, krajach, kulturach ludzie żyją zupełnie inaczej, niż my. Bardzo ważne jest, aby poszerzać swoje horyzonty, poprzez chociażby pogłębianie wiedzy ogólnej. Może wtedy będziemy w stanie zrozumieć, że w każdym działaniu ukryty jest motyw, który należy zrozumieć, a nie potępić.
Ostatnio miałam przyjemność po raz kolejny być w teatrze. Tym razem oglądałam sztukę w reżyserii Roberta Talarczyka pt. "Terror". Spektakl to realizacja głośnego procesu sądowego w sprawie Larsa Kocha. Oskarżony to major lotnictwa wojskowego, który za pomocą kierowanego pocisku rakietowego zabił 164 osoby. Lars Koch zestrzelił samolot porwany przez terrorystów, który miał uderzyć w wypełniony po brzegi stadion piłkarski, uśmiercając ponad 70 tys. kibiców. Czyn oskarżonego wydaje się uzasadniony - zabił on 164 osoby, na rzecz 70 tys. osób. Lecz major postąpił wbrew rozkazowi swojego dowódcy, który nakazał wstrzymanie ognia. W końcu pasażerowie samolotu mogli się uwolnić i zapobiec całej tej katastrofie. A jeśli by się nie uwolnili i zginęli wraz z tysiącami osób. Kto wtedy miałby rację Koch, czy jego dowódca?
"Terror" to jeden z lepszych spektakli Teatru Śląskiego. To co wyróżnia go na tle innych, to innowacyjna forma. Proces sądowy toczy się w zabytkowej Sali Sejmu Śląskiego, w której widzowie, w charakterze ławników, pod koniec spektaklu podejmują decyzję o uniewinnieniu lub skazaniu oskarżonego. Wybór ten nie jest prosty, ponieważ sytuacja Larsa Kocha nie jest oczywista, ani jednoznaczna. Można powiedzieć, że w zaistniałej sytuacji każda podjęta decyzja byłaby zarówno dobra, jak i zła. Bo choć każdy widz decyduje o losie oskarżonego, to nikt z pośród nich tak naprawdę nie wie, czy gdyby znalazł się w takiej samej sytuacji, nie dokonałby takiego samego wyboru. Ja osobiście zagłosowałam za uniewinnieniem Larsa Kocha. Zdecydowałam tak, ponieważ w sytuacjach spornych ważny jest dla mnie sam człowiek, a nie skutek, czy przyczyna jego działania. Oskarżony był, moim zdaniem, dobrym człowiekiem, dlatego nie zasługiwał na skazujący wyrok. Przyznaję, że nie można traktować ludzi jak rzeczy i podejmować decyzji na zasadzie mniejszych, lub większych strat. Ale Lars Koch chciał przede wszystkich ocalić ludzi, a nie ich zabić. Lecz pomimo to, wiem, że to nie była dobra, a tym bardziej lepsza decyzja. Nie, ona dalej pozostaje zła - naznaczona śmiercią 164 osób.
Jeżeli nie zgadzacie się z moją opinią, albo chcielibyście wyrobić sobie własną, to ja zachęcam Was do kupienia biletów na ten spektakl - na pewno nie będziecie tego żałować.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 1 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2019-03-24 09:45:09
Kasacja - Remigiusz Mróz
Gdybyśmy byli wszyscy tacy sami, czy wtedy życie byłoby sprawiedliwe? Tak, to jedyna ewentualność, w której taki stan rzeczy jest możliwy. Ale chcielibyśmy żyć w takim świecie? Chcielibyśmy być jednym z wielu, zamiast jednym z nielicznych? Nie sądzę... Dlaczego więc praktycznie we wszystkich naszych działaniach poszukujemy sprawiedliwości. Czasami może nam się nawet wydawać, że ów osąd wydany przez nas jest słuszny, ba właściwy. Lecz kim my jesteśmy, człowiekiem, czy Bogiem, aby decydować o takich sprawach... To my wyznaczamy granice, to my mówimy, co jest dobre, a co złe. W uchwalonym przez nas prawie jest bardzo małe pole manewru. Czasem granica między tym co właściwe prawnie, a dobre moralnie jest prawie że niezauważalna, ale jednak widoczna. Wydaje nam się, że w kodeksie prawnym, jak w Biblii można znaleźć odpowiedź na wszystkie pytania. Lecz prawo jest zawsze takie samo, a ludzie są różni. I to właśnie jest ta sprawiedliwość - równość wobec prawa. Ale prawo wymyślili ludzie, którzy nie są ani bezinteresowni, ani nieomylni.
Istnieje coś takiego, jak presja otoczenia. W zasadzie to wcale nie musi być coś złego, pod warunkiem, że nie prowadzi do żadnych negatywnych czynów. Dlatego presja w wymiarze pozytywnym, jest jak najbardziej pożądana w otaczającej nas rzeczywistości. Jako udowodnienie tej tezy mogę odwołać się do prostego, nieskomplikowanego przykładu z mojego życia. Otóż ostatnimi czasy miałam wrażenie, że jestem ze wszystkich stron zasypywana "wspaniałą" prozą Remigiusza Mroza. Ten autor był dosłownie wszędzie: w szkole, Internecie, na półkach w księgarni. Trudno było nie zauważyć szerzącej się z dnia na dzień kampanii jego książek. I mówię o tym w nieco sarkastyczny sposób, ponieważ zmierzyłam się z "cudowną" debiutancką powieścią tego autora. W związku z tym muszę Wam powiedzieć, że rzekome wielkie hity, nie są wcale tak wielkie, jak świat próbuje nam wmówić.
Przeczytałam ostatnio debiutancką powieść Remigiusza Mroza. Pewnie wielu z Was słyszało już o "Kasacji", czyli książce opowiadającej historię sławnej prawniczki Joanny Chyłki, która wraz z Kordianem Oryńskim broni bogatego syna biznesmena, oskarżonego o zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem. Sprawę komplikuje fakt, że winowajca nie potwierdza i nie zaprzecza swojego udziału w morderstwie.
Remigiusz Mróz tą książką zaskoczył zapewne niejednego czytelnika, oczekującego średniego polskiego kryminału. Bo ta książka nie była średnia. Była ponadprzeciętna, wyróżniająca się nad inne powieści, lecz nie zawsze w dobry sposób. Mnie również tą książką autor zaskoczył, ale nie było to pozytywne zaskoczenie. Może nie powinnam tak dużo oczekiwać, może powinnam wyrzucić moje wyobrażenia do kosza i skupić się na faktach. Ale wymagający czytelnik, to dobry (myślący) czytelnik, który wymaga od lektury czegoś więcej, niż tylko typowego zapychacza czasu... Zacznijmy może od tego, że Joanna Chyłka, wbrew wszystkiemu co mówią, nie jest główną bohaterką tej powieści. Moim zdaniem jest nim Kordian Oryński. Owszem Chyłkę nie można wyrzucić na drugi plan, ale nie można też postawić jej na pierwszym miejscu. Wydaje mi się, że wiele osób nie zdaje sobie z tego sprawy, bo wszędzie "Kasacja", a może nawet cała twórczość Remigiusza Mroza uosabiana jest z postacią Chyłki. A gdzie jest Oryński? Gdzieś z boku, na marginesie, napisany małą, nierzucającą się w oczy czcionką. Ten fakt zaskoczył mnie już na pierwszych stronach powieści. Druga rzecz tyczy się Chyłki, której byłam bardzo ciekawa. Interesował mnie sposób, w jaki Mróz ją wykreował. W końcu nie tak łatwo pisać mężczyźnie o kobiecie, ani kobiecie o mężczyźnie. Okazało się, że autor kreując Oryńskiego i Chyłkę zastosował popularną zasadę vice versa. O tuż z Chyłki uczynił mężczyznę, a z Oryńskiego kobietę. Bo kto w tej książce jest bezwzględny i trzyma rękę na pulsie - Chyłka. A kto jest nieogarnięty, poszkodowany i w ogóle biedny - Oryński. Może posługuje się tutaj swego rodzaju stereotypami, ale to rozwiązanie jest tak banalne, że aż śmieszne. Spodziewałam się zdecydowanie czegoś lepszego. Mało tego, "Kasacji" nie nazwałabym kryminałem, a przynajmniej nie do końca. Owszem mamy do czynienia z morderstwem, intrygą i tak dalej, ale jeżeli już mam czytać kryminał, to oczekuję czegoś, co jest tym gatunkiem w stu procentach. A "Kasacja" jest kryminałem tylko w nielicznych kwestiach. Mam wrażenie, że Mróz w ogóle nie dopracował tej powieści. Że skończywszy pisanie, wysłał ją od razu do redakcji nie sprawdziwszy, czy jego "dzieło" aby na pewno się do tego nadaje. Wykreowani bohaterowie, nie tyko Chyła, albo Oryński, są płytcy. Mogłabym powiedzieć, że postacie z "Kasacji" są tak nietrwałe, jak kałuża na ulicy w ciepły dzień. Owszem, czasem zdarzają się przebłyski, ale to nic, co byłoby usprawiedliwieniem tytuły "super pisarza". Do tego wszystkiego dochodzi styl pisania autora. Naprawdę dawno nie czytałam tak głupich i nietrafnych porównań. Mróz tak operuje swoim językiem, że obraża wszystkich dookoła. Może niektórzy uważają to za zabawne, ale ja nie - mnożące się ze strony, na stronę wulgaryzmy, jakoś do mnie nie przemawiają. Na zakończenie tej litanii żalów i błędów dodam, że postawa głównych bohaterów wobec prawdy (jaką odkryli), stawia ich w złym świetle, ale też pokazuje, że nawet ludzie na co dzień egzekwujący prawo, nie muszą być wcale sprawiedliwi.
To były prawie wszystkie minusy tej książki. Przejdźmy więc może do plusów. "Kasacja" pomimo wszelkich błędów ma w sobie to coś, co zachęca do jej czytania. Mam wrażenie, że gdyby nie ta mała nuta niedopowiedzeń, ta powieść nie zaszłaby tak daleko. Mniej wymagającym czytelnikom w zupełności wystarczy wciągająca i łatwo przystępna forma - wydaje mi się, że oni są największymi fanami tego autora. I muszę przyznać, że sam pomysł na książkę był dobry, jak nie bardzo dobry. Szkoda tylko, że tak duży potencjał, został w pewnym stopniu zmarnowany. Niemniej jednak ta powieść zmusiła mnie do całkiem poważnych refleksji na temat prawa i nie tylko. Więc w nieco dalszej przyszłości sięgnę jeszcze po prozę Remigiusza Mroza, po to, aby na własnej skórze przekonać się, czy rzeczywiście im dalej, tym gorzej.
Nie powiem nikomu, że gorąco polecam tę książkę - powiem inaczej - przekonajcie się sami, a odkryjecie ile prawdy tkwi w prozie Remigiusza Mroza, czyli w zasadzie w piórze maszyny do pisania.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2019-03-19 21:56:53
Czarny łabędź
*Uwaga wpis zawiera spojlery!*
Spójrzmy w lustro i zastanówmy się kogo w nim widzimy. Czy postrzegamy siebie, tak jak widzą nas inni? Czy dostrzegamy w sobie zarówno nasze wady, jak i zalety? Wątpię. Wyrobienie obiektywnej opinii na swój temat jest bardzo trudnym, wręcz prawie niemożliwym do wykonania zadaniem. Ponieważ wypracowanie złotego środka, to nie lada wyzwanie, któremu nie sposób sprostać. Bo bardzo łatwo można popaść w depresję, samochwalstwo... Skoro większość z nas ma z tym problem, to jak temu zaradzić? Jak dojść do perfekcji nie popadając w perfekcjonizm? Nie mam pojęcia. Szczerze powiedziawszy sama mam z tym problem - nie potrafię udzielić Wam żadnych rad. Ale to co mogę zrobić, to pokazać, jak może skończyć osoba, która patrząc w lustro widzi kogoś innego, niż jest.
Długo zbierałam się do napisania tej recenzji. Film, o którym chcę Wam dzisiaj opowiedzieć nie należy do prostych. To nie jest łatwy temat dla mnie. To nie jest coś, wobec czego można przejść obojętnie. Amerykański thriller psychologiczny w reżyserii Darrena Aronofsky?ego opowiada historią młodej baletnicy Niny, która otrzymuje rolę w popularnym balecie "Jezioro łabędzie". Koncepcja spektaklu jest jednak inna, niż w oryginale. W nowej wersji Nina musi wcielić się zarówno w rolę niewinnej białej łabędzicy, jak i czarnego, zmysłowego łabędzia. Baletnica nie radzi sobie z odkrywaniem obu ról. W związku z tym w nowojorskiej operze pojawia się jej rywalka Mila. Tancerki rywalizują ze sobą, starając się pokazać swoją jasną i ciemną stronę charakteru.
"Kiedy patrzę w lustro widzę jak bardzo jestem niedoskonała. Spoglądam sobie głęboko w oczy i widzę determinację, mój niesłabnący nigdy upór oraz nadzieję. Nadzieję na to, że kiedyś zobaczę w zwierciadle taką wersję siebie, jaką chciałabym widzieć. Że kiedyś będę perfekcyjna, tak bardzo, że bardziej się nie da. Ale do tej pory w nawet najmniejszym stopniu nie osiągnęłam swojego celu. Każdego dnia wraca do mnie echo moich wad, których nie jestem wstanie przezwyciężyć. Dlatego za każdym razem, kiedy spoglądam w lustro szybko odwracam wzrok, bo dalej jestem z siebie niezadowolona." To słowa, które w pewnym stopniu mogłyby zobrazować naszą główną bohaterkę. Nina Sayers to dążąca do perfekcji baletnica, która dopiero w ostatnich chwilach swojego życia doceniła ogrom pracy, jaki włożyła w swój taniec. Zakończenie tego filmu może co najmniej budzić pewne zdziwienie. Ponieważ główna bohaterka popełnia w nim niezwykle efektowne samobójstwo. Ostatnie sceny "Czarnego łabędzia" to było "coś". Genialne i przerażające zarazem. Jak można być z siebie wiecznie niezadowolonym? Jak można, pomimo krwi, łez, czających się w nas demonów, iść ciągle do przodu? Najwyraźniej nie jest to awykonalne.
Natalie Portman nie bez powodu dostała Oscara za pierwszoplanową rolę w tym filmie. Jej gra aktorska była genialna. Aż trudno uwierzyć, że aktorka nie zmaga się z jakoś trudną do sprecyzowania chorobą psychiczną. Tak, Nina była chora, lecz jej choroba nie została sprecyzowana, ani zdiagnozowana. To dowód na to, że nasze wewnętrzne demony, czy zmagania nie są wcale tak widoczne, jak mogłoby się nam wydawać. W końcu osoba cicha i spokojna, nie musi być taka z własnej woli. Wiele rzeczy zakładamy, oceniamy. Myślimy, że czarne to czarne, a białe to białe. A przecież można siedzieć w kącie i nikomu nie przeszkadzać i walczyć się z naszym największym przeciwnikiem - samym sobą. Bo nie ma na świecie większego zła, niż to, które możemy sami sobie wyrządzić. Ponieważ trudno przebaczyć innym, ale jeszcze trudniej przebaczyć sobie.
Nina chciała być perfekcyjna. Chciała tańczyć lepiej niż dobrze, nawet lepiej niż bardzo dobrze. I udało jej się to osiągnąć. Lecz ona wciąż chciała więcej. Ona wciąż nie potrafiła docenić swojej pracy. Więc próbowała, na wszelkie możliwe sposoby i w rezultacie to się jej udało. Ale kiedy zrealizujemy wszystkie nasze cele, to co nam jeszcze pozostanie w życiu? Tylko śmierć... Bo marzenia nie są tylko po to, aby je spełniać. Bo w życiu nie chodzi o to, aby być doskonałym; Egzystencja człowieka to skomplikowane zjawisko, o które trzeba się troszczyć i nieustannie zabiegać. Ponieważ łatwo można pominąć złoty środek i wylądować w miejscu, w którym nie chcielibyśmy się znaleźć.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Data: 2019-04-14 00:08:55

Autor: Morrigan

Wydaje mi sie, że wszyscy widzieli już ten film, tylko nie ja. No nic, muszę nadrobić :D
Data: 2019-04-15 11:56:42

Autor: Jothanne Washington

Koniecznie! <3
Zaloguj się aby komentować.
2019-03-17 20:08:34
Syzyfowe prace - Stefan Żeromski
*Uwaga wpis zawiera spojlery!*
Pisałam ostatnio, że człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać. To prawda, lecz czy jest różnica pomiędzy zniszczyć, a pokonać? A może to prawie to samo, tylko, że metaforycznie, odnoszące się do czegoś innego? Może... Warto jednak podkreślić, że my wcale nie musimy się z tym zgadzać. Że właściwie nie musimy się z niczym zgadzać. W końcu możemy twierdzić, że Ziemia jest płaska i też, że kręci się wokół Słońca. Bo wolność słowa nie opiera się na potwierdzonych faktach, lecz na tym co my uważamy za prawdę. A uważać, jak i myśleć, możemy w dzisiejszych czasach dosłownie wszystko - korzystajmy z tego. Taką mam refleksję. Ponieważ dzisiaj chciałabym porozmawiać o tożsamości, czyli o tym, co nadaje nam pewną wartość - co sprawia, że czujemy się z czymś emocjonalnie związani.
Ostatnio skończyłam czytać kolejną lekturę, którą nakazano mi przeczytać. Przyznaję, że czasem wzdycham z ubolewaniem na wieść o kolejnej przymusowej książce, ale zazwyczaj cieszę się z możliwości przeczytania powieści, po którą w normalnych okolicznościach bym nie sięgnęłam. To takie piękne, że pomimo wszystko możemy ciągle się rozwijać. Że możemy iść cały czas do przodu, zostawić w tyle swoje stare "ja" i zacząć wszystko od nowa. Właśnie nowy początek, nowa nadzieja, nowe jurto. To bardzo optymistyczne, a może nawet idealistyczne stwierdzenia. Lecz nic nie dzieje się samo, wszystko ma swoją przyczynę i skutek. Więc, żeby zacząć nowe życie, trzeba najpierw stracić, to stare. Trzeba pożegnać się z tym co było i przywitać to, co będzie. Do czego zmierzam? Ano do "nowej-starej" powieści Stefana Żeromskiego pt. "Syzyfowe prace".
Książka opowiada historię Marcina Borowicza, który rozpoczyna naukę w klerykowskiej szkole. Tam, z dala od rodziny, musi się zmierzyć z, nasilającą się z dania na dzień, rusyfikacją oraz z budowaniem światopoglądu, na który, przez moment, mają wpływ zaborcy. Na szczęście tylko przez chwilę...
Akcja powieści toczy się w latach 70 XIX wieku, w szkole położonej na ziemiach polskich pod zaborem rosyjskim. Na kartach książki obserwujemy dorastanie Marcina Borowicza, który na przestrzeni lat z małego chłopca przeradza się w mężczyznę. Muszę przyznać, że nie spodziewałam się za wiele dobrego po tej powieści - dawny autor, mała czcionka i miejsce akcji nie napawało mnie jakimś szczególnym entuzjazmem. Lecz muszę powiedzieć, że jestem bardzo mile zaskoczona. Ponieważ "Syzyfowe prace" okazały się bardzo dobrą lekturą, lepszą nawet od "Starego człowieka i morze", czy "Skąpca". Bardzo mnie to samą dziwi, ale taka jest prawda i cóż ja na to mogę? Właściwie Stefanowi Żeromskiemu mam do zarzucenia tylko dwie rzeczy. Po pierwsze: w książce znajduje się zdecydowanie za duża ilość nazw własnych, których nie sposób spamiętać. Po drugie w dorastaniu Marcina Borowicza zabrakło czegoś, co urzeczywistniłoby bardziej jego postać. A tak, w powieści, mamy przedstawionych dwóch osobnych Marcinów, którzy nie łączą się ze sobą wcale. Ja rozumiem, że ludzie się zmieniają, że dojrzewają. Ale nie wierzę w to, że ktoś zmienił się nie do poznania. W rzeczywistości nie ma czegoś takiego, więc w literaturze takie przypadki również nie powinny występować. Lecz to tylko dwie rzeczy, które całkowicie przesłania wspaniały język autora. Ja wiem, że ponad pięćdziesiąt procent osób, które czytały tę książkę narzeka na przydługie opisy i archaiczny styl Żeromskiego. Jednakże mi on bardzo odpowiadał, sama się dziwię dlaczego. W ogóle nie potrafię uzasadnić, czemu "Syzyfowe prace" tak bardzo przypadły mi do gustu. Przecież nic się w tej powieści praktycznie nie działo. Przecież akcja rozgrywa się w okropnej XIX-sto wiecznej Polsce. A pomimo to, kiedy Zygier zaczął recytować "Nam strzelać nie kazano. Wstąpiłem na działo..." coś mnie tam wewnętrznie poruszyło i nagle stwierdziłam, że warto było przeczytać tę książkę, choćby dla tej sceny recytacji "Reduty Ordona", która tak pięknie ukazuje metaforyczną prawdę o Polsce.
Wniosek z tego taki: nie warto oceniać książki po okładce. Nie warto bazować na opiniach innych. Lepiej wyrobić sobie własne zdanie. Bo tylko tak znajdziemy prawdę o nas samych.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Data: 2019-03-17 21:19:35

Autor: Morrigan

Ciekawy wpis. O ile "Syzyfowych prac" nie czytałam, to bardzo lubię "Redutę Ordona". Ciekawe jest to, że wbrew temu co pisał Mickiewicz, Ordon wcale nie zginął podczas walki opisanej w wierszu. Popełnił samobójstwo wiele lat później. Podobno nie mógł znieść ludzi pytających się czy to jakiś jego krewny zginął podczas powstania. Jednak przyczyna jego śmierci nie jest dokładnie znana.
Data: 2019-03-20 14:30:41

Autor: Jothanne Washington

O interesujące! Wiedziałam, że Ordon nie zginął, ale o jego późniejszym samobójstwie nie miałam pojęcia.
Zaloguj się aby komentować.
2019-03-12 16:53:10
Stary człowiek i morze - Ernest Hemingway
Uwaga wpis zawiera spojlery!*
Pisałam już kiedyś o lekturach szkolnych. O tym, że warto je czytać od deski do deski. Nadal się z tym zgadzam, choć muszę przyznać, że pomimo to nie raz nie mam ochoty zabrać się za czytanie jakieś lektury. Ponieważ przez nie muszę przerwać czytanie książek, które czytać chcę, a nie muszę. Tak było i w przypadku "Starego człowieka i morze" autorstwa Ernesta Hemingwaya. Lecz na szczęście mogę powiedzieć, że moje "poświęcenie" było jak najbardziej słuszne - opowiadanie okazało się naprawdę dobrą lekturą, którą każdy, bez wyjątku powinien przeczytać.
W kubańskim miasteczku stary rybak Santiago wypływa na połów ryb. W przygotowaniu do wyprawy pomaga mu kilkunastoletni Manolin, który jest jego jedynym przyjacielem; Stantiago podczas swojego pobytu na morzu, niespodziewanie łapie dużą rybę - marlina. Lecz to dopiero początek walki starego rybaka o przetrwanie i udowodnienie własnej wartości.
Kiedy wokół nas rozpościerają się mile nieskończonego oceanu, czujemy się niezwykle samotni. W końcu naszym jedynymi przyjaciółmi są ptaki, delfiny i złośliwie piekące słońce, które towarzyszy nam tylko przez połowę doby. Mówią, że samotność dobija człowieka, że samemu można tylko zwariować. Ale prawda jest taka, że te chwile samotności są dla nas niezwykle owocne. Bo kiedy indziej mamy okazję stanąć twarzą w twarz ze swoimi słabościami? Bo kiedy indziej mamy okazję zmierzyć się z naszym sercem, które nie zawsze jest dobre? Wtedy, a właściwie tylko wtedy. Ponieważ do pewnym spraw musimy dość sami, bez niczyjej pomocy. Ponieważ czasami, gdy koncentrujemy się na innych zapominamy o sobie. A warto poznać pełnie swoich możliwości. Zdać sobie sprawę z tego kim naprawę jesteśmy.
Mówi się, że nic nie daje pogrążanie się w marzeniach i zapominanie o rzeczywistości. Że powinno się żyć na płaszczyźnie "teraz", a nie "może"...Jak łatwo się zorientować, że w tytule "Stary człowiek i morze" występuje gra słowna - morze-może. Lecz to tylko polska metafora. W rzeczywistości tytuł opowiadanie Ernesta Hemingwaya ma nieco inne symboliczne znaczenie. "The Old Man and the Sea", and nie "vs", tylko and. Ten spójnik ma dużo więcej wspólnego z treścią lektury, niż mogłoby się wydawać. Ponieważ Santiago pomimo wszelkich przeciwności losu nie sprzeciwia się woli żywiołu. Nie, trwa z nim w symbiozie, połączonej krótkim słowem "i". Więc kiedy rekiny atakują jego marlina walczy z nimi, lecz nie z morzem. Właśnie walczy. Stary człowiek walczy, a może bardziej nie poddaje się. Bo jak twierdzi rybak "...człowiek nie jest stworzony do klęski. Człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać". To prawda, ponieważ człowiek wyszydzani, poniżany, nawet zabity, nie jest człowiekiem pokonanym; To my decydujemy o naszej klęsce. Możemy przegrać bitwę z samym sobą. Możemy podeptać nasze wewnętrzne "ja", ale po co? Skoro można się nie poddawać i zawsze uparcie dążyć do celu. Skoro można powiedzieć światu, że się myli, że wcale nie jestem tak zły i bezużyteczny, jak myśli. Wszystko opiera się na chęci. A właściwie naszym lenistwie, które zniszczy nas tylko wtedy, kiedy mu na to pozwolimy.
Santiago się nie poddał. Santiago, ten stary rybak przywiózł szkielet ogromnego marlina. Skoro on dał radę, to dlaczego my mielibyśmy zawieść? Dlaczego my nie mielibyśmy spełniać naszych celów, jeden po drugim? Wystarczy tylko zauważyć, że marzenie się nie spełniają - marzenia się spełnia. A głupio jest nie mieć nadziei i wiary w lepsze, szczęśliwsze życie.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 3 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2019-03-10 15:12:37
Morderstwo na polu golfowym - Agata Christie
Ile razy w swoim życiu pytamy "Dlaczego?"? Dlaczego to zrobiłeś, dlaczego jest tak, a nie inaczej? To swego rodzaju motyw, który ma w pewien sposób usprawiedliwić nasze działanie. Czasami poszukujemy czegoś, co mogłoby rzucić trochę światła na sprawę, której nie rozumiemy. Staramy się jakby wejść do czyjeś głowy i pytać "Dlaczego?" ? po to aby zaspokoić naszą ciekawość; Więc kiedy dochodzi do morderstwa policja i inne służby starają się znaleźć nie tylko sprawcę, ale również motyw, bo nic nigdy nie dzieje samo, a już tym bardziej przypadkiem.
Zawsze ciekawiło mnie, dlaczego lubimy, to co lubimy. Bo przecież ja nie decyduję o tym, że wolę lody waniliowe od czekoladowych. Nie ja po prostu czuję, że jedne smakują mi bardziej od drugich. Ale dlaczego ja tak czuję? Niestety nie mam pojęcia. Lecz sami przyznajcie, że motyw naszego "kocham, nie kocham" jest dość interesujący. A gdy już jesteśmy przy motywie, to muszę Wam powiedzieć, że ostatnio skończyłam czytać wspaniały kryminał. Jeżeli znacie mnie trochę dłużej, to pewnie wiecie od kogo kryminały czytam najchętniej; A więc dzisiaj porozmawiamy sobie o "Morderstwie na polu golfowym" autorstwa Agaty Christie.
Herkules Poirot dostaje interesujący list z prośbą o pomoc. Detektyw niezwłocznie udaje się pod wskazany adres, jednakże na miejscu zastaje nie autora listu, lecz miejsce zbrodni. Otóż bogaty biznesmen (autor listu) zostaje znaleziony martwy na polu golfowym. Poirot rozpoczyna pełne tajemnic i spisków śledztwo, które jest nie małym wyzwaniem, nawet dla takiego detektywa, jakim jest Herkules Poirot.
"Morderstwo na polu golfowym" to interesująca, trzymająca w napięciu powieść, która nie raz zaskoczy czytelnika swoimi niekonwencjonalnymi rozwiązaniami. Prawie niczego nie można domyśleć się z tej książki. Czytałam już naprawdę sporo kryminałów Agaty Christie i muszę przyznać, że ten uważam za jeden z najlepszych; Kiedy czytamy dużo książek jakiegoś autora, to z biegiem czasu możemy tracić zainteresowanie jego literaturą. Bo to już nie to samo co kiedyś. Bo jego styl pisanie, nie jest już dla nas niczym zachwycającym. W końcu łatwo dopatrzeć się powielających się wątków, czy schematów. A wiadomo, że my poszukujemy w książkach czegoś nowego, czegoś, czego jeszcze nie mieliśmy okazji czytać. Muszę przyznać, że nawet w znakomitych książkach Agaty Christie potrafię wskazać wspólny mianownik, który łączy jej wszystkie powieści. Tą rzecz widzą również w "Morderstwie na polu golfowym". To przykre, ale prawdziwie. Jednakże nie zmienia to faktu, że ten kryminał jest genialny. Wobec tego co odróżnia go od reszty równie wspaniałych książek Agaty? O tuż emocjonalny stosunek bohaterów do przedstawionej sprawy. Nareszcie czułam, że te morderstwo ich (w pewien sposób) dotknęło, że zależy im na ludziach, którzy są związani z tą sprawą; Wspaniałe!
Jak już jesteśmy przy temacie morderstwa, to co to jest tak naprawdę morderstwo? To jasne, że to celowe (w mniejszym lub większym stopniu) zbicie kogoś. Lecz po co, a może bardzie dlaczego ludzie decydują się na taki czyn? Z nienawiści, korzyści materialnych, zemsty... Czy to nie absurdalne? Bo jak można zbić kogoś dla pieniędzy? Bo jak można tak bardzo kogoś nienawidzić, że aż życzyć mu najgorszego - śmieci. Nie rozumiem tego. Nie rozumiem, jak można być tak głupim. W końcu życie to największy, najcenniejszy dar, jaki każdy z nas posiada. Więc jakim prawem możemy decydować o tym, czy ktoś ma żyć, czy też nie. To nie od nas zależy; Ponieważ my powinniśmy godnie, dobrze żyć i dać tę szansę innym.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 3 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2019-03-05 19:47:36
Gra tajemnic
*Uwaga wpis zawiera spojlery!*
Pisałam ostatnio, że wszyscy chcemy być wyjątkowi. Że chcemy się wyróżnić ponad tłum pozornie takich samych ludzi. To prawda, lecz nie wyraża ona wszystkiego, co można by było na ten temat powiedzieć. Ponieważ warto dodać, że istnieje cienka granica pomiędzy tym co jest wyjątkowe, a tym co jest nienormalne. Bo jeśli w swym postępowaniu posuniemy się choćby o krok za daleko, to nie będziemy już zaliczani do ludzi szanowanych, a tym bardziej wyjątkowych. Ludzie są na swój sposób ograniczeni. Czasem nie potrafią przyjąć do wiadomości, że nawet to co jest dobre, nie musi takie być w stu procentach. Więc jeść mamy do czynienia z człowiekiem ogólnie mówiąc innym, to nigdy nie jest tak, że ten "inny", pozostaje "inny", bez żadnych przedrostków, czy przyrostków. Nie, on praktycznie na stracie zostaje skategoryzowany do grupy dobrych, czy złych, głupich, czy mądrych... W zasadzie ten człowiek ma mało do "gadania". Ponieważ ludzie oceniają go na podstawie pierwszego wrażenia, jakie na nich wywarł. A gdzie w tym systemie miejsce na drugą szanse, na zmianę? Cóż, niestety w tej kwestii przedziały w odjeżdżającym pociągu, są niemal zawsze pełne. Bo rzadko opinia publiczna zmienia odgórnie wyrobione zdanie. Pytanie co zrobić, jak żyć? Nie ma prawidłowej odpowiedzi na to pytanie. Jest to indywidualna misja każdego niesprawiedliwie odrzuconego człowieka. Co my, "ludzie sukcesu" możemy zrobić? W zasadzie coś możemy. Ale to owo "coś" jest kategoryzowane w kategorii "prawie nic"...
Skoro wszyscy wiemy, że jesteśmy różni, to pewnie nikogo nie dziwi fakt, że jedni specjalizują się w języku polski, a drudzy w matematyce. Zatrzymajmy się dzisiaj na tych drugich, których humaniści czasem nie są w stanie "ogarnąć"; Rozwiązywanie zagadek, łamigłówek, a nawet zwykłych krzyżówek, to wspaniała rozrywka dla każdego ścisłowca. Ale rozwiązywanie niezobowiązujących pionowych i poziomych kolumn, to nic w porównaniu z jakimś skomplikowanym szyfrem, czy kodem. Dzisiaj nie chcę mówić o jakiś podrzędnych hakerach, lecz o ludziach niezwykle inteligentnych i mądrych, którzy swoją pracą pośrednio przyczynili się do wygrania przez Aliantów II wojny światowej.
"Gra tajemnic" to oparty na faktach film z 2014 roku, który wyreżyserował Morten Tyldum. Ten amerykański dramat biograficzny jest adaptacją biografii Andrewa Hodgesa pt. "Enigma. Życie i śmierć Alana Turinga". Film opowiada historię brytyjskiego matematyka i kryptologa, który z pomocom swoich przyjaciół stworzył maszynę łamiącą kod Enigmy - czyli niemieckiej elektromechanicznej maszyny szyfrującej.
Głównym bohaterem filmu jest Alan Turing, w którego wcielił się genialny Benedict Cumberbatch. Jeżeli chodzi o fabułę, to przedstawia się ona co najmniej interesująco. Co prawda światowe kino ma w swym dorobku już wiele bardzo dobrych filmów opowiadających o II wojnie światowej, to pomimo to takiego widowiska jak "Gra tajemnic" jeszcze w kinematografii nie było. Ponieważ Alan Turing to bohater wielowymiarowy, posiadający drugie dno i swoje mroczne sekrety. Widza nie tyle co ciekawi dalszy rozwój wypadków, ale niewymownie przyciąga do ekranu intrygujące, osobiste życie matematyka. Alan Turing to człowiek niezwykle inteligentny i mądry. Można by powiedzieć, że matka natura obdarzyła go aż nazbyt wylewnie intelektem. Ponieważ pomimo swoich niebywałych zdolności Alan nie wiedzie szczęśliwego, usłanego różami życia. Nie, jest zaliczany do ludzi wyjątkowych, którzy znacząco przekroczyli granice akceptowanej normalności. Nic więc dziwnego, że z początku przez swoich kolegów po fachu jest uważany za niewychowanego dziwaka, który urodził się wczoraj i nie wie jeszcze na czym polega życie. Skutkiem tego Alan jest samotny, opuszczony przez większość ludzi, skupiony bezpowrotnie na stworzeniu inteligentnej maszyny. To zadziwiające, że zostaje zaakceptowany praktycznie dopiero wtedy, kiedy udaje mu się coś osiągnąć - tak jakby musiał komuś udowodnić, że jest cokolwiek wart; Ludzie ponad miarę inteligentni, są często skazani na samotną egzystencje. Dlaczego? To proste, nikt nie potrafi ich zrozumieć w takim stopniu, aby ich zaakceptować, czy nawet polubić. Więc zazwyczaj ostatecznie kończą sami ze sobą, niezdolni dłużej obcować ze swoją głową. Jaki z tego wniosek? Dość oczywisty - lepszy nie znaczy gorszy, ani gorszy nie znaczy lepszy.
Pragnę wspomnieć jeszcze o jednym ciekawym wątku, który możemy znaleźć w "Grze tajemnic". Mowa tu o równouprawnieniu, które w realiach rozgrywanej akcji nie było jeszcze egzekwowane. Joan Clarke to jedyna kobieta w gronie najmądrzejszych ludzi, którzy starali się złamać Enigmę. Przyjęcie jej przez Alana do grupy, to pierwszy krok do złamania obowiązujących w Wielkiej Brytanii stereotypów. Joan reprezentowała nieliczną wówczas grupę kobiet, które stały się kimś więcej, niż tylko gospodyniami domowymi. Jak się później okazało panna Clarke odegrała ważną rolę w złamaniu Enigmy; była jedyną osobą, która na początku nie odwróciła się od Alana. Dla dobra sprawy, była na nawet w stanie zaakceptować jego homoseksualizm i wyjść za niego za mąż - to dopiero wspaniała postawa, na którą nie byłby w stanie zdobyć się niejeden mężczyzna...
Podsumowując: film Mortena Tylduma pt. "Gra tajemnic" to wspaniała adaptacja powieść Andrewa Hodgesa, opowiadająca o niemożliwych wyborach, akceptacji i życiu, które czasem nie jawi się w jasnych barwach. Polecam.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 3 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Data: 2019-03-17 21:29:09

Autor: Morrigan

Film wyśmienity. Benedict Cumberbatch jest wspaniałym aktorem :)
Data: 2019-03-20 14:32:49

Autor: Jothanne Washington

Oo tak, nasz kochany Sherlock! ?
Zaloguj się aby komentować.
2019-03-03 18:46:11
Oscary 2019
Już wszystko jasne. Prawie tydzień temu Akademia odsłoniła przed nami listę oscarowych zwycięzców. Tegoroczna 91 gala była interesującym wydarzeniem, które udało mi się zobaczyć bez żadnych wcześniejszych spojlerów z zewnątrz. A uwierzcie, że po gali uniknięcie wiadomość o zwycięzcach nie jest wcale takie proste. Ponieważ Internet aż huczy o triumfach i porażkach oscarowej nocy. Dlatego, gdy tylko wróciłam ze szkoły w poniedziałkowe popołudnie, zaczęłam oglądać to niezwykłe, co roczne wydarzeniem, jakim jest rozdanie Oscarów.
Muszę przyznać, że nie wszystko w tym roku potoczyło się po mojej myśli. Owszem połowę zwycięzców udało mi się przewidzieć, jednakże drugie pół było dla mnie nie małym zaskoczeniem. Zacznijmy może od naszego polskiego filmu, "Zimnej wojny". To niesamowite uczucie, kiedy ogląda się międzynarodową galę i słyszy wśród znakomitych produkcji z całego świata, polski pierwiastek, który reprezentuje nasz kraj. Więc kiedy były rozdawane Oscary za najlepszy film nieanglojęzyczny, zdjęcie i reżyserie, trzymałam mocno kciuki za "Zimną wojnę". Niestety film nie dostał Oscara, w żadnej z tych kategorii. Właściwie nie ma co się dziwić ? wszystko zgarnęła "Roma", czyli genialny "obraz" Alfonsa Cuarón. Trochę żałuję, że nie mogłam być dumna ze swojego kraju, ale zwycięski film podobno jest świetny, więc nie ma co rozpaczać.
Przejdźmy może teraz do Oscaru za najlepszą piosenkę. Oczywiście w tej kategorii wygrała Lady Gaga ze swoim "Shallow". Przyznaję w tym zdaniu było trochę sarkazmu, ale to tylko dlatego, że nie lubię Lady Gagi (całe szczęście, że nie dostała Oscara dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej). Właściwie nie potrafię dokładnie wytłumaczyć dlaczego nie pałam sympatią do tej aktorki, piosenkarki. Pewnie jest tak za sprawą jej krzykliwego wizerunku, którego nie popieram. Ale pomijając moją opinię i skupiając się na samej piosence mogę powiedzieć, że cieszę się z zwycięstwa tego utworu. "Shallow" jest świetnie skomponowaną piosenką, która zachwyca słuchacza swoją oryginalną formą; Na tegorocznej gali ten utwór został na żywo zaśpiewany przez ich wykonawców. To był piękny, romantyczny występ, godny otrzymanego Oscara. Oczywiście po zakończeniu gali ruszała masowa plotka, że Lady Gaga ma romans z Bradleyem Cooperem. Czy ma, czy nie ma trudno powiedzieć. Cóż ta sprawa w ogóle mnie nie interesuje, bo powiedzmy sobie szczerze, jaki to ma związek z filmem, czy sceną muzyczną?
Omówmy teraz Oscary dla najlepszych aktorów pierwszo i drugoplanowych. Nagrodę dla najlepszego aktora pierwszoplanowego otrzymał Rami Malek, za rolę w "Bohemian Rhapsody". Hmmm ciekawe, prawda? Oczywiście zgadzam się, że rola kultowego Freddiego Mercurego wymagała niemałej pracy, ale czy godnej tak prestiżowej nagrody, jaką jest Oscar? Niestety nie mogę odpowiedzieć teraz na to pytanie, lecz gdy tylko zobaczę ten film podzielę się z Wami moją opinia na ten temat. Za to Oscara dla najlepszego aktora drugoplanowego otrzymał Mahershala Ali, za swój występ w "Green Book". Z tą nagrodą zgadzam się całkowicie - zdecydowanie za mało czarnoskórych aktorów dostaje Oscary, czas to zmienić.
Skoro już jesteśmy przy aktorach, to przejdźmy może do aktorek. Więc w tej kategorii zwyciężyła Olivia Colman. Bardzo mnie ta nagroda cieszy, bo jest w zasadzie jedyną, jaką otrzymała "Faworyta" ? film nominowany w kliku prestiżowych kategoriach. Ponad to podziękowanie aktorki uważam za jedno z najlepszy, jakie zostało wygłoszone na tegorocznej gali. Warto wspomnieć jeszcze, że najlepszą aktorką drugoplanową została Regina King ("If Beale Street Could Talk"). W tej sytuacji mogę jedynie pogratulować nagrody i dobrego występu w filmie.
I o to doszliśmy do najbardziej prestiżowej nagrody wieczoru ? Oscara za najlepszy film. Już wiemy, że nie dostała go "Faworyta", podpowiem, że "Narodziny gwiazdy" też nie. W taki razie kto? "Green Book"! Któż by się tego spodziewał. Po części ja, aczkolwiek w małym stopniu brałam ten film pod uwagę. Lecz nie twierdze, aby to był zły wybór. Nie "Green Book" było bezpieczną dobrą opcją, którą wybrała Akademia. I takie sytuacje się zdarzają, w końcu nie zawsze wszystko co kontrowersyjne musi wygrywać (jak na przykład w tamtym roku "Kształt wody"). Jednakże nadal ubolewam z porażki "Faworyty". To, że dostał tylko jednego Oscara, to jakieś wielkie nieporozumienie. Lecz to jeszcze nic, bo najbardziej mnie dziwią cztery Oscary dla "Czarnej pantery". Czyżby nastały czasy, w których kino światowej klasy zaczęło doceniać Marvela? Oby nie, bo cóż by to był za świat...
Na koniec mogę powiedzieć, że zobowiązuje się do zobaczenia wszystkich nominowanych filmów w kategorii najlepszy film. Aż wstyd przyznać, że widziałam tylko jeden z nich. Ale za jakieś pół roku, kiedy będą już w Internecie postaram się nadrobić zaległości. Trzymajcie kciuki.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 3 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Data: 2019-03-17 21:39:20

Autor: Morrigan

Moim zdaniem w tym roku lista nominowanych filmów była trochę lipna. Zimna wojna niestety nie miała zbyt dużych szans. Kontekst historyczny Romy jest dużo łatwiejszy w odbiorze dla przeciętnego Amerykanina, niż Zimna Wojna. Szkoda.
Shallow jest nie w moim goście.
Bohemian Rapsody moim zdaniem nie jest zbyt dobrym filmem, chociaż Rami Malek spisał się bardzo dobrze. Jednak czy na tyle dobrze, żeby dostać Oscara?
Green Book był dobry, jednak Faworyta podobała mi się znacznie bardziej. (Oba filmy jednak polecam) :)
Data: 2019-03-20 14:36:18

Autor: Jothanne Washington

Te Oscary są zawsze kwestią sporną - czasem chciałoby się być jak Akademia i decydować o zwycięzcach :D
Zaloguj się aby komentować.
2019-02-26 18:40:48
Titanic
Wszyscy kiedyś opuścimy ten świat. Wiem, że dla wielu ta wizja nie wydaje się jakoś bardzo optymistyczna, ale zawiera nieuniknioną prawdę, która wcześniej, czy później dopadnie każdego. Nic po za naszą duszą nie możemy zabrać ze sobą na tamten świat. Lecz to nie wszystko. Ponieważ kres życia nie sprawia, że nasza egzystencja zostaje wymazana z pamięci innych. Nie ona trwa w nich tak długo, jak długo zechcą o nas pamiętać. Pamięć to coś, co przetrwa po nas dłużej, niż jakiekolwiek bogactwo. Dlatego tak ważny jest sposób, w jaki zostaniemy zapamiętani. Bo po naszej śmierci nie potrafimy już obronić swojego dobrego imienia, które mogło być przez nas zszargane za życia; Niektórzy chcą żyć wiecznie. Jest to fizycznie niemożliwie, ale mentalnie drzwi do przykładnego, moralnego życia stoją otworem. Ponieważ możemy trwać wiecznie w pamięci ludzkiej, albo iść na dno oceanu jak Titanic - i również zostać zapamiętanym.
Każdy słyszał o Titanicu. Ta popularność jest skutkiem nie tyle co wspaniałego filmu Jamesa Camerona, ale przytłaczającej katastrofy, która miała miejsce ponad sto lat temu. Choć nie oszukujmy się gdyby nie film "Titanic" z 1997 roku, ten statek zatonąłby na nie aż tak dużą skale... Dużo słyszałam o tym filmie. Już od jakiegoś czasu bardzo chciałam go zobaczyć. Ale dopiero parę dni temu udało mi się "zaliczyć" ten prestiżowy, oscarowy film. I to było coś cudownego. Dawno nie widziałam aż tak dobrego filmu. To niezwykłe, że tak bardzo mnie poruszył, chociaż od początku znałam jego zakończenie. Ale niektóre kultowe obrazy filmowe potrafią wykonać ponad trzygodzinny bezbłędny koncert na ludzkich uczuciach, który na długo zapada w pamięci.
Główną bohaterką filmu jest Rose Dawson Calvert (dawniej Rose DeWitt Bukater), która jako jedna z nielicznych przeżyła zatonięcie Titanica. U kresu swego życia opowiada historię swej młodości oraz chwile, które spędziła na "niezatapialnym statku". Pochłonięci jej opowieścią słuchacze przenoszą się do 1912 roku, poznając kapitana statku Edwarda Smitha oraz niezwykłego artystę Jacka Dawsona.
Film można by było podzielić na dwie części. Pierwszą, w której poznajemy głównych bohaterów, oraz zapoznajemy się z tematem i problematyką filmu. Drugą, w której została ukazana katastrofa statku, który przez nieuwagę i chciwość uderzył w górę lodową. "Titanic" to połączenie melodramatu i filmu katastroficznego, opartego na historycznym tle. To "obraz", który spodoba się wszystkim - wzruszy kobiety do łez, a mężczyzn zachwyci wspaniałymi efektami specjalnymi. James Cameron wykonał kawał świetnej roboty, która zachwyca widzów od 1997 roku do dziś. Trudno zapomnieć o poruszonym w filmie temacie życia i śmierci, który nierozerwalnie dotyka pasażerów Titanica. Warto zwrócić tutaj uwagę na genialną grę pierwszoplanowych aktorów: Kate Winslet i Leonarda DiCaprio. Nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek mógł ich zastąpić w swojej bezbłędnej roli. Oczywiście nie było by popularnej sceny na dziobie statku, gdyby nie fantastyczna ścieżka dźwiękowa, która dostała zasłużonego Oscara w swojej kategorii. Na koniec zaznaczę, że ten film był nominowanych w czternastu kategoriach do Amerykańskiej Akademii Filmowej, a to w tej dziedzinie nie lada wyczyn.
Pragnę w ostatnim akapicie tego wpisu rozwinąć wcześniej poruszony temat życia i śmierci, który doskonale został zobrazowany w "Titanicu". Mówi się, że człowiek pochodzi od małpy, że w pewnym momencie rozwoju ewoluował bardziej niż one i stał się istotą rozumną, mądrzejszą. To prawda, która jednak nie wraża podobieństwa, które zbliża do siebie nie tyle co małpy i ludzi, ale ludzi i zwierzęta. Ponieważ każda forma życia istniejąca w otaczającym nas świecie, ma głęboko wpojony instynkt przetrwania, który pozwala jej przeżyć nawet najgorsze z możliwych okoliczności. Człowiek, choć jest istotą rozumną, nie był wstanie zwalczyć w sobie tej cechy. Wydaje mi się, że w wielu sytuacjach ten nasz "zwierzęcy instynkt przetrwania" przejmuje nad nami kontrole i nie pozwala poddać się w walce o przeżycie. Film "Titanic" ukazuje właśnie tą sytuacje. To niezwykłe jak różni są ludzie i jak odmiennie starają się rozwiązać ten sam problem. Można by tutaj wymieniać wiele ukazanych filmie przypadków, począwszy od Rose i Jacka, a skończywszy na grających niemal do samego końca muzykach. Ale ponad wszystko ludzie chcą żyć. Ludzie chcą nadal doświadczać szczęścia i smutku, jaki może ich spotkać na Ziemi. Z drugiej strony z zatonięcia Titanica możemy odczytać jeszcze jedną ważną wiadomość. Mianowicie: nikt spośród wszystkich pasażerów nie spodziewał się, że może nie dopłynąć do wytoczonego celu. Każdy z osobna miał swoje plany i marzenia, z których nie chciał rezygnować. Lecz niespodziewana katastrofa zrujnowała pieczołowicie zaplanowane jutro, kończąc wszystko w wydarzeniach, które miały miejsce tu i teraz. To przestroga, która mówi, że wszyscy powinniśmy, w pewnym stopniu żyć jak Jack Dawson - cieszyć się dniem, który trwa, a nowy przyjąć jako kolejne niezaplanowane wyzwanie, któremu trzeba sprostać.

Ps: Chciałam jeszcze podziękować organizatorom konkursu za nagrodę niespodziankę (złoty głośnik), która przyszła do mnie dzisiaj. Więc dziękuje nie tyle co za nagrodę, ale wyróżnienie.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 3 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Data: 2019-03-17 21:42:46

Autor: Morrigan

Złoty głośnik brzmi zacnie ????
Data: 2019-03-20 14:37:29

Autor: Jothanne Washington

Oj zacny jest, zacny... :D
Zaloguj się aby komentować.
2019-02-24 14:32:24
Książki papierowe czy ebooki?
Wiele razy w swoim życiu stajemy przed trudnymi wyborami, które łamią nam głowę nocami. Ale nie zawsze jest tak ciężko. Czasem wystarczy tylko krótkie przemyślenie jakieś sprawy, aby znaleźć na nią trafne rozwiązanie. W dzisiejszym wpisie poruszę temat wyboru, który nie należy do trudnych ? to łatwe i przyjemne podjęcie decyzji, która nie przysporzy nam wielu kłopotów.
Mówi się, że czytać każdy może, trochę lepiej, trochę gorzej. To prawda, lecz nie jednoznaczna. Bo jak czytać, a w zasadzie na czym? Nie mam pojęcia jakie są statystyczne dane, dotyczące sposobu czytania książek. Wiem tylko, że książkę można czytać na trzy różne sposoby: kupując ją, pożyczając, lub ściągając (legalnie, czy też nie) na jakieś urządzenie elektryczne. Oprócz tego można jeszcze słuchać powieść, jako audiobooka - ten sposób zaliczmy do niematerialnej formy, jaką są ebooki. Wydaje mi się, że czytanie elektronicznych książek staje się powoli najpopularniejszą opcją zapoznawania się z treścią powieści. Z jednej strony to dobrze, ponieważ ograniczamy przez to zużycie papieru i wycinkę drzew, lecz z drugiej strony przez elektroniczne czytanie pogłębiamy nasz związek z nowoczesną technologią, która w dużej mierze nie wpływa na nas korzystnie. Więc i tak źle, i tak niedobrze. Co zrobić? Jak rozwiązać ten "problem"? W zasadzie to kwestia gustu, naszych upodobań, która nie podlega większej dyskusji. Bo przecież każdy lubi, to co lubi. Przekonywanie kogoś (kto się z nami nie zgadza) do swoich racji, prawdopodobnie skończy się kłótnią, która nie wpłynie pozytywnie na nasze relacje. Najlepiej mieć swoje wyrobione poglądy i szanować odmienne zdanie innych. Aby pomóc Wam zdecydować, jaka forma czytania książek jest najbardziej odpowiednia dla Was, postaram się przeanalizować wszystkie trzy sposoby czytania, zwracając uwagę, na plusy i minusy wymienionych wyżej form.
Zacznijmy może od najbardziej rozpowszechnionej idei pożyczania książek. Jest wiele rzeczy, których nie mamy, ale które chcielibyśmy mieć. Często jest tak, że bliskie nam osoby mają coś, co aktualnie potrzebujemy, bądź chcemy. Aby zaoszczędzić dysponowane fundusze, decydujemy się na czasowe wypożyczenie danej rzeczy (oczywiście watro zaznaczyć, że ta osoba, choć jest nam bliska, wcale nie musi nam czegokolwiek pożyczać; jeśli jednak to zrobi, to tylko i wyłącznie oznaka jej dobrej woli). Zagorzali czytelnicy mają swoje przyzwyczajenia odnośnie traktowania posiadanych książek. Jedni z przesadną dokładnością dbają o nie, drudzy starają się je nie niszczyć, ale ich starania nie zawsze przynoszą pożądane efekty; a jeszcze inny kompletnie nie dbają o jakiekolwiek posiadane powieści, stawiają bowiem treść, ponad wszelki zewnętrzny wygląd. Zazwyczaj jest tak, że bardziej dbamy o rzeczy innych, niż swoje. Lecz wyuczone nawyki trudno z dna na dzień zmienić - one nadal w nas są, choć w nieco mniejszej dawce. Więc jeśli pożyczymy komuś z kategorii "inni" książkę, to możemy spodziewać, że nie wróci ona do nas w nienaruszalnym stanie (oczywiście zdarzają się wyjątki, potwierdzające regułę). Ta sytuacja odnosi się również do książek wypożyczanych z biblioteki, które powinniśmy w równym stopniu szanować. Ale jakie są plusy samej idei pożyczania? Cóż, kiedy książka zostaje kupiona do biblioteki to, nie kończy ona półce po jednym, czy dwóch razach jej przeczytania. Oczywiście my również możemy założyć swoją prywatną bibliotekę, wypożyczając godne polecenia powieści swoim znajomych, ale nigdy nie będziemy robić tego na tak dużą skalę, jak robią to biblioteki publiczne. Więc pożyczanie książek przedłuża ich żywotność, sprawia, że sama powieść nabywa swojej niepowtarzalnej historii, która zazwyczaj odzwierciedla się w jej wyglądzie. Jeżeli chodzi o minusy, to głównym problemem jest dostępność pożądanej książki. Często jest tak, że powieść, którą chcemy przeczytać jest już wypożyczona - niedostępna w danym momencie dla nas. Oczywiście kupując książki również możemy się z tym spotkać. Jednakże wydaje mi się, że ten przypadek jest dużo mniej prawdopodobny. Pozostaje jeszcze kwestia higieny. Zazwyczaj książki wypożyczane z biblioteki są stare i zakurzone. Więc czytając je możemy łatwiej nabawić się jakiś nieprzyjemnych zarazków. Ja osobiście zawsze po czytaniu książki z biblioteki muszę umyć ręce, aby pozbyć się tego nieprzyjemnego uczucia brudu.
Skoro powiedzieliśmy o pożyczaniu powieści, to może pomówmy nie tyle co o ich kupowaniu, ale samej idei produkcyjnej papierowych książek. Każdy z nas lubi otaczać się rzeczami, które wywołują w nim pozytywne wspomnienia. W przypadku zagorzałych czytelników takimi rzeczami są oczywiście książki, szczególnie te ulubione. Więc gromadzimy je, kolekcjonujemy, układamy w równe rzędy na półkach, tylko po to, aby móc na nie do woli patrzeć, lub ewentualnie ponownie je przeczytać. To wspaniałe móc żyć wśród książek, obcować z nimi na co dzień. Niestety takie luksusy mają swoje minusy - głównie dwa. Po pierwsze książki są niezwykle kosztowne. Może kupienie jednej, czy dwóch nie zrobi w Waszym budżecie jakieś większej różnicy, ale my nie mówimy tutaj o okazyjnym kupowaniu książek. Nie, mowa to o regularnym powiększaniu swojej prywatnej biblioteczki, która z roku na rok powiększa się o kilkadziesiąt powieści ? a to już nie mały wydatek. Po drugie produkcja książek wiąże się z zużywaniem papieru, czyli wycinką drzew. Pomyślmy, że wydając jedną powieść wycinamy jedno zdrowe drzewo, dające tlen. To ogromna strata, a przecież to nie koniec. Bo przecież w ciągu roku wychodzi miliony nowych książek, które likwidują miliony pięknych drzew. Ta ekologiczna perspektywa jest straszna, ale niestety bardzo prawdziwa.
Zostały nam jeszcze ebooki. W dobie dzisiejszego Internety nikogo nie powinno dziwić powstanie łatwo przenośnych czytników, które co raz skuteczniej zastępują książki papierowe. Ludzie są bardzo wygodni, wolą zabrać na wakacje jeden czytnik, niż górę ciężkich książek, które mogą się zniszczyć podczas podróży. Czytanie elektronicznych książek jest obecnie bardzo popularne. Czytelnicy chwalą sobie nowoczesną, prostszą i tańszą formułę elektronicznych powieści. Jakie są plusy tego innowacyjnego rozwiązania? Cóż tutaj można wymienić wiele rzeczy, między innymi łatwiejszy dostęp do książek, tańsza możliwość zakupu, uniwersalna, mniejsza forma urządzenia itp. Przyznaje szereg pozytywów bywa zachęcający, jednakże nie można w tej kwestii pominąć równie ważnych minusów. Na przykład czytanie na telefonie większym stopniu pogarsza nasz wzrok, urządzenia elektroniczne są napromieniowane i negatywnie wpływają na nasz organizm (w nadmiarze mogą powodować liczne choroby), czytając książki w formie elektronicznej przyzwyczaja nas do obcowania z tymi podobnymi sprzętami, od których możemy się uzależnić.
Ja osobiście preferuje kupno książek. Jestem typem kolekcjonera i wielką przyjemność sprawia mi gromadzenie co raz to nowszych powieści. Jeśli nie wiecie jak forma czytania najbardziej Wam odpowiada, to najlepiej sprawdźcie wszystkie po kolei i wybierzcie te najbardziej dla Was komfortową. Najważniejsze, żebyście znali plusy i minusy wszystkich możliwości czytania, i żebyście byli zadowoleni z tej, którą wybraliście.

Ps: Przypominam o rozdaniu Oscarów, które odbędzie się 25.02 o godzinie 0:30 na Canal+; Niestety od teraz na moim blogu posty będą się pojawiać dwa razy w tygodniu: w niedziele i wtorek - cóż ferie się skończyły, czas wrócić do szarej rzeczywistości nauki i przygotowywania się do egzaminu.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 3 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Data: 2019-03-17 21:53:51

Autor: Morrigan

Lubię i taką, i taką formę książki. Uwielbiam rozkoszować się mmaterialą formą, ale z drugiej strony cenię
też ebooki za dostęp właściwie wszędzie (dzięki komórce).
Data: 2019-03-20 14:39:02

Autor: Jothanne Washington

I właśnie ta możliwość wyboru jest piękna w dzisiejszym świecie. ;)
Zaloguj się aby komentować.
2019-02-21 18:52:07
Wszyscy jesteśmy Kopciuszkami
Kopciuszek. Skrycie oczekiwany książę na biały koniu. A może po prostu życie jak z bajki ze szklanymi pantofelkami w pakiecie? Czemu nie. W końcu każdy z nas chce żyć długo i szczęśliwie...
Niestety muszę przyznać, że w dzisiejszym świecie wyżej wymienione rzeczy są już przereklamowane. Może dlatego, że życie to nie bajka, w której występują bohaterowie dobrzy i źli. Otaczający nas świat nie jest ani dobry, ani zły. Symboliczny kolor, który przedstawia realia dzisiejszej rzeczywistości, to szary, który zawiera tyle samo farby białej, co czarnej. Choć taka jest prawda, to często uciekamy od niej, zanurzając się w równoległej alternatywnej rzeczywistości. Dlaczego, tak robimy, skoro nasze postępowanie w żadnym stopniu nie przyczyni się do rozwiązania naszych problemów? Dlatego, że człowiek szuka schronienia od otaczającego go zła. W tym celu karmi się banalnymi bajeczkami, które dają mu złudne poczucie bezpieczeństwa. I w tej sprawie wcale nie zawinił Kopciuszek - wspaniały wymysł Disneya, ale ludzie którzy tworząc swój azyl przypisywali sobie wyidealizowane cechy. W końcu można zobaczyć komediowy film "Pamiętnik księżniczki", na rzecz chociażby dużo bardziej wartościowej "Teorii wszystkiego". Ale wróćmy do samego schematu "brzydkiego kaczątka", które przeradza się w łabędzia. Najbardziej ten schemat rozpowszechniła popularna bajka o Kopciuszku, czyli dziewczynie, która w przeciągu jednej nocy z niedostrzeganej gospodyni domowej przeradza się w piękną pannę, potrafiącą nie tylko swoim wyglądem, ale także skromnością, zakręcić w głowie księciu. Muszę przyznać, że ta bajka jest moją ulubioną, spośród wszystkich innych animowanych obrazów Disneya. Warto zaznaczyć, że w dzisiejszej literaturze tzw. motyw Kopciuszka jest coraz częściej wykorzystywany i parafrazowany na wszelkie możliwe sposoby. Przykładem takiej literatury są takie książki jak: "Rywalki", "Szklany tron", "Roziskrzone noce", czy "Royal. Królestwo ze szkła" oraz wiele, wiele innych podobnych, opartych na tym samym schemacie powieści. Również o podobnej tematyce nie brakuje filmów, które podbijałyby serca widzów (tych zdecydowanie mniej wymagających) np. "Pamiętnik księżniczki", "Kopciuszek w rytmie miłości", "Kopciuszek ? roztańczona historia", "Królewskie wakacje" itp. Czyli podsumowując: historii opowiadających o dziewczynie, która poznaje swojego księcia z bajki, mamy w literaturze, czy filmie zdecydowanie za dużo. Bo kto po raz setny chcę oglądać, czy czytać tę samą opowieść napisaną innymi słowami? Cóż, niestety muszę przyznać, że jednak ktoś chce - skoro powstają coraz to nowsze wersje popularnej bajki. Wydaje mi się, że ludzie częściej wybierają to, co uważają za pewne, niż jakieś inne nowo powstałe rzeczy. To smutne, w końcu nowe nie znaczy gorsze. Lecz człowiek to zazwyczaj pesymistyczny (w pewnych sferach) stwór, który uważa, że lepiej, niż jest teraz nie będzie.
Każdy z nas chce być dostrzeżony. Każdy z nas chce być wyjątkowy. Każdy z nas chcę choć na chwilę być lepszym od innych. Do tego ostatniego nie wielu by się przyznało - ale nie ukrywajmy taka jest zakorzeniona w nas prawda, której nie potrafimy już zmienić... Czy historia Kopciuszka nie wpasowuje się idealnie w to o czym marzymy? Czy tak opowieść nie jest dokładnie obrazem naszych najbardziej skrywanych myśli i pragnień? Oczywiście, że jest. Ale o czym to świadczy? Jak wcześniej wspomniałam, każdy z nas chcę żyć długo i szczęśliwie. Więc, by to osiągnąć musimy wyplewić z naszego życia wszelkie zło, które utrudnia nam realizacje tego celu; W tym wpisie chcę Wam uświadomić, że świat wcale nie musi być zły, że choć wszyscy się od siebie różnimy mamy wspólny cel, który zbliża nas do siebie. Pamiętajmy o tym. Bo to my tworzymy nasz świat. Bo to my decydujemy w jakiej rzeczywistości chcemy żyć. Bo to my (w dużym stopniu) jesteśmy kowalami naszego losu. Nie zmarnujmy tej szansy. Bądźmy Kopciuszkami, znajdźmy swojego księcia z bajki i żyjmy długo, i szczęśliwie - razem.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 3 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2019-02-19 11:46:46
Oscary. Sekrety największej nagrody filmowej - Katarzyna Czajka-Kominiarczuk
Nie każdy chce być sławny, ale każdy choć raz zastanawiał się jakie by wiódł życie, gdyby nie był taki przeciętny i bez wyrazowy, jaki jest. Oczywiście, że każdy jest wyjątkowy. Ale wyjątkowość przejawia się na milion różnych sposobów - czasami sprawia, że zostajemy zapamiętani, że wybijemy się ponad tłum pozornie takich samym ludzi. Lecz czasami nasza wyjątkowość, jest równocześnie naszym potępieniem. Bo zazwyczaj nikogo nie obchodzą nasze koncepcje, czy idee, tylko efekt naszych działań, który oceniają w kontekście dobra i zła. Choć nie twierdze, że wszyscy starają się zawsze postępować dobrze, ponieważ niestety otaczająca nas rzeczywistość kształtuje się zgoła inaczej. Dzisiaj mówimy o Oscarach, czyli jednocześnie od ludziach wyjątkowych, którzy pokazali już "coś", co sprawiło, że zostali zapamiętani (w większym, lub mniejszym stopniu).
Jaki czas temu rozpoczął się sezon oscarowy, dlatego też na moim blogu będą się pojawiać posty stricte związane ze światem kinematografii. Każdy z nas na pewno kiedyś słyszał o Oscarach, czyli najbardziej prestiżowej nagrodzie filmowej. Dla mnie Oscary to otwarte okno, z którego już od kilu lat podziwiam piękne wizualnie Hollywood. Na co dzień nie siedzę w plotkarskich mediach społecznościowych komentujących zachowanie, czy ubiór najbardziej popularnych gwiazd. Nie bawią mnie takie tematy, ba uważam, że "siedzenie" w tym to kompletna strata czasu - w końcu ja mam swoje życie, a oni mają swoje. Niemniej jednak gdy nadchodzi moment rozdania Oscaru za najlepszy film, to z niecierpliwością czekam na ogłoszenie wyniku, wspierając mentalnie swoich faworytów. Właśnie, wręczenie statuetki za najlepszy film, to najważniejszy moment wieczoru, na który wszyscy czekają. Pamiętam, że dwa lata temu kiedy ostatecznie nagroda nie powędrowała do filmu "La la Land", czułam się nieco rozczarowana (widziałam ten komediodramat muzyczny i jest naprawdę genialny). I tu dochodzimy do setna tej sprawy; przyznajcie ile razy czuliście się mądrzejsi niż Akademia, kiedy wasz faworyt nie dostał Oscara za najlepszy film? Założę się, że dużo osób tak ma, ja mogłabym w tej kwestii podnieść rękę do góry... Wiele ludzi krytykuje wybory Akademii, ale czy te osoby wiedzą w jaki sposób wybierane są filmy w poszczególnych kategoriach. Nie sądzę (ja również jeszcze nie dawno, nie wiedziałam jak to działa). Więc zachęcam, aby na przyszłość nie wypowiadać w sprawach, o których nie ma się pojęcia... Na szczęście zainteresowani mogą czerpać hektolitry wiedzy z książki "Oscary. Sekrety największej nagrody filmowej" autorstwa Katarzyny Czajki-Kominiarczuk.
Nie jestem pewna czy sięgnęłam bym po tę książkę, gdyby jej autorka, nie prowadziła wspaniałego bloga o popkulturze, który namiętnie czytam (zwierz popkulturalny/ w skrócie zpopk.pl). Katarzyna Czajka-Kominiarczuk posługuje się na co dzień (na blogu) dość specyficznym językiem, który na poczet książki został w pewnym stopniu ujarzmiony. Trudno powiedzieć, czy to dobrze, czy źle; ostatecznie świat literatury wymaga pewnej powagi, którą czasem próżno moglibyśmy szukać na odważnym blogu autorki o popkulturze. "Oscary. Sekrety największej nagrody filmowej" to książka w stylu takich, które często nie pojawiają się na ryku czytelniczym. Bo choć o Oscarach mówi się dużo, to piszę się wcale nie tak często. Może i szkoda, w końcu rozrastający się z dnia na dzień świat kinematografii dostarcza mnóstwo ciekawych tematów do pisania. Ale przejdźmy do samych Oscarów, które są głównym tematem dzisiejszego wpisu. Amerykańska Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej to organizacja, która liczy około 6 tysięcy członków - osób zasłużonych i czynnie działających w przemyśle filmowym. Od 1929 roku Akademia co roku przyznaje kilkanaście Oscarów, honorując tym samym najlepszego (według Akademii) reżysera, aktora/aktorkę, scenarzystę, montażystę itp. Na początku mogłoby się wydawać, że Oscary są rzeczą bezsensowną i kompletnie niepotrzebną. Oczywiście świat nadal by funkcjonował, nawet gdyby przestano rozdawać tę nagrodę, ale samo w sobie kino dużo by na tym straciło. Ponieważ Oscary są największą, najbardziej prestiżową nagrodą w przemyśle filmowym, jaka obecnie funkcjonuje. Często jest tak, że ktoś marzy o tym, aby otrzymać tą złotą statuetkę. To marzenie napędza go do działania, aby zostać dajmy na to aktorem. Więc jakby nie było Oscara, to nie było by tego wspaniałego aktora. Pewnie zapytacie, po co komu Oscar, skoro są chociażby Złote Globy? A ja na to odpowiem, po co są Złote Globy, skoro nie ma Oscara? Jednym słowem - błędne koło. Oczywiście wskazany wyżej przykład jest dość symboliczny, ale może odnosić się również do oglądalności, która znacznie wzrasta po otrzymaniu nominacji, czy statuetki. Ale wróćmy może do Akademii. Czy to sprawiedliwe, że filmy oglądane przez miliony osób na całym świecie ocenia tylko ich garstka? W sumie tak. Jakby popatrzeć na to z nieco mniej egoistycznej perspektywy, to można dość do wniosku, że istniejący system jest jak najbardziej sprawiedliwy. Ponieważ Akademicy to fachowcy, którzy już od lat siedzą w swojej branży. Więc kiedy oni twierdzą, że jakiś film jest najlepszy, to faktycznie taki jest. Oczywiście my możemy się z tym nie zgadzać, ale to nie zmieni faktu, że krytykowany przez nas film posiada pewne walory, które nadają mu ten wyjątkowy charakter z przedrostkiem "naj". Dodam jeszcze, że Akademia nie jest nieomylnym Bogiem. Istnieje mnóstwo przypadków filmów, które z perspektywy czasu zestarzały się i nie były już takie "naj" spośród innych nominowanych. Więc Akademia nie zawsze wybiera trafnie, lecz na przestrzeni lat te drobne wpadki giną pośród dobry decyzji, które podjęła.
Co roczne rozdanie Oscarów to również czas, w którym bardziej zwracamy uwagę na różnice i nierówności, z którymi możemy się spotkać w przemyśle filmowym (i nie tylko). Może na pierwszy rzut oka aż tak nie widać tych wszystkich wad Hollywood, ale gdy się dobrze przyjrzymy i będziemy uważnie patrzeć, dostrzeżmy to, co miało pozostać ukryte. Na przykład zdecydowaną większość wśród nagrodzonych i nominowanych stanowią mężczyźni, albo tylko jedna czarnoskóra aktorka dostała Oscara za najlepszą rolę pierwszoplanową. Jest mnóstwo tym podobnych przykładów, które stanowią dowód na to, że Akademia ma jeszcze wiele w swym wewnętrznym systemie do poprawienia. Ale pomyślmy do jakich stereotypów dochodzi jeszcze w XXI wieku - świat wcale nie jest tak cywilizowany, jak nam się wydaje. Piszę o tym, ponieważ to ważna kwestia, z której wiele osób nie zdaje sobie sprawy. Bo mowa to o równości nie tylko na Oscarach, ale również w naszej szybko rozwijającej się społeczności. Mam nadzieje, że oglądając w tym roku Oscary zwrócicie uwagę nie tylko na piękne suknie, czy fryzury aktorek, ale również na problem dyskryminacji i nierówności, który staje się co raz to bardziej widoczny.
Książka "Oscary. Sekrety największej nagrody filmowej" autorstwa Katarzyny Czajki-Kominiarczuk to obowiązkowa pozycja dla wszystkich miłośników kinematografii. Autorka w prosty i przystępny sposób przybliża historie wielkich wpadek i triumfów największej istniejącej fabryki snów - Hollywood. Jednocześnie ta książka jest skarbnicą wiedzy na temat dobry, docenianych filmów, które warto zobaczyć. Zdecydowanie polecam.

Ps: Koniecznie zajrzyjcie również na blog autorki - zpopk.pl (zwierz popkulturalny). Jest naprawdę genialny i na pewno zasługuje na Waszą uwagę.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 3 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2019-02-17 17:08:09
Oscary 2019 - omówienie nominacji
Hey guys!
Oscary zbliżają się już wielkimi krokami, więc stwierdziłam, że ja - wielki fan kina - musi coś napisać o ogłoszonych już dawno nominacjach. Mam nadzieje, że jesteście zainteresowani tym tematem w takim samym stopniu, co ja.

Każdy większy, czy mniejszy kiniomaniak nie może przegapić takie wydarzenia, jakim jest rozdanie Oscarów. Ja sama śledzę je już od kilku lat i nadal jestem zachwycona profesjonalnością, i wykwintnością tej uroczystości. Trochę żałuję, że widzowie nie mają bezpośredniego wpływu na wybór zwycięzców, czy nominowanych; ale Oscary i tak są kopalnią wiedzy na temat światowej kinematografii. Więc dzisiaj postaram się pokrótce omówić ogłoszone jakiś czas temu nominację, aby każdy z głową pełną faworytów mógł zasiąść 24 lutego przed telewizorem.
Zacznę może od naszego polskiego kandydata do Oscara - "Zimnej wojny" Pawła Pawlikowskiego. Muszę przyznać, że to dla mnie nie małe zaskoczenie. Co prawda nie oglądałam tego filmu, więc nie mogę się wypowiedzieć, czy jest dobry, czy nie - ale sami przyznajcie, że polskie filmy rzadko mają okazje na jakieś prestiżowe nagrody. Niestety nie gustuje w polskim kinie, zdecydowanie bardziej wole amerykańskie, czy brytyjskie, które moim zdaniem jest na dużo wyższym poziomie, niż polskie; "Zima wojna" to film Pawła Pawlikowskiego, opowiadający historie zakochanych w sobie dwojga młodych ludzi, którzy chcą, a nie potrafią być razem. Rozgrywająca się w po wojenne Polsce akcja przenosi widza do trudnych czasów PRLu, pełnych niepewności i zagubienia... Paweł Pawlikowski już raz udowodnił, że jego filmy są tworzona na tak wysokim poziomie, że nawet mogą zasłużyć na Oscara - w 2015 roku film Pawła Pawlikowskiego pt. "Ida" otrzymał, po raz pierwszy w polskiej historii kina, Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny. W tym roku "Zimna woja" otrzymała nominacje w kategoriach: najlepszy reżyser (Paweł Pawlikowski), najlepszy film nieanglojązyczny (Paweł Pawlikowski/Polska) i najlepsze zdjęcia (Łukasz Żal). Mam nadzieję, że 24 lutego usłyszymy same entuzjastyczne wiadomości dotyczące tego filmu.
Przejdź teraz do najbardziej prestiżowej nagrody 91 gali wręczenia Oscarów Akademii Filmowej. W kategorii najlepszy film startują następujące "obrazy": "Vice", "Czarna pantera", "Green Book", "Narodziny gwiazdy", "BlacKkKlansman", "Bohemian Rhapsody", "Faworyta" oraz "Roma". Niestety nie widziałam większości z tych filmów, więc nie mogę się wypowiedzieć na ich temat, ale jestem niezmiernie zdziwiona nominacją dla "Czarnej pantery". Widziałam tą kolejną ekranizację komiksów Marvela i była co najwyżej przeciętna. Nie rozumiem, jak można tak bezwyrazowy film postawić koło choćby "Narodzin gwiazdy", które na pewno są zdecydowanie bardziej wartościowe. Wobec tego nie pojmuje, jak w tym zastawieniu zabrakło miejsca dla filmu "Mój piękny syn", w którym gra cudowny Timothée Chalamet - jaki ten świat jest niesprawiedliwy.
Największym wyróżnieniem dla każdej aktorki i każdego aktora jest otrzymanie Oscara w kategorii: najlepszy aktor/aktorka. W tym roku w kobiecej kategorii nominowane są: Lady Gaga ("Narodziny gwiazdy"), Melissa McCarthy ("Can You Ever Forgive Me?"), Yalitza Aparicio ("Roma"), Glenn Close ("The Wife"), Olivia Colman ("Faworyta"). W tym zestawieniu nie do końca zgadzam się z nominacją Lady Gagi, ale na szczęście to tylko nominacja, a nie gwarantowany Oscar. Jeżeli chodzi o mężczyzn to lista prezentuje się następująco: Christian Bale ("Vice"), Bradley Cooper ("Narodziny gwiazdy"), Willem Dafoe ("At Eternitys Gate"), Rami Malek ("Bohemian Rhapsody"), Viggo Mortensen ("Green Book"). Tutaj nie pasuje mi Rami Malek. Uważam, że film "Bohemian Rhapsody" został już dostatecznie doceniony na Złotych Globach.
To tylko kilka wybranych przeze mnie kategorii, które chciałam bliżej omówić. Pełną listę nominacji znajdziecie między innymi na stronie eska.pl. Jeżeli miałabym podejrzewać kto, bądź jaki film dostanie Oscara to stawiałabym następująco:
Najlepszy film - "Narodziny gwiazdy" lub "Faworyta"
Najlepszy film nieanglojęzyczny - "Roma"
Najlepsze zdjęcia - Łukasz Żal/ "Zimna wojna"
Najlepszy reżyser - Alfonso Cuarón/ "Roma"
Najlepsza aktorka pierwszoplanowa - Olivia Colman/ "Faworyta"
Najlepszy aktor pierwszoplanowy - Bradley Cooper/ "Narodziny gwiazdy"
W niektórych wypadkach chciałabym, aby moja przepowiednia się sprawdziła, w innych nie. Ale cóż czas okaże... Jedyne co możemy, to trzymać kciuki za swoich faworytów; A 91 gala wręczenia Oscarów Akademii Filmowej odbędzie się już 24 lutego i potrwa zaledwie trzy godziny.

Ps: U nas w Polsce emisja Oscarów odbędzie się 25.02. o godzinie 0:30 w Canal+.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2019-02-14 22:51:37
Historia pszczół - Maja Lunde
Żyjmy razem. Zjednoczeni. Działajmy jak jeden organizm, ale zachowajmy swoją indywidualność. Róbmy coś, co nie może osiągnąć samotna jednostka. Pracujmy razem w pocie czoła, masując sobie nawzajem obolałe od wiecznego stania stopy. Sprawmy, by w naszym społeczeństwie konflikty nie miały prawa bytu. Cieszmy się, smućmy, bądźmy szczęśliwi - razem. Przypominajmy pszczoły, które stanowią zgrane, sprawnie funkcjonujące społeczeństwo, przynoszące pożądane, dobre owoce.
Mowa o wspólnocie, narodzie tolerancyjnym, to aktualne tematy, które warto poruszać w dzisiejszym społeczeństwie. Warto dążyć do ideałów, warto starać się wyplewić wszelką nietolerancję, lub jej oznaki. Zmusimy się do jeszcze cięższej pracy, po to, abyśmy kiedyś żyli w świecie, w którym chrześcijanin będzie mieszkał koło muzułmanina, w którym rodzice będą akceptowali homoseksualizm dziecka i w którym każda płeć, każde pochodzenie będzie tak samo ważne, jak każde inne. Często przychodziły mi do głowy podobne myśli, a obecnie przychodzą jeszcze częściej. Ponieważ przeczytałam książkę o pszczołach, która uświadomiła mi jak bardzo te malutkie owady są zjednoczone, a jak bardzo my ludzie podzieleni. To kolejny dowód na to, że wszystko, ale dosłownie wszystko może nas zmusić do refleksji na jakikolwiek temat.
"Historia pszczół". Gdy po raz pierwszy usłyszałam ten tytuł myślałam, że mam do czynienia z jakąś poważną pozycją z najbardziej wyspecjalizowanego działu literatury faktu. Wcześniej wiedziałam co nie co o pszczołach (mój wujek ma kilka uli i nie raz opowiadał mi o krótkiej egzystencji tych małych owadów), ale nie czułam jakieś szczególnej potrzeby, aby pogłębić swoją wiedzę - świat zwierząt nigdy nie wydawał mi się jakoś bardzo interesujący. Więc decyzja, że przeczytam "Historię pszczół" autorstwa Mai Lunde była dość spontaniczna - ale w żadnym wypadku nie żałuję czasu spędzonego z tą powieścią.
Trzy różne historie, trzy różne epoki i jeden wspólny mianownik: pszczoły. Willam, przyrodnik po długoletnim załamaniu w końcu podnosi się z łóżka, wpada na genialny pomysł skonstruowania, nowych, nowoczesnych uli - ale czy na pewno jest pierwszym inicjatorem takiej hodowli pszczół? George ma nadzieję, że jego dorosły syn Tom przejmie po nim wielopokoleniowe pszczele gospodarstwo. Tom ma jednak nie co inne plany na życie, których nie ułatwia fakt, że pszczoły w całych Stanach zaczynają powoli wymierać... Tao żyję w 2098 roku, w świecie, w którym pszczoły są gatunkiem wymarłym. Ludzie by przetrwać muszą przejąć role pszczół robotnic i samodzielnie zapylać kwiaty. Kobieta pragnie jedynie, aby jej syn uniknął losu "nowoczesnej pszczoły"; Niespodziewanie dziecko ginie w niewyjaśnionych okolicznościach - matka chcę za wszelką cenę go odszukać, zrobi dosłownie wszystko, aby odnaleźć najważniejszą osobę w jej życiu.
Streszczenie powieści wydaje się interesujące. Pomysł napisanie trzech historii o wspólnym temacie jest nieco nietypowy i nowatorski. "Historia pszczół" to nie antologia, to coś innego, choć równie dobrze zbudowanego. Po przeczytaniu książki nie potrafię powiedzieć, która opowieść najbardziej przypadła mi do gustu - wszystkie mały swoje wady i zalety, które ułożone na wadze równoważą się. Jednym z największych plusów tej powieści, jest jej refleksyjny klimat, który zmusza do rozbudowanych egzystencjalnych przemyśleń; Może zauważyliście, że na moim blogu recenzję książek są swego rodzaju pretekstem do podjęcia ciekawych, filozoficznych, aktualnych tematów. Nie ma praktycznie wpisu, który nie zwierałby inspiracji, czy głębszych przemyśleń na jakikolwiek temat. Dlaczego tak robię? Dlaczego nie wystarcza mi napisanie opisu i krótkiej "polecanki"? Dlatego, że książki to dla mnie coś więcej, niż pusta rozrywka zabijająca czas. Dlatego, że pisanie to dla mnie coś więcej, niż przekazywanie suchych faktów, które nic nie wznoszą do życia czytelnika. Dlatego, że chciałabym zmienić świat. Że chciałabym uczynić go lepszym miejscem, niż jest teraz. Wiem, że moje egzystencjalne, filozoficzne pisanie nie dociera do jakieś bardzo rozbudowanej rzeszy czytelników. Ale to nie ważne. Bo watro pisać, choćby dla tej jednej osoby, jeden duszy, która zainspirowana moimi słowami może się zmienić.
Autorytet. To bardzo ważna rzecz w naszym życiu, której często nie doceniamy. Wydaje nam się ważna, ale nie aż tak, żebyśmy nie potrafili bez niej żyć. Owszem potrafilibyśmy, lecz jakim kosztem? Czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego wykonujecie polecenia rodziców, chociaż niektóre z nich nie idą wam na rękę? Robicie tak dlatego, że podświadomie uważacie swoją najbliższą rodzinę za osoby mądrzejsze, potrafiące lepiej odróżnić dobro od zła. Czasami postępujemy wbrew poleceniom rodziców, to jasne - buntujemy się, chcemy szybciej dorosnąć, po prostu uważamy, że wiemy lepiej. Ale pomyślcie, ile razy żałowaliście te nieprzemyślanej decyzji? Założę się, że dużo, dużo razy... Lecz nie we wszystkich domach jest tak kolorowo i bajecznie. W niektórych występuje popularna zabawa w dom, w której to dzieci grają rodziców, a rodzicie dzieci. W takiej sytuacji dziecko nie ma żadnego powodu posłuchać rodzica. Bo po co i dlaczego? Skoro rodzic nie jest dla dziecko swego rodzaju obrazem "Boga", to nie ma powodu, aby się go słuchać, czy podążać jego śladem. To straszny zanik autorytetu. To wręcz "śmieszna" zamiana ról, czyli tak zwane vice versa...
Podsumowując: "Historia pszczół" autorstwa Mai Lunde to nowatorska, pełna ciekawych poglądów powieść o ludziach i pszczołach. To niezapomniana lektura, którą każdy powinien przeczytać. Maja Lunde piszę w ciekawy, nieokryty dotąd sposób. Na początku jej styl jest zaskakujący, może nawet nieco uciążliwy, ale zawiera w sobie owo "coś", co nie pozwala ani na moment oderwać się od fascynującej książki. Pierwszy raz spotkałam się z powieścią, w której właściwie znajdują się trzy niezależne od siebie książki, które łączą się ze sobą w zaledwie kilku punktach. Pomimo wad, jakie znalazłam w tej pozycji, czekam z niecierpliwością na drugą powieść z tego cyklu pt."Błękit". Mam nadzieje, że okaże się ona równie interesująca i fascynująca, co "Historia pszczół", którą bardzo, ale to bardzo polecam.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 3 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2019-02-12 18:42:41
Kolokwialny wydźwięk naszej egzystencji
Hey gys!
A może witojcie moi mili! Czy zauważyliście, że ostatni wpis nie zawierał standardowego wyrażenia "Hey guys"? To nie tak, że o nim zapomniałam, o nie wszystko zostało pieczołowicie (choć w rzeczywistości bardziej spontanicznie) przemyślane. Może to odpowiedni moment, aby zacząć nowy rozdział, nie tyle co na blogu, ale i w moim życiu. Droga, którą Was dzisiaj uraczyłam (patrz obrazek na dole wpisu) to nic innego, jak symbol naszego życia, pełnego niespodziewanych zakrętów i nudnych, długich, niekończących się prostych. Moje działanie w tym wypadku było przewidziane, celowe. Ale ile jest przeciwnych, na pierwszy rzut oka pozbawionych sensu rzeczy w naszym życiu. Odpowiedź brzmi: wiele, może nawet za dużo. Bo czy kiedy wstajemy rano i idziemy do łazienki umyć zęby, to czy zastanawiamy się, choć przez chwile, jaki jest sens wykonywanych przez nas czynności. Nie sądzę. Zresztą sama tak nie robię i nawet nie do końca czuję potrzebę jakieś zmiany, czegoś co uczyniłoby poranne mycie zębów krótką, egzystencjalną powiastką filozoficzną. W sumie byłoby to ciekawe. Lecz kiedy pomyśle sobie, że takie błahostki nabrały by nagle sensu; to wręcz nie potrafię sobie wyobrazić jaki prawdziwy sens miałyby rzeczy o wiele bardziej ciekawsze i ważniejsze, niż zwykłe, codzienne mycie zębów. Dzisiejszy wpis będzie właśnie o tym - o kolokwialnym wydźwięku naszej egzystencji.
Śpię sobie spokojnie, rozkoszuję się ciepłem miękkiego łóżka i myślę sobie, że mogłabym tak leżeć i leżeć bez końca. Sen to rodzaj wegetacji. Czasami żałuję, że człowiek potrzebuje tych kilku godzin odpoczynku. Spójrzmy prawdzie w oczy, człowiek w ciągu swojego życia prześpi trzecią jego część. Bo załóżmy, że przesypia osiem godzin dziennie, więc tylko dwie trzecie pożytkuje na coś bardziej lub mniej konstruktywnego. Czyli można stwierdzić, że przez to nie wykorzystujemy w pełni danego nam czasu na Ziemi. Nieco przygnębiające, prawda? Może trochę... Choć warto spojrzeć na to z innej perspektywy. Gdyby człowiek "pracował", a może bardziej robić coś dwadzieścia cztery godziny na dobę, to co robiłby, aby na chwilę zapomnieć o otaczającego go rzeczywistości. Bo nie ukrywajmy, każdy z nas poszukuję zapomnienia, zatracenia się w czymś czasem tak nierealnym odrzeczywistnionym, od tego co dzieje się tu i teraz. Więc co robią ludzie, jeśli chcą po prostu zapomnieć, o czymkolwiek? To proste. Ci bardziej "normalni" oglądają seriale na Netflixsie, a ci mnie - piją, palą, lub robią inne podobne rzeczy; Mamy swoich idoli, kogoś kogo podziwiamy. Czasem wydaje nam się, że chcemy być tacy sami jak oni. Tylko problem jest taki, że w tych naszych marzeniach za dużo skupiamy się na tym co te osoby mają teraz, a za mało myślimy o sposobie w jakim to osiągnęły. Bo przecież każdy nasz idol codzienni rano słyszy budzik i wstaje z łóżka, przecież codziennie tak jak my myje zęby - łączy nas ten kolokwializm, te rzeczy potoczne, rutynowe. Można by powiedzieć, że codzienne czynności zajmują większą część naszego życia, że cała reszta to dodatek do głównej naszej walki o przetrwanie. Tylko że te "rzeczy obowiązkowe" nie decydują o naszym życiu, o nas samych. To "rzeczy dodatkowe" sprawiają, że jesteśmy inni, że różnimy się od siebie nie tylko w sferze fizycznej, ale również psychicznej. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że to my decydujemy na co poświęcimy ten czas jaki nam został. Możemy go zmarnować, nie wykorzystać w pełni, ale możemy również stawić czoło otaczającej nas rzeczywistości i być kimś "lepszym", niż ten "najlepszy"...
Ale wróćmy może do mycia zębów. Co jeszcze może się kryć pod tymi naszymi zwyczajnymi, rutynowymi czynnościami? Oczywiście bardzo abstrahuje od wszystkiego, od czego abstrahować można, ale to wszystko na poczet większego dobra, które może wyniknąć z naszego filozofowania; Więc idę do łazienki biorę moją wspaniałą różową szczoteczkę, nakładam białą pastę i zaczynam szorowanie. Najpierw dolne zęby: i w przód i w tył, i w tył i przód, do góry na duł, na duł do góry i tak bez końca karuzela szczotkowania się kręci. Można by porównać to do wielu rzeczy. Ale mi przychodzi do głowy dość banalne porównanie z kołyszącym się na falach statkiem. W końcu płyniemy na falę i spływamy z fali, później znowu na falę i z fali... Powiedziałabym, że czasami ten proces powtarza się tak długo, aż po prostu zatoniemy, czyli przerwiemy ciąg trwającej niby to wiecznie sekwencji. Dokładnie tak samo jest z życiem. Rodzimy się - wypływamy na morze, spotykają nas sukcesy - płyniemy na falę, i porażki - spływamy z fali. I tak jest cały czas, aż do naszej śmierci. Czasem owszem zdarzają się większe fale, lub ich długotrwały brak, ale każdy wie, że fatum, czyli przeznaczenie jest i nieuniknione, i niezmienne.
Jedną z ostatnich rzeczy, jaką robimy myjąc zęby - to pozbywamy się nadmiaru piany. Wypluwamy to, co jest nam zbędne. Ale opróżniamy nasze usta tylko z piany, a nie na przykład jeszcze z zębów. I tak samo postępujemy w życiu - wyrzucamy to, co wcale nie jest zbędne. Robimy tak, ponieważ myślimy, że to jest dla nas dobre, właściwe. Problem jest taki, że my myślimy wiele rzeczy, ale mało z nich są faktyczną prawdą, a nie naszymi wyobrażeniami o niej. Dlatego czasem warto posłuchać innych, którzy radzą wypluwać samą piane, bez zębów.
To wszystko co miałam na dzisiaj do przekazania. Mam nadzieję, że post Wam się podobał i że czekacie na więcej tym podobnych wpisów. Miłego wieczoru i do następnego wpisu, którym najprawdopodobniej będzie recenzja książki. :D

Ps: Od teraz wpisy będą pojawiać się w każdą niedzielę, wtorek i czwartek - to właśnie moja parafraza słowa "sekwencja", które w biologii oznacza kolejność występowania nukleotydów, genów w łańcuchu DNA. ;D
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 3 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2019-02-10 16:40:44
Pasja życia - Irving Stone
Każdy nas czuje wewnętrzną potrzebę bycia docenionym przez innych. Możemy się tutaj zapierać, odwoływać się do naszej skromności, mówić, że pochwały nie są nam do szczęścia potrzebne, że wręcz czujemy się nimi zawstydzeni - ale wszyscy wiemy, że to nieprawda. Gdybyśmy nie posiadali wewnętrznego przekonania, że to co robimy jest nie tylko co dobre, ale pożądane, to niechybnie skończylibyśmy jak nasz dzisiejszy bohater Vincent van Gogh.
Jest wielu ludzi, którym udało się odnieść jakiś sukces, na jakieś płaszczyźnie w swoim życiu. Są to ludzie szczęśliwi, którzy spełnili swój egzystencjalny sens życia. Niestety tacy ludzie stanowią jedynie mały odsetek osób, które według "normy" są nieszczęśliwe i stale poszukują wyznaczonego im miejsca w otaczającym ich świecie. Niektórzy spośród tej bandy nieszczęśliwców wygrywają szczęśliwy los na loterii, który zapewnia im lepsze, bardziej radosne życie. Ale jak to z tymi wygrywającymi losami bywa - trudno w nie trafić, a jeszcze trudniej dobrze wykorzystać... Vincent van Gogh to sławny malarz, któremu nigdy nie trafiła się zwycięska szóstka w "totka". Choć całe życie próbował, nie został doceniony, ani poważnie traktowany przez szersze grono jego podobnych artystów. Jego smutną, pełną wzlotów i upadków historię opisał Irving Stone w swojej książce "Pasja życia".
Historia Vincenta van Gogha w mocnym przybliżeniu była mi już dobrze znana. Wydaje mi się wręcz, że we współczesnym świecie nie ma osoby, która by choć raz nie usłyszała o tym sławnym na całym świecie artyście. Niedoceniany za życia, za to doceniony podwójnie po śmierci - to w skrócie zobrazowana droga twórcza van Gogha; Dlaczego przeczytałam tę książkę? To dość ciekawy temat, tym bardziej, że nie każdy podjął by się takiego wyzwania, jakim jest wkroczenie do osobistego, twórczego życia Vincenta van Gogha. Bo przypominam, że ten malarz, to nie królewicz z bajki, który po znalezieniu wybranki swego serca życie długo i szczęśliwie. Niestety nie tędy podąża droga Vincenta van Gogha. Ten artysta dokonał żywota w sposób jak najbardziej adekwatny do jego, jakże krótkiego życia. Po takim finale można by było się zniechęcić, stracić nadzieje, porzucić swoje dotychczasowe pasje i popaść w depresje. Można by było, ale tylko jeśli patrzymy na biografie Irvinga Stona z perspektywy czysto przyziemnej i egoistycznej. Bo owszem, van Gogh nie doświadczył zbyteczności szczęścia na tym świecie, ale pozostawił po sobie dzieła, które udowodniają, że jednak, pomimo wszystko nie zmarnował swojego życia. Że istota naszej egzystencji nie tkwi do końca w tym, abyśmy przeżyli raj na ziemi, ale w tym abyśmy pozostawili po sobie jakiś ślad, zasiali ziarno, które w przyszłości mogłoby wydać dobre owoce. Taki jest główny aforyzm naszego życia. Nasze życie to spuścizna dla przyszłego pokolenie, które będzie mogło czerpać z naszej mądrości i ideałów, ale przede wszystkim będzie mogło nie popełniać błędów, które my popełniliśmy. Vincent van Gogh ofiarował światu niewypowiedziany dar, który mówi, że nie wszystko co nowe i inne jest gorsze od tego, co znamy. Sięgnęłam po tę powieść głównie z ciekawości. Byłam ciekawa jak wygląda życie osoby niedocenianej, a czasem nawet potępianej przez społeczeństwo. Docenić, zaakceptować, zrozumieć, to słowa bez których żaden artysta nie będzie się czuł dobrze w swojej skórze. A mówiąc artysta ma na myśli nie tylko malarzy, czy rzeźbiarzy, ale również pisarzy, tancerzy, czy jakichkolwiek innych ludzi, którzy zajmują się na co dzień działalnością artystyczną - czyli pokarmem dla dusz i spragnionego pięknem serca. Wiem jak ważne są dla nich te trzy słowa, dlatego, że sama pokrótce uważam się za artystę - a bardziej precyzyjnie za pisarza. Jestem szczęśliwa, kiedy ktoś doceni moją pracę, kiedy zrozumie jej ukryty sens. Ale druga strona medalu jest taka, że kiedy ktoś nie zrozumie, nie zaakceptuje, nie doceni tego co stworzyłam, to często czuje rozczarowanie, w skrajnych przypadkach oburzenie. Teraz może wam się wydawać, że nie potrafię znieść krytyki, że nie umiem sobie poradzić ze swego rodzaju porażką. Nie, to nie tak. Wiem, że nie jestem idealna, że nie wszystkim może się podobać to, co robię. Ale powiedzcie mi szczerze, że gdybyście pracowali, mielibyście podpisaną umowę na czas nieokreślony i dostawali co miesiąc regularnie wypłatę. I pewnego razu wasz pracodawca mówi wam, że w tym miesiącu nie otrzymacie swojej pensji, ponieważ on nie jest zadowolony z efektów waszej pracy. Mało tego mówi wam, żebyście się bardziej starali, ba stać was na dużo więcej, niż obecnie pokazujecie. Czy nie bylibyście oburzeni? Czy "szlak" by was nie trafił? Oczywiście to tylko taki symboliczny przykład, a nie nic namacalnie porównywalnego. Ponieważ uczucia, które uczuje kiedy ktoś odrzuca naszą pracę, są tylko odbiciem w krzywym zwierciadle sytuacji z pracownikiem i niezadowolonym pracodawcą.
Teraz kiedy mamy prawidłowo zobrazowaną mękę odrzuconego artysty warto zaznaczyć, że opisany powyżej stan towarzyszył Vincentowi van Goghowi nie od czasu do czasu, lecz zawsze. Praktycznie od chwili kiedy zaczął swą artystyczną działalność - właściwie nie dano mu szans na rozpostarcie skrzydeł, od razu go skrytykowano. Tak van Gogh przez niemal całe swoje życie był krytykowany, wyszydzany i potępiany, tylko nie liczne grono jego adoratorów było w stanie zauważyć czające się w ramach jego obrazów piękno. I jak tu żyć? Jak znaleźć szczęście w świecie, w którym jest się niemile widzianym? Nie wiem, czy można, nie wiem czy jest to w ogóle możliwe. Jedyne co wiem, to to, że nigdy, choćby cały świat stanął przeciwko wam, nie można się poddawać. Nie można przyznać racji naszym dręczycielom. Nie można skończyć jak Vincent van Gogh! Jeżeli czegokolwiek miałaby nas nauczyć ta historia to właśnie tego - nigdy, ale to nigdy się nie poddawaj. Bo nie warto namalować tysiące pięknym obrazów, tylko po to, aby wpakować sobie kulkę w łeb.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Data: 2019-02-10 21:48:27

Autor: Morrigan

Uwielbiam malarstwo van Gogha. Muszę kiedyś sięgnąć po tę książkę.
Zaloguj się aby komentować.
2019-01-27 21:28:26
"Wałkowanie Ameryki" - Marek Wałkuski
Hey gusy!
Ostatnio uświadomiłam sobie jak bardzo lubię do Was pisać. Więc mam nadzieję, że Wy również lubicie "mnie" czytać ;D.

Bycie patriotą w żaden sposób nas nie ogranicza. Nie sprawia, że jesteśmy uzależnieni tylko do jednego państwa, a inne są poza naszym zasięgiem. Nie, można kochać wiele krajów i nie być uważanym za zdrajcę. Bo najważniejsze w byciu patriotą jest uważanie swojej ojczyny za swój dom, za który moglibyśmy oddać życie. Dlatego mogę śmiało powiedzieć, że kocham Polskę i Stany Zjednoczone. Nie jestem pewna kiedy dokładnie zaczęła się moja miłość do Stanów, ale wiem, że trwa już od dłuższego czasu. Niestety na razie nie mam możliwości pojechania do USA i na własnej skórze przekonania się, czy amerykański sen jest tak spaniały, jak wszyscy twierdzą... Więc staram się jak mogę stworzyć swoją własną amerykańską sielankę, która może mnie mentalnie przenieść do wspaniałego kraju zza oceanu.
Książki są kopalnią wiedzy na wszystkie możliwe tematy. Można z nich czerpać hektolitry wiedzy nie upuściwszy zapłaty. Mamy tyle możliwości, możemy się kształcić na tyle różnych sposobów; niestety często z nich nie korzystamy. Bo jak inaczej wytłumaczyć tak słaby stopień czytelnictwa w Polsce? Oczywiście wszystko można usprawiedliwiać lenistwem... W takim razie lenistwo to straszliwa choroba, która wymaga natychmiastowego leczenia; Wyobraźmy sobie świat wypełniony po brzegi erudytami. Miliony osób czytających książki, miliony osób mądrych i co najważniejsze brak ludzi głupich. Wiem, że to bardzo idealizowany świat, który nie ma prawa bytu, ale czasem warto pomarzyć o idealnej przyszłości, która (z niechęcią przyznaje) nie jest dobra. Więc wszystko sprowadza się to tzw. złotego środka, który wydaje się najwłaściwszym rozwiązaniem, ze wszystkich możliwych. Dlatego mamy ludzi bogatych i biednych, silnych i słabych, przeznaczonych do wyższych i niższych celów... Do czego to się sprowadza? A do zauważenia, że stereotypy są rzeczą niezwykle krzywdzącą. W końcu kiedy mówimy o jakimś narodzie, że jest głupi, to tym samym krzywdzimy naprawdę mądrych ludzi, żyjących w tym państwie. Niestety żyjemy w świecie, w którym stereotypy są wszechobecne i wyraźnie widoczne na każdym kroku. Nie potrafimy się wyzbyć pewnych uprzedzeń, nie potrafimy postrzegać każdego człowieka, jako indywidualną jednostkę, samodzielnie funkcjonującą w społeczeństwie... Lecz pomimo to muszę przyznać, że wszystko ma dwie strony medalu; więc nawet stereotypy postrzegane z pewnej perspektywy są dobre. Kiedy porównamy dziesięć pozornie podobnych do siebie osób, wychowujących się w tym samym środowisku, zauważymy pewne cechy i prawidłowości, które łączą porównywane jednostki. W tym doświadczeniu nie musimy uzyskać stuprocentowego wyniku, wystarczy nam taki, który przekracza pięćdziesiąt procent. Ponieważ owszem ludzie są różni i nieporównywalni; ale posiadają wiele cech wspólnych, które łączą i zbliżają ich do siebie. Dlatego mamy mężów, żony, przyjaciół, znajomych, czyli po prostu osoby z którymi lubimy przebywać, które choć w pewnym stopniu są w stanie nas zrozumieć, czy zaakceptować. Podążając dalej tym tropem możemy dojść do wniosku, że ludzie tworzący jeden naród mają cechy wspólne, możliwe do zaobserwowania. To nic zadziwiającego, ponieważ te osoby łączy wspólny język, kultura, historia... A jak mówi słynne przysłowie: "Z kim się zadajesz, taki się stajesz", czyli przesiąkasz wewnętrznie, tym co cię otacza. Dlatego można pisać książki o Polakach, Niemcach, czy Francuzach; nic nie stoi na przeszkodzie podzieleniem się ze światem swoimi obserwacjami na różne tematy. Warto jednak zauważyć, że Polak Polakowi nie równy - więc należy wziąć poprawę, z dużym marginesem na antropologiczne książki.
To w zasadzie był wstęp, który były niezbędnym elementem w recenzji dzisiejszej książki. Ostatnio skończyłam czytać interesujący reportaż o Ameryce. Był to pierwszy gatunek tego rodzaju, który miałam okazję przeczytać. Właściwie powieść Marka Wałkuskiego pt. "Wałkowanie Ameryki", to miejscami bardzo obiektywny zbiór informacji statystycznych, których nie znaleźlibyśmy tak szybko na Wikipedii. Mogłoby się wydawać, że język encyklopedyczny w żadnej książce nie jest mile widziany - w końcu to straszny, pełny zawiłych i pozbawionych ozdobnych sformułowań, sposób przekazania wiedzy. Lecz w tym wypadku specjalistyczne zwroty nie utrudniają zrozumienia przedstawionego tekstu. Ale na początek powiem co nieco o autorze tej zacnej powieści. Marek Wałkuski to znany polski dziennikarz, który przeniósł się na stałe, do Stanów Zjednoczonych i został korespondentem Polskiego Radia w Waszyngtonie. W swoje książce w zabawny i przystępny sposób opowiada o życiu, kulturze i ludziach żyjących w Stanach Zjednoczonych. Czasem aż trudno oderwać się od tej ciekawej powieści.
Lubić coś, to znaczy poznać i zrozumieć. Nie można lubić czegoś nie spojrzawszy na to z dwóch perspektyw. Bo albo się coś akceptuje w pełni, albo nie akceptuje się tego wcale. "Wałkowanie Ameryki" to moja druga przeczytana książka, odnosząca się stricte do Stanów Zjednoczonych. Pierwszą była wspaniała powieść Edwarda Rutherfurda pt. "Nowy Jork", którą miałam okazje recenzować... Poznałam już Stany Zjednoczone zarówno z tej dobre strony, jak i złej. Więc mogę z czystym sercem powiedzieć, że pomimo wszelkich wad i niesprawiedliwości tego kraju - uwielbiam go. Oczywiście nie poznałam jeszcze w stu procentach USA. O nie, moja droga dopiero się zaczyna. Ponieważ nie "wałkuje" się Ameryki raz, czy dwa. Robi się to wielokrotnie, powiedziałabym wręcz, że nigdy się nie przestaje. Bo Ameryka to kraj, który jest w ciągłym ruchu, który się cięgle zmienia i ewoluuję na wszystkich swych płaszczyznach. Ponadto każdy stan Ameryki, to odrębne Stany Zjednoczone, które w żaden sposób nie można porównywać z innymi... Amerykanie, w porównaniu do Europejczyków rzadko opuszczają swój kraj. Większość z nich nigdy nie była w Europie, czy choćby w sąsiadującej Kanadzie. To może dla nas wydawać się dziwne, sama byłam w kilku różnych krajach i nie mam zamiaru na tym poprzestać. Ale to tylko nasza perspektywa - i całe szczęście. Amerykanie twierdzą, że nie warto jechać zwiedzić świat, skoro to świat przyjeżdża do nich. To prawda, Stany Zjednoczone to kolebka wszelkich kultur i narodowości. Kiedy w Polsce normalną rzeczą jest mówienie po polsku, to w Stanach to już nie jest takie oczywiste. W wielomilionowych aglomeracjach wystarczy tylko pójść na spacer, aby doświadczyć kontrastów i różnorodności wszelkiego rodzaju. Dlatego o Amerykanach można by pisać wiele ksiąg, czy tekstów - wielomilionowy naród równa się wiele milionów tematów do poruszenia.
Tak więc z całego serca polecam Wam książkę Marka Wałkuskiego "Wałkowanie Ameryki". Gwarantuje, że zmniejszy ona dystans kilometrowy, jaki dzieli nas od Stanów, a przede wszystkim sprawi, że choć w większym stopniu zrozumiecie Amerykanów. Polecam.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2019-01-20 22:04:03
"Chłopiec z burzy"
Hey guys!
Miłego czytania i wieczoru, kochani ;D.

Każdy z nas podczas swojego życia kilka razy wybiera się w podróż. Niektóre miejsca, które odwiedzamy są dla na bardzo wartościowe, inne mniej. Lecz gdy stoimy u kresu swego życia przypominamy sobie tylko jedną podróż - tą która nauczyła nas żyć.
Filmy są niezwykłą formą przekazu. Mogą wzruszyć widza, wpłynąć na jego perspektywę postrzegania świata. Właśnie takie obrazy kinematografii są najlepsze; zazwyczaj dla wszystkich, niezależnie od wieku, czy płci. Właśnie do jednych z takich filmów zalicza się adaptacja książki Colina Thiele pt. "Chłopiec z burzy".
Michael wraz z tatą mieszkają na kompletnym odludzi, na australijskim wybrzeżu. Żyją w zgodzie z naturą, łowiąc ryby i spędzając przyjemnie letnie wieczory na czytając "Władce much". Pewnego dnia kilkuletni Michael znajduje trzy młode pisklęta pelikanów, których matki zginęły z rąk grasujących w pobliżu myśliwych. Chłopiec postanawia się zaopiekować porzuconymi na pastę losu ptakami. Wychowuje je, uczy latać i łowić ryby. Michael czuje się szczęśliwy mogąc mieć u boku swoich nowych przyjaciół... Wiele lat później Michael Kingsley powraca w rodzinne strony, by opowiedzieć wnuczce o przygodzie swojego dzieciństwa i płynących z tej historii wartości.
Był to ciekawy film kręcony z perspektywy starszego człowieka, który opowiada młodemu pokoleniu o niezwykłości i wspaniałości swoich czasów. "Chłopiec z burzy" jest dobrą pozycją dla fanów spokojnego, wzruszającego kina. Można w tym filmie znaleźć dobrą grę aktorską, wspaniałe krajobrazy, świetną muzykę i mądre, płynące z niego wartości. Więc jeśli macie ochotę wybrać się do kina, a nie wiecie na co moglibyście pójść, to ja polecam Wam ten film, który jest wspaniałą, a zarazem mądrą rozrywką.
Sam wątek życia na pustkowiu, z dala od reszty świata jest niezwykle interesujący. Rezygnacja z wygodnego miejskiego życia, na rzecz egzystencji w zgodzie z naturą i samym sobą, wydaje się wręcz nieprawdopodobna. Właściwie ja nie wyobrażam sobie, jak mogłabym wieść takie życie, jakie wiedli główni bohaterowie filmu... Ponad to sam fakt, że w swoim życiu zadowalali się tylko tym co niezbędne i potrzebne - jest już sam w sobie niezwykły. To zmusza do refleksji nad swoim życiem, pełnym konfliktów i niekończącej się pogoni za pieniądzem. Wydaje nam się, że wciąż mamy mało, że to co posiadamy nie jest wystarczające, do zapewnienia nam szczęścia. Uważamy tak, gdy tymczasem kilkuletni chłopiec i jego tata zadowalają się złowionymi rybami, i przyjaźnią ze znalezionymi pelikanami. Niezwykłe? Wiem, że ta historia nie jest prawdziwa, ale stanowi pewien niesamowity symbol, który pokazuje jak niewiele człowiekowi do szczęścia potrzeba. Wystarczy tylko miłość i wsparcie najbliższych, już jesteśmy w stanie przeżyć niejedną niebezpieczną burzę.
W obecnych, przepełnionych nowoczesną technologią czasach polecam Wam ogromnie adaptację książki Colina Thiele pt. "Chłopiec z burzy". Zobaczcie ten film, a przekonacie się, jak wiele macie, a jak niewiele tak naprawdę potrzebujecie. Polecam.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 3 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2019-01-13 17:54:07
"Tajemna historia" - Donna Tartt
Hey guys!
Jakże miło jest mi dzisiaj napisać dla Was recenzję książki, którą bezgranicznie pokochałam, już od pierwszy jej stron. Mam nadzieję, że po przeczytaniu tego wpisu również zachcecie ją przeczytać ;D.

Jest wiele sentencji na temat życia. Jedne z nich to sentymentalne zdania, pełne żalu i niespełnionych ambicji... Drugi typ to sentencje wyrwane wprost z przejaskrawionego świata pozytywizmu, czyli rzeczywistości, w której słońce nigdy nie zachodzi. Istnieje jeszcze trzeci rodzaj, ten najbardziej właściwy i najmniej spotykany; opowiadający wprost, że życie jest piękne i niezwykle trudne zarazem. W poszukiwaniu egzystencjalnego sensu życia człowieka, udało się już wielu mądrych ludzi tego świata. Jedni byli bliżej, a drudzy dalej nieodkrytej prawdy - a może wszyscy się mylili, bądź mieli racje... Jednak pomimo różnicy zdań, wydaje mi się, że wszyscy doszli do tej samej konkluzji: że łatwiej jest umrzeć, niż żyć. Oczywiście to wcale nie oznacza, że mamy się pozabijać - wręcz przeciwnie, podjąć trud wyzwania jakim jest życie i robić wszystko co w naszej moc, aby dobrze przeżyć ofiarowany nam czas. Wiem, że to nie lada wyczyn, ale wart jakiegokolwiek poświęcenia.
Czasem żałujemy podejmowanych przez nas decyzji. W konsekwencji tego musimy się zmagać z owocami naszych czynów - najczęściej nie są to jadalne, zdrowe owoce. Dlatego tak ważne jest świadome i dobrowolne przeżywanie naszego życia; aby u kresu swych dni móc powiedzieć: "Żyłem dobrze, w gruncie rzeczy niczego nie żałuję". Życzę nam wszystkich tych słów... Morderstwo, zabójstwo, śmierć. Gdybym zapytała Was jaki gatunek literacki kojarzy Wam się z tymi trzema słowami; pewnie nie musiałabym długo czekać na odpowiedź. Jednakże czasem powieść kryminalna nie jest tym, czym mogłaby się wydawać. Bo czy można nazwać książkę, w której bohaterowie są mordercami, kryminałem? Wydaje to się wykonalne, jednakże znacząco wykraczające ponad wszelkie stereotypy. Właśnie o tym będzie dzisiejsza recenzja - o "Tajemnej historii" Donny Tartt, czyli tak naprawdę o tajemnej historii morderców, którzy chcieli uciec wymiarowi sprawiedliwości.
Richard Papen zaczyna naukę w tajemniczej szkole w Nowej Anglii. Nie ma przyjaciół, ani żadnych znajomych. Postanawia dołączyć do grupy inteligentnych studentów filologii klasycznej. Niespodziewanie okazuję się, że owa ciekawa grupa skrywa wiele mrocznych tajemnic... Richard czasem zastanawia się czy nie popełnił błędu poznając swoich nowych przyjaciół. Jednakże jednocześnie wie, że nie chce się od nich w żaden sposób odsunąć; Zaczynają się niebezpieczne eksperymenty z alkoholem, narkotykami i seksualnością; w skutku czego dochodzi do morderstwa. Czy sprawcy mogą uniknąć konsekwencji dokonanego czynu? I czy możliwe jest, by morderstwo w żaden sposób nie zmieniło mordercy?
Długo miałam w planach przeczytanie tej książki. Zaciekawiła mnie od razu, kiedy tylko o nie usłyszałam, ale zawsze była w tzw. kolejce - nie wyjęta szczerze na światło dzienne. Powiedziałabym, że żałuję, że nie przeczytałam jej wcześniej, ale nie mogę tego zrobić, bo tak nie jest. Cieszę się, że sięgnęłam po nią właśnie w tym momencie, ponieważ to było to, czego obecnie bardzo potrzebowałam... Oczekiwania względem tej powieści miałam ogromne - słyszałam dużo pochlebnych opinii na jej temat. I niespodziewanie mogę powiedzieć, że wszystkie moje wymagania, nadzieje zostały (już dzięki pierwszym stroną) spełnione. To jest genialna książka. Mogę to przeliterować, wykrzyczeć, cokolwiek, byle tylko świat pokochał tę powieść. Bo ona naprawdę zasługuje by być kochana i uwielbiana. Zresztą sam napis na okładce głosi, że jest to jedna z najważniejszych powieści końca XX wieku. Zgadzam się z tym całkowicie, nic dodać nic ująć. W końcu przyznajcie, czy już sam pomysł nie jest genialny? Oczywiście, że jest, ale pozostaje wręcz niezauważany w chwale wykonania tej książki; "Donno Tartt twe słowa są jak miód na moje skaleczone serce. Nie mogłabym wyobrazić sobie lepszej powieści, niż tak, którą mi zafundowałaś. Mój język pisany nie jest w stanie nawet w połowie oddać tego, jak bardzo jestem wdzięczna za twe genialne dzieło. Pokazałaś mi, że czasem sprawiedliwość nie mierze się tylko miarą prawa. Że ludzie sumienie jest tworem doskonałym, które nie pozwala przejść obojętnie wobec popełnionego zła. Dziękuję Ci, że postanowiłaś skończyć i wydać tą długo pisaną książkę. Za Twój trud jestem Ci dozgonnie wdzięczna." Jeśli kiedykolwiek miałabym wysłać list do tej autorki, to jego fragment brzmiałby zapewne w ten sposób. Ale to nie tylko takie "gadanie", lecz najszczersza z możliwych prawd. Ta książka jest genialna, koniec kropka, nic tego nie zmieni.
Donna Tartt wykreowała bohaterów prawdziwych, pełnych wad i zalet. Richard, Henry, Camilla, Charles, Bunny, Francis, Morrow, a nawet Cloke, czy Judy to postacie, do których bardzo się przywiązałam, i które niezmiernie pokochałam. Cóż mam poradzić, że moje grono przyjaciół cięgle się powiększa... Jeżeli chodzi o akcje, to narastała ona w utworze stopniowo, wprowadzając swego rodzaju napięcie, które nie pozwalało ani na moment oderwać się od lektury. Ostatnie kilkanaście stron czytałam z autentycznym zdziwieniem wymalowanym na twarzy. Nie mogłam uwierzyć, że to wszystko dzieje się "naprawdę". Już dawno żadna książka tak mnie nie zaskoczyła. "Donno Tartt, ponownie dziękuję Ci za wzbudzeniu we mnie tak jawnych emocji. Dzięki Tobie jeszcze bardziej czuję, że żyję."
Podsumowując: niezmiernie polecam Wam książkę, którą po prostu w żadnym wypadku nie można przegapić; "Tajemna historia" autorstwa Donny Tartt to genialna powieść o tym jak łatwo jest zabić, a jak trudno jest żyć. Polecam.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Data: 2019-02-10 21:49:32

Autor: Morrigan

Kocham tę książkę <3
Zaloguj się aby komentować.
2019-01-07 19:04:17
Top 10 książek przeczytaych w 2018 roku
Hey guys!
Bardzo przepraszam, że wczoraj nie pojawił się żaden wpis, ale wiecie jak to czasami jest - urwanie głowy! Mam dla Was dzisiaj listę 10 najlepszych książek jakie przeczytałam w 2018 roku. Większość z tych powieści recenzowałam już na moim blogu, więc zainteresowanych odsyłam do wcześniejszych recenzji. Nie będę już dłużej przedłużać, bo pewnie zdążyliście się już przekonać, że mogłabym godzinami pisać/opowiadać o książkach.

1. "Rok 1984" - George Orwell
2. "Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz" - Lisa See
3. "Amerykańscy Bogowie" - Neil Gaiman
4. "Nowy Jork" - Edward Rutherfurd
5. "Wieża świtu" - Sarah J. Maas
6. "Gwiazd naszych wina" - John Green
7. "Żółwie aż do końca" - John Green
8. "I nie było już nikogo" - Agata Christie
9. "Moxie" Jennifer Mathieu
10. "Morderstwo w Boże Narodzenie" - Agata Christie

To tyle na dzisiaj. Mam nadzieje, że ten post zachęcił Was do przeczytania co najmniej jednej książki z tej listy. Miłego wieczoru, kochani ;D.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-12-30 21:59:20
Podsumowanie roku oraz "Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz" - Lisa See
Hey guys!
Miłych ostatnich dni tego roku.Mam nadzieję, że z radością przywitacie nadchodzący już wielkimi krokami 2019 rok ;D .

Zbliża się nowy rok. Czas postanowień, możliwość zaczęcia wszystkiego od nowa. Nie wiem czym dla Ciebie jest sylwestrowa noc, ale dla mnie wystrzeliwane kolorowe fajerwerki są symbolem nadziei i początku czegoś nowego...
Koniec starego roku to dla mnie również czas podsumowań. Zmierzenia się z nudnymi, aczkolwiek czasem potrzebnymi statystykami; Właśnie skończyłam ostatnią książkę, jaką przeczytałam w tym roku. Wiem, że mam przed sobą jeszcze jutro, ale nie łudźmy się - wśród sylwestrowych obowiązków i ogarniającej zabawy nie znajdę wiele czasu na czytanie. A więc z większą lub mniejszą dumą mogę powiedzieć, że w tym jakże długim, a zarazem krótkim roku przeczytałam 43 książki (nie wliczając w to, oczywiście lektur i innych nie z własnej woli wybranych powieści). Jest to o 6 książek mniej niż w tamtym roku, jednakże mam wrażenie, że wiele z przeczytanych w tym roku pozycji jest bardziej okazalsza. Ale nie podliczyłam jeszcze wszystkich przeczytanych stron, aby się o tym przekonać. Może nie wypada zliczać tego wszystkiego i na dodatek ogłaszać to szerszej publiczności; Lecz ja lubię wiedzieć na czym stoję i co osiągnęłam... Jednakże przejdźmy może do głównego tematu dzisiejszego wpisu, jaką jest powieści Lisy See pt. "Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz".
Nie wiem za dużo o kulturze chińskiej. Jakoś nigdy nie wydawała mi się równie interesująca, co amerykanistyka, czy tym podobne rzeczy. Ale książki znów na nowo uczą mnie, że podróże do innych, odległych krajów wcale nie wymagają mnóstwa starannie zgromadzonych pieniędzy; Ponieważ w zupełności wystarcza dobra książka i czas. "Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz" to powieści, którą nigdy nie odważyłabym się przeczytać, gdyby nie zmusiły mnie do tego okoliczności. W 2018 roku podjęłam się zrealizowania kilkudziesięciu wyzwań książkowych, które obejmowały powieści o różnych rodzajach i gatunkach literackich. Choć przeczytałam więcej książek, niż wymaga tego wyzwanie, to w niektórych wypadkach trudno było mi dopasować odpowiednią powieści do widniejącego hasła. Ale koniec końców dzisiaj mogę powiedzieć, że nie poddałam się i zrealizowałam wszystkie ustalone wcześniej wyzwania.
Książka "Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz" opowiada historię Lili, niegdyś ubogiej dziewczyny, która za sprawą drobnych i pięknych stóp zdołała odmienić swój z góry zaplanowany los. Nie należy za bardzo streszczać tej powieści. Ponieważ lektura jej staje się dla nas tym bardziej interesująca, kiedy kolejne przedstawione wydarzenia są dla nas jedną wielką zagadką. Z chęcią powiedziałabym, że dawno żadna książka nie wywołała we mnie aż tylu sprzecznych (ale jednak współgrających ze sobą) emocji. Jednakże nie mogę tak powiedzieć, ponieważ ostatnio przeczytałam jedną z najsłynniejszych książek Neila Gaimana, która również okazała się świetną powieścią, wartą przeczytania. Ale przejdźmy może do analizowania książki Lisy See. "Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz" to powieść niezwykła, inna niż wszystkie znane i popularne lektury. Kiedy czytałam tę książkę miałam wrażenie, że bezpowrotnie zanurzam się w wykreowanej rzeczywistości. A i myślę, że watro jeszcze o tej książce napomknąć, iż jest to powieści o kobietach, ich sekretnym piśmie oraz wewnętrznym świecie. Ukazana historia nie jest autentyczna, lecz mogła mieć miejsce w staroświeckich Chinach XIX wieku. Ten fakt sprawia, że ta książka nabiera jeszcze większego, głębszego sensu. Ponieważ teraz "Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz" można traktować również jako powieść dydaktyczną - uczącą o trudnym życiu kobiet sprzed trzystu lat. Mnie ta książka nauczyła naprawdę dużo, nie tylko o życiu, lecz przede wszystkim o ludzkich uczuciach i nieposkromionym pragnieniu miłości. Lisa See to amerykańska autorka chińskiego pochodzenia, która już od wielu lat zagłębia się w ciekawą kulturę dalekiego wschodu. Tutaj znowu mogę potwierdzić moją tezę, która mówi, że każda książka jest odzwierciedleniem duszy jej autora. Mogłabym jeszcze wiele mówić o tej jakże wspaniałej powieści. Ale czasem zbyt wieli potok słów jest zbędny - przecież morał emocjonalny płynie z jakości, a nie z ilości.
Podsumowując: powieści Lisy See pt. "Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz" to genialna książka o przeznaczeniu, miłości i bólu. Zagłębiając się w jej lekturze możemy poznać ciekawe sekrety i cel egzystencjalny życia człowieka; Obyśmy mogli oczami naszej wyobraźni stać się ptakami, wolnymi od wszelkich ograniczeń i trosk.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-12-23 23:24:21
Święta z "Riverdale"
Hey guys!
Wszędzie kolorowe lampki, pięknie ozdobione choinki, a ja Wam znowu ?gadam? o morderstwie. Cóż fanką kryminałów nie jest się tylko od święta?

Czasem zaskakuje mnie fakt, że słowa, które kiedyś powiedziałam są nadal aktualne. W końcu świat się zmienia, ja się zmieniam, a jak się okazuję niektóre prawdy pozostają ciągle obecne w naszych sercach... Mówiłam, że z każdej książki możemy się czegoś nauczyć. Właściwie to zdanie odnosi się również do wielu innych rzeczy, np. do filmów, czy seriali. Próbuje sobie wmówić, że nie zmarnowałam swojego cennego czasu, że to mnie nie zmieniło. Nie jestem tego pewna... Ale może zacznijmy od początku.
Kilka dni temu nie czułam się zbyt dobrze, miałam gorączkę i takie tam. Chciałam zobaczyć jakiś film, a właściwie to miałam ochotę na serial. Jeżeli chodzi o seriale, to muszę przyznać, że nie mam o nich najlepszego zdania. Uważam, że oglądanie ich, to zazwyczaj strata czasu, niekonstruktywne odcięcie się od rzeczywistości. Ta odmiana kinematografii zazwyczaj ciągnie się w nieskończoność. Gdy słyszę, że jakiś serial ma osiem sezonów, po kilkanaście odcinków każdy, to już nie mam ochoty go oglądać. Przyznaję, że wyznaję zasadę: krótko, a dobrze. Ale pomimo to znam kilka naprawdę dobrych seriali, które nie są kompletną stratą czasu; moja przyjaciółka (serialowa maniaczka) poleciała mi serial "Riverdale" - sama go nie oglądała, ale słyszała od swojej koleżanki, że fajny. Więc pomyślałam sobie zobaczę, czemu nie. Okazało się, że serial liczy trzy sezony, którego pierwszy odcinek został wyemitowany w Polsce 27 stycznia w 2017 roku.
"Riverdale" to amerykański serial młodzieżowo-detektywistyczny, opowiadający historię niewielkiego miasteczka w Stanach Zjednoczonych, w którym doszło do morderstwa. Grupa starych i nowych przyjaciół stawia postanawia odkryć tożsamość mordercy. Sprawa zaczyna się coraz bardziej komplikować, na światło dzienne wychodzą starannie ukrywane sekrety i tajemnice; w tak małym miasteczku jak Riverdale każdy jest podejrzany, a morderca czai się tuż za rogiem, gotowy za wszelką cenę powstrzymać przebieg śledztwa.
Nie wiem co mam Wam powiedzieć o tym serialu. Za wiele nie mogę zdradzić, nie chciałabym nikomu psuć zabawy. Dlatego więc skupię się bardziej na moich emocjach, niż na przebiegu akcji. Zacznijmy od tego, że zobaczyłam pierwszy sezon w trzy dni - tak wiem to nienormalne; co choroba może robić z ludźmi! Znacząco przesadziłam, zdaje sobie z tego sprawę, ale to niezbity dowód na to, że ten serial nie jest taki zły - w końcu niesamowicie wciąga. Pierwsze cztery odcinki "Riverdale", to było coś (była tzw. moc). Jednakże później była miała miejsce tendencja spadkowa. Dopiero ostatnie trzy odcinki pokazały mi, że jednak jest dobrze, a miejscami nawet bardzo dobrze. Zakończenie pierwszego sezonu było lepsze, niż się na początku spodziewałam. Oczywiście uważam, że lepiej by było, gdyby na sezonie pierwszy się ta cała przygoda skończyła - nienawidzę ciągnących się w nieskończoność seriali - ale z ciekawości zobaczę drugi sezon, może także trzeci. W "Riverdale" może spotkać rzeszę różnorodnych bohaterów. Nie ma tutaj wyraźnego podziału na dobrych i złych - każdy ma coś do ukrycia, każdy jest podejrzany. Moją ulubioną postacią jest Jughead Jones, czyli nietypowy chłopak piszący powieść o badanym zabójstwie. W niektórych scenach serialu przytaczane są jego zapiski, które tworzą Jugheada narratorem opowieści.
"Riverdale" to serial obyczajowy z wątkiem kryminalnym w tle. W tym serialu dzieje się dosłownie wszystko - zakazane romanse, samobójstwa, niespodziewane morderstwa... Pytanie tylko, czy jest to wszystko smaczne i właściwe. Niestety nie. Ten serial ma wiele wad, których nie sposób przeoczyć. Po pierwsze: niezgodności fabułowe. Po drugie: nierzeczywiste uczuć głównych bohaterów. Oraz po trzecie: obecność oklepanych schematów i wzorców. Punkt pierwszy i drugi są ze sobą bardzo związane, ponieważ przejaskrawienie uczuć wynika z niedopracowania fabuły. Czasami miałam wrażanie, że ten serial kręciły dwie osoby, które napisały dwa zupełnie inne scenariusze. Jeżeli chodzi o punkt trzeci, to nie jestem wcale nim zdziwiona. Trudno w dzisiejszych czasach wymyślić coś oryginalnego, niepowtarzalnego. Ale cóż zawsze można było się bardziej postarać... Odnośnie aktorów, to nie grali oni źle. Wydaje mi się, że ten serial to ich pierwsze role, ich początek na długie zjadliwej aktorskiej drodze. Bądźmy więc wyrozumiali, w końcu każdy kiedyś zaczynał. Zostało jeszcze nam najważniejsze pytanie: Czy będę kontynuować oglądanie? Jak napisałam wcześniej muszę zrobić sobie przerwę, ale za jakiś czas kto wie!
Podsumowując: serial "Riverdale" to historia o spokojnym mieście, w którym nagle, niespodziewanie rozpętało się piekło. To również opowieść o miłości, zdradzie, czy relacjach międzyludzkich? Jeśli chcesz poznać prawdę o Riverdale, to musisz najpierw zanurzyć się w jej ciemnym, niczym woda nocą, obliczu. Jednakże nie gwarantuję, że wyjdziesz z tej potyczki zwycięsko...

Ps: Wesołych świąt!

Pss: Nie napisałam nic świątecznego, ponieważ moim zdaniem to zbyt oklepane ? o świętach powinno się pisać nie tylko od święta!

Psss: Dużo prezentów i książek! ;D :D ;D
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-12-18 20:20:34
"Moxie" - Jennifer Mathieu
Hey guys!
Przepraszam, że w sobotę nic nie dodałam, ale miałam strasznie dużo roboty przy dekorowaniu pierników. Od teraz kolejne posty będą się pojawiać w każdą niedzielę. Miłego wieczoru, kochani! ;D

Trudno opisać człowieka jednym słowem. Wydaje się nawet, że to rzecz niewykonalna. W końcu jak można znaleźć określenie, które zdefiniowałoby kogoś, kto ma wiele twarzy, czy umiejętności... Choć zamiast tego można, za pomocą jednego słowa przypisać człowieka do danej grupy osób. Na przykład kiedy powiem kłamca, to już w naszej głowie zaczyna się kształtować pewien pogląd o tej osobie. A przecież wiemy o tym człowieku tylko jedno określenie, jeden rzeczownik, który znaczy dla nas o wiele więcej, niż mogliśmy na początku przypuszczać. To świadczy o naszych uprzedzeniach, które są niczym archetyp ? mocno w nas zakorzenione.
Prawa wyborcze dla kobiet. Równouprawnienie. To słowa, które jeszcze w ubiegłym wieku wywołałyby wiele kontrowersji. Na szczęście w dzisiejszym świecie kobieta i mężczyzna zajmują równorzędne miejsce. Choć niestety muszę przyznać, że taki stan rzeczy nie obowiązuje we wszystkich państwach. Mówię, niestety, ponieważ uważam, że to rzecz oczywista, która powinna panować już od wieków. Może moje zdanie nie będzie szczególnie wiarygodne, bo jestem dziewczyną, ale tak powinno być, koniec kropka. Istnieje szczególne słowo, które opisuję dziewczynę, walczącą z męską dominacją - seksizmem. Feministka - osoba działająca na rzecz kobiet; feminizm - ideologia, kierunek polityczny, ruch społeczny związany z równouprawnieniem kobiet. Ktoś kiedyś powiedział, że każda kobieta jest feministką. To prawda, chociaż nie każda kobieta angażuje się w działalność tej grupy. Można być biernymi feministami - trwać w swych przekonaniach - albo czynnymi feministkami - walczyć o prawdę i szerzyć swoją działalność... Każdy słyszał o feminizmie. To pojęcie bardzo znane i powszechnie używane w dzisiejszych czasach. Do tej pory nie miałam jeszcze okazji czytać żadnej książki poświęconej feminizmie. Dlatego kiedy usłyszałam o powieści "Moxie" autorstwa Jennifer Mathieu, opierającej się właśnie na tej tematyce, od razu zapragnęłam ją przeczytać. Uważałam, że ta książka wzbogaci moją wiedze i utwierdzi w przekonaniu, że warto być feministką. Moje przypuszczenia okazały się trafne, ponieważ ta powieść okazała się tak dobra, jak oczekiwałam...
Vivian Carter to grzeczna uczennica East Rockport High School. Lecz Viv nie chce dalej być grzeczna. Dziewczyna nie potrafi już dłużej znosić zachowania chłopców z jej szkoły, którzy robią co im się żywnie podoba. Głupie żarty i "zabawy" sprawiają, że dziewczyny z East Rockport są zepchnięte na drugi plan. Viv ma dość seksistowskich kontroli ubioru, molestowania na korytarzach, oraz wszechobecnych stereotypów. W ramach protestu tworzy feministyczną gazetkę - Moxie, która ma zachęcić inne dziewczyny do walki. Wkrótce okazuje się, że Vivian zapoczątkowała rewolucje, którą nie da się już zatrzymać.
"Moxie" to debiutancka powieść Jennifer Mathieu, autorki, która uczy w liceum języka angielskiego i stale lansuje hasło: "Rewolucja zaczyna się w szkole". To kolejny przykład na to jak bardzo pisarz uosabia się ze swoją powieścią... "Moxie" to lekka, przyjemna książka młodzieżowa. Jennifer Mathieu posługuje się prostym, młodzieżowym językiem, który sprawia, że czytelnik odczuwa silną więź z bohaterami powieści. Akcja książki ma charakter emocjonalny. Bowiem nie mamy tutaj do czynienia z morderstwami, czy zamachami stanu, lecz z walką o równouprawnienie i prawa dla dziewczyn z East Rockport High School. Główna bohaterka, Vivian to zwyczajna dziewczyna, tak sama jak Ty, czy ja. Odróżnia ją od innych fakt, że ona pomimo wszystko zdecydowała się walczyć o wspólne prawa. Vivian jest dobrze wykreowaną postacią, która ewoluuję na kartach powieści... Na początku, kiedy czytałam tę książkę nie byłam co do niej w stu procentach przekonana. Myślałam, że to taka zwyczajna głupiutka powieść młodzieżowa. Na szczęście myliłam się. Ponieważ kiedy naprawdę weszłam do rzeczywistości dziewczyn z East Rockport, miałam wrażenie, że ich problemy stają się moimi problemami. Zżyłam się z głównymi bohaterkami i kibicowałam ich sprawie. Zakończenie książki może i było nieco przewidywalne, ale nie zawiodło mnie. Ponieważ dało mi siłę i wiarę w to, że życie zawsze może być lepsze, niż jest.
Ta książka nie sprawiła, że zaczęłam się nazywać feministką. Owszem każda dziewczyna nią jest, i ja również, ale nie mogę powiedzieć, że przynależę, czy angażuję się w tą sprawę. Lecz u mnie wszystko przychodzi z czasem. "Moxie" dało mi podłoże emocjonalne, fundamenty; aby stać się pełnoprawną feministką potrzebuje jeszcze jakiegoś zdarzenia, które przemówiłoby do mojej duszy i sprawiło, że poczułabym wewnętrznie, że przynależę do stale walczącej grupy dziewcząt. Bo chociaż w Polsce i wielu innych krajach kobietom przysługuję prawo wyborcze, to w niektórych rejonach świata, niestety nadal mężczyźni rządzą kobietami. Ale ten fakt sprawia, że jest coś, o co warto walczyć.
Podsumowując: książka "Moxie" autorstwa Jennifer Mathieu, to feministyczna powieść o walce, nadziei i wewnętrznej mocy, którą posiada każda kobieta; bo czasem potrzeba tylko iskry do rozniecenia pożaru, którego nie sposób już ugasić.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-12-11 20:06:52
"I nie było już nikogo" - Agata Christie
Hey guys!
Dzisiaj chciałbym Was za coś przeprosić. Pewnie zauważyliście, że nie raz w moich postach pojawiają się błędy, które aż kują Wasze wrażliwe na poprawną polszczyznę oczy. Nie mówiłam o tym wcześniej, ale jestem dyslektykiem. Myślę, że przypadki takich osób są Wam dobrze znane; na pewno jest w Waszej klasie co najmniej jeden dyslektyk - nasze grono się z roku na rok poszerza. Staram się jak mogę pisać w miarę poprawnie, ale często moja dysleksja bierze górę nad moimi chęciami. Na pewno napiszę kiedyś więcej o mojej "przypadłości", ale teraz chciałbym prosić Was o zrozumienie mojej niepoprawności językowej. Więc miłego czytania kochani, mojego (mam nadzieje) pozbawionego błędów wpisu ;D.


Sprawiedliwość. To takie proste słowo, a może przysporzyć tak wiele kłopotów i nieporozumień. Można by powiedzieć, że każdy z nas poszukuję sprawiedliwości, w tym niesprawiedliwym świecie. Kiedyś uważałam, że ten brak "równości" jest oburzający, w końcu jak to tak może być! Czy każdy nie powinien być tak samo mądry i bogaty? Nie. Ponieważ gdyby tak było wszyscy byli by tacy sami. To był by nudny świat, w którym każdy byłby tak samo szczęśliwy i nieszczęśliwy zarazem... Często również możemy spotkać się z sytuacją, w której to my chcemy wierzyć komuś sprawiedliwość, bo uważamy to za właściwe. Lecz my nie jesteśmy Bogiem, więc nie możemy określić co jest dobre, a co złe. Jak wcześniej zauważyłam życie nie jest sprawiedliwe, a człowiek pomimo to poszukuje czegoś, co mogło mu w pewien sposób zrekompensować to, co czego nie ma. Wymierzanie sprawiedliwości to swego rodzaju chęć zaserwowania komuś takiej samej rzeczy, jakiej my doświadczyliśmy.
Poruszyłam dzisiaj temat sprawiedliwości, ponieważ chciałabym Wam dzisiaj opowiedzieć o powieści Agaty Christie, w której główną rolę gra właśnie sprawiedliwość. Mowa tu oczywiście o słynnej książce autorki pt. "I nie było już nikogo".
Książka opowiada historię dziesięciu osób, które zostają zaproszone na tajemniczą Wyspę Żołnierzyków. Gdy dwie z nich padają ofiarą zadziwiającego zbiegu okoliczności, który kończy się ich śmiercią, pozostali goście uświadamiają sobie, że wśród nich czai się morderca. I to nie byle jaki! Ponieważ morderstwa nie są przypadkowe, następuję wedle kolejności opisanej w dziecięcym wierszyku. Osiem osób zostaje uwięzionych na wyspie. Odcięci od reszty świata goście wiedzą, że zabójcą jest wśród nich i już planuje swój następny krok.
To już nie pierwsza książka Agaty Christie, jaką miałam okazję przeczytać. Miałam do czynienia z wieloma powieściami tzw. królowej kryminałów, i muszę powiedzieć, że "I nie było już nikogo" to jedna z najlepszych czytanych przeze mnie jej powieści. To była krótka, treściwa, wciągająca powieść o ludziach, którym udało się wywinąć największej ziemskiej bestii sprawiedliwości, jakim jest prawo. Ponownie oskarżeni bohaterowie muszą zmierzyć się z prawdą, którą często odsuwali do siebie latami. Czy ktoś z nich przeżyje? Czy może powieści skończy się słowami "I nie było już nikogo"? Te pytania to główna geneza tego utworu, która prześladuje nas przez wszystkie kartki powieści. Ponieważ aż do ostatnich stron nie wiemy, kto jest sprawcą tego całego wydarzenia. Agacie Christie nie można zarzucić wiele, a już na pewno nie można podać pod wątpliwość zakończeń jej książek. Każde z nich jest genialne, każde z nich zaskakuję w różnym stopniu czytelnika. "I nie było już nikogo" to doskonały przykład powieści kryminalnej, która wyprowadza odbiorcę w pole, licząc na to, że nie odgadnie zaplanowanego wcześniej zakończenia. W tym wypadku założenia okazały się słuszne, ponieważ nie sposób przewidzieć, tego co wydarzyło się na końcu tej książki. Na początku lektury powieści wydawało mi się, że wszystko wiem, że moje podejrzenia są uzasadnione i trafne. Och jak bardzo się myliłam! Autorka specjalnie umieściła na początku książki tą dziecięcą rymowankę o dziesięciu żołnierzykach, w takt której miały miejsce umyślne zorganizowane morderstwa. Rymowanka kończy się słowami "...i nie było już nikogo"; naprowadza to nas na rozgrywane wydarzenia. Tak więc przez całą powieść mamy wrażenia, że wiemy, co na chwilę nastąpi, a gdy dzieje się mniej więcej jak przewidywaliśmy, to i tak jesteśmy zaskoczeni. Jak ty to robisz Agato, że ciągle mnie zaskakujesz? To pytanie, na które nigdy nie uzyskam odpowiedzi, ale nie musimy wszystko w życiu wiedzieć.
Podsumowując: książka autorstwa Agaty Christie pt. "I nie było już nikogo", to powieść kryminalna o sprawiedliwości, ludzkiej bezsilności i oczekiwaniu na to, co nieuniknione. A więc "Momento Mori" i ciesz się każdym dniem w tym niesprawiedliwym świecie?
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 4 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Data: 2019-02-10 21:52:58

Autor: Morrigan

Moja ulubiona książka Agathy Christie. Bardzo polecam też miniserial pod tą samą nazwą z 2015 roku :D
Zaloguj się aby komentować.
2018-12-08 11:20:45
"Skąpiec" - Molier
Hey guys!
Jak Wam życie mija? Mi wspaniale, w rytmie świątecznych piosenek, które już od początku grudnia wprowadzają mnie w świąteczny nastrój. Miłego czytania, kochani ;D.


Mamy grudzień. Święta zbliżają się wielkimi krokami. To czas, który kojarzy mi się z bezinteresownym uśmiechem, dobrocią, kolorowymi światełkami, przepysznymi piernikami i moją rodziną. Za to tak bardzo kocham grudzień i już u jego początku chcę śpiewać "Last Christmas"... Lecz dzisiaj mam dla Was recenzję książki, która jest idealnym antonimem dobroci i bezinteresowności. Miałam ostatnio okazję przeczytać sławną francuską komedię z 1668 roku pt."Skąpiec". Jak się niedawno przyznałam, nie czytam zbyt dużo dramatów. Moja przygoda z książkami kręci się głównie wokół prozy. Jednakże warto próbować czegoś nowego i sięgać po takich klasycznych pisarzy jak Molier, czy Szekspir. Czytając książkę byłam nieco do niej uprzedzona, ponieważ wiedziałam wcześniej, że jest to komedia. A komedie w formie dramatu (jakie do tej pory czytałam) może i mogłyby być zabawne w praktyce (na scenie), lecz na papierze przedstawione sceny były sztuczne i pozbawione humoru. Na szczęście "Skąpiec" wyłamał się z tego przeklętego kręgu nie śmiesznych komedii.
Akcja dramatu rozgrywa się w XVII wieku we Francji. Głównym bohaterem jest tytułowy skąpiec - Harpagon, ojciec Elizy i Kleanta. Harpagon to starszy mężczyzna, który ponad wszystko w swoim życiu ceni pieniądze. Jest jak spostrzegawczy Niuchacz, który lgnie to wszelkich błyskotek i wartościowych przedmiotów. Skąpiec postanawia się wzbogacić. Chce powtórnie się ożenić, lecz nie z miłości, tylko chęci pozyskania posagu przyszłej panny młodej. Jego wybranką jest Marianna, młoda dziewczyna z okolicy. Niestety Kleant zadurzył się już wcześniej w Mariannie, która jest przychylna jego zalotom. I tu rozpoczyna się wielka walka, pomiędzy bezinteresowną miłością, a niemającym granic skąpstwem.
Utwór Moliera, a właściwie Jeana Bapista Poquelina jest bardzo przerysowanym obrazem ludzkich wad i zalet. Autor w niezwykle zabawny sposób ukazuję absurdalne zachowanie głównego bohatera. Bo czy można jeszcze bardziej służyć mamonie, niż czynił to skąpiec, wywyższając ją ponad wszelką miarę? Harpagon to świetnie wykreowana postać, która nie jest realną osobą, lecz uosobieniem chciwości i głupoty ludzkiej. Bo jaki ma sens gromadzenie dóbr ludzkich dla samego ich gromadzenia, bez konkretnego celu i zamiaru? To nie ma sensu. To jest chciwości, głupota, szaleństwo! Molier swym dramatem chciał uświadomić ludziom jak absurdalne są ich zachowania. W końcu po co chcieć więcej, skoro ma się już tyle, ile trzeba. Jean Bapiste Poquelin żył w XVII wieku i wiedział to. A my żyjemy w XXI wieku i nie raz o tym zapominamy. To niepodważalny dowód na to, że chociaż świat się zmienia, to ludzie w dużej mierze pozostali tacy sami, jacy byli kiedyś.
Ostatnio zastanowiła mnie jedna rzecz. Otóż, kiedy jakaś książka osiągnie sukces, to zazwyczaj potem zostaje zekranizowana. Dlaczego? Czyżby wybitne arcydzieło na papierze nie wystarczało? Mówi się, że gdy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniędzy. Bardzo możliwe, że i w tym wypadu reżyserzy filmów liczą na to, że przyciągną licznych fanów słynnej powieści. Ale czy naprawdę ludzie są tak płytcy i poszukują wszędzie, niczym skąpiec zysku? Mam nadzieje, że nie... Lecz porzucimy na chwilę sprawy finansowe i zastanówmy się nad jeszcze jakimś powodem ekranizowania książek. Świat kinematografii jest bardziej rozwinięty i popularny niż świat książek. Więc jeśli jakaś nie zbyt popularna książka zostanie przeniesiona na ekrany kin, to tym samym zyska większą popularność i rzeszę fanów. A to powoduję, że większa liczba osób może być zaznajomiona z zawartym wartościowym przekazem tej powieści. Może również okazać się, że powstały film będzie lepszy od książki. Że lepiej wykorzysta potencjał wykreowanego świata. Taka sytuacja zdarza się bardzo rzadko, lecz nie jest niemożliwa. Dlaczego o tym mówię? Dlatego, że chciałam zwrócić uwagę na pewne aspekty zanim przejdę do krótkiej recenzji filmu "Skąpiec", który miałam okazję ostatnio zobaczyć. Sztuka Moliera doczekała się najpopularniejszej ekranizacji z 1980 roku z udziałem sławnego francuskiego aktora Louisa de Funesa. Gdyby nie on ten film nie byłyby nawet w połowie tak dobry, jaki jest. Louis de Funes dzięki swej wspaniałej mimice twarzy nadał Harpagonowi zupełnie inny charakter, niż przypisał mu Molier. To zadziwiające jak wiele ten film zawdzięcza właśnie temu aktorowi. Przez niego "Skąpiec" był prawdziwą komedią, na której wprost nie można się nie śmiać. Oczywiście książka również była zabawna, lecz nie było w niej Louisa de Funesa, który mógłby swą grą skutecznie bawić publiczność.
Podsumowując: książka i film pt. "Skąpiec", to świetna rozrywka dla każdego, która zawiera wartościowe treści, z którymi warto się zapoznać; Pamiętajmy o bezinteresownej dobroci i miłości, abyśmy nie byli jak skąpiec, który ma dużo pieniędzy, lecz naprawdę wartościowych rzeczy niewiele.

Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 3 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Data: 2019-02-10 21:55:51

Autor: Morrigan

Scena w której Louis de Funes udaje, że nie widzi zakonnicy zbierającej na ofiarę jest bezcenna :D
Zaloguj się aby komentować.
2018-12-04 21:56:30
"Wojenna burza" - Victoria Aveyard
Hey guys!
Wiecie, że już zaczął się grudzień? Jak ten czas leci...
:D

W końcu nadszedł ten dzień, w którym mogę powiedzieć Wam, że skończyłam czytać tą jakże długaśną książkę. Długo mi to zajęło, przyznaję, zapewne spodziewacie się usłyszeć ode mnie słowa w stylu: "było warto", czy tym podobne bzdury. Niestety nie mogę Wam tego powiedzieć o tej powieści...
Jakiś czas temu miałam okazję być na 22 Międzynarodowych Targach Książek w Krakowie. Tam udało mi się zdobyć autograf od popularnej autorki książek młodzieżowych Victorii Aveyard. Pisarka przyleciała do Polski promując swoją najnowszą powieść pt. "Wojenna burza". Kupiłam tą książkę w głównej mierze po to, aby mieć w niej autograf. Więc kiedy już go dostałam stwierdziłam, że głupio by było, żeby ta książka leżała sobie nieprzeczytana na półce. Zabrałam się za nią i jakoś przebrnęłam przez to ponad siedmiuset stronicowe tomisko. Miejscami nie było łatwo, ale trzymałam się mojej odwiecznej zasady, aby nie porzucać na wpół przeczytanych książek. Niestety powieść jest niczym urwisko. Gdy się na nie wdrapiesz, lecisz gwałtownie w dół.
"Wojenna burza" to czwarty i ostatni tom serii "Czerwona królowa". Główną bohaterką powieści jest osiemnastoletnia Mare Barrow. Dziewczyna o czerwonej krwi posiadająca nadzwyczajną umiejętność władania błyskawicami. Mare jest mostem pomiędzy dwoma braćmi - nieokiełznanym Mavenem i dobrym z usposobienia Calem. Królestwo Norta będące pod panowaniem młodszego z braci Calore chyli się ku upadkowi. Trwająca woja domowa tworzy nieodwracalne szkody na Srebrnych, Czerwonych i Nowych. Mare musi zmierzyć się ze swoim przeznaczeniem - powstać sama przeciwko wszystkiemu.
Czytałam pozostałe tomy serii ponad dwa lata temu. Kto by przypuszczał, że dwa lata mogą tak wiele zmienić w człowieku... Pamiętam, że pierwszy jak i drugi tom szalenie mi się podobał. Victoria Aveyard wykonała kawał dobrej roboty, tworząc spójne, trzymające w napięciu powieści. Na trzeci tom musiałam czekać kilka miesięcy, podczas których moje emocję związane z tą książką znacząco opadły. Więc kiedy zabrałam się za "Królewską klatkę" musiałam na nowo wejść do świata wykreowanego przez autorkę. To nie była już tak dobra książka, jak jej poprzedniczki. Owszem, przyznaje nie było źle, lecz mogło być zdecydowanie lepiej. Natomiast "Wojenna burza" prezentuję się znacznie gorzej w porównaniu do poprzednich tomów serii. Nie wiem, czy przyczyną tego jest faktycznie słabszy poziom tej powieści, czy może to ja przez te dwa lata zmieniałam się na tyle, że to co kiedyś wydawało mi się fajne, już takie nie jest. Wydaję mi się, że obie rzeczy wpłynęły na moją opinie o tej książce. "Wojenna burza" jest zdecydowanie za długa. Pełną w niej niepotrzebnych wątków i opisów, które przynudzają czytelnika. Akcja powieści rozwija się bardzo powoli, ale kiedy już dochodzi do punktu kulminacyjnego całej serii, spotyka nas rozczarowanie. To właśnie wtedy spadamy z urwiska; po tym upadku nie potrafimy wspiąć się na nowo, na rozpościerający się przed nami szczyt. Tak bardzo zabrakło mi tego w tej książce. Ponieważ ta powieść praktycznie nie ma zakończenia, a przynajmniej nie ma w niej tego czegoś co bezpowrotnie odwraca losy przedstawionego świata. W takcie czytania książki były momenty, które naprawdę mnie zaskoczyły i zaciekawiły. Niestety były to nieliczne fragmenty tej powieści.
Muszę przyznać, że pomimo wszystko (prawię) nie żałuję przeczytania tej książki. Była to pierwsza powieść, którą czytałam mając cały czas przed oczami twarz autora, którego spotkałam. Czy zmienia to mój stosunek do książki? Nie do końca... Ten fakt uświadomił mi jedynie, jak bardzo pisarze są związani z tekstem, który piszą. Powieść, którą tworzą jest ściśle związane z ich osobowością, przekonaniami, czy przeżytymi wydarzeniami. Pisarze nie są tylko autorami swoich powieści - oni są tą powieścią. Wiem to, ponieważ "Wojenna burza" stanowi bardzo adekwatny obraz Victorii Aveyard. Może moje zdanie nie jest poparte jakimiś niepodważalnymi argumentami, ale takie wyciągnęłam wnioski po przeczytaniu książki i spotkaniu autorki.
Myślałam kiedyś, że kiedy poczyni się pewne postępy intelektualne, to już nie można się cofnąć, że to bilet w jedną stronę. Myliłam się. Czytając "Wojenną burzę" miejscami miałam wrażenie, że znów jestem tą głupiutką trzynastolatką - nie żebym teraz była mądra... Okazuje się, że pewne schematy są w nas zakorzenione. Możemy w każdej chwili do nich wrócić, jeśli tylko odnajdziemy prawidłową drogę. Ale lepiej, żeby już na zawsze pozostała ona dla nas ukryta. Bo nie ma nic gorszego od cofania się, kiedy możemy iść do przodu.
Jednak "Wojenna burza" nie była aż taką stratą czasu. Uświadomiłam to sobie, kiedy przypomniały mi się moje własne słowa: "Z każdej książki możemy się czegoś nauczyć. Niezależnie od tego, czy wybrana przez nas powieść będzie dobra, czy zła. Ponieważ z dobrej czerpiemy wszystko tak jak leci, a ze złej odwracamy przekazywane "wartości", tak aby nie patrzeć na nie, jakby były odbite w krzywym zwierciadle." To tylko taka symbolika, która wyraża prawdę optymistycznego patrzenia na świat. Podążając tym tropem natrafiłam w powieści na jedną ciekawą rzecz. Mianowicie "Wojenna burza" po raz wtóry uświadomiła mi jak duży wpływ w naszym życiu mają podejmowane przez nas wybory. Jak ważne jest dokonywanie właściwych decyzji, które mogą nam zapewnić szczęśliwe i godne życie.
Podsumowując: książka Victorii Aveyard pt. "Wojenna burza" to powieści, którą raczej nie byłabym skłonna nikomu polecić. Jednakże zawsze można z niej czerpać pewne treści, które są warte poświęconego im czasu.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 3 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-12-01 23:02:13
"Teoria wszystkiego"
Hey guys!
Dzisiaj mam dla Was recenzję filmu. Mam nadzieję, że Wam się spodoba. Miłego czytania, kochani ;D.


Wiem, że ostatnio mój blog nie przypomina typowo książkowego blogu. Staram się umieszczać jak najwięcej recenzji książek, które w ostatnim czasie czytałam. Problem tkwi w tym, że już od kilku tygodni "męczę" się z jedną powieścią, którą nie miałam jeszcze czasu skończyć. Wiem, że mogłabym napisać coś odnoście książek, które już kiedyś przeczytałam. Ale nie chcę tego robić, ponieważ emocję jakie czułam po przeczytaniu lektury już dawno opadły, a zasypywanie Was nieaktualnymi recenzjami nie miało by sensu. Więc mój blog przeradza się w stricte popkulturowego bloga. Chociaż, gdyby spojrzeć na to z innej perspektywy, to rzeczywiście kategoria, która mi przysługuję jest nadal aktualna. Bo czy życie nie przypomina niedokończonej powieści, która każdego dnia tworzy coraz to nowsze rozdziały?
Już od dawna chciałam zobaczyć pewien film. Ale jakoś nie miałam za bardzo czasu, aby po niego sięgnąć. Dzisiaj w końcu nadarzyła się okazja, aby zobaczyć popularny film z 2014 roku pt."Teoria wszystkiego". Po raz pierwszy słyszałam o tym filmie kilka lat temu, ale wtedy nie przyciągnął on zbytnio mojej uwagi. I nigdy teraz nie odkryłam bym go na nowo, gdyby nie aktor, który w nim gra. Eddie Redmayne nie zostałby jednym z moich ulubionych aktorów gdyby nie jego rola w "Fantastycznych zwierzętach", ale ten film sprawił tylko, że byłam jego ciekawa, że postanowiłam zapoznać się z jego biografią na wikipedii. Tak o to natrafiłam na "Dziewczynę z portretu". I to dopiero był film! Od tego czasu przepadłam. Wprost uwielbiam Eddiego, jego świetną grę aktorską i filmy w których gra.
"Teoria wszystkiego" to biograficzny film o znanym fizyku Stephenie Hawkingsie. To postać, której nikomu nie trzeba przedstawiać. Osoba, która pomimo wszelkich przeszkód i przeciwności losu dokonała odkryć na skalę światową. Stephen Hawking zmarł niedawno, bo 14 marca tego roku. Przez prawie całe swoje życie fizyk zmagał się z rzadką chorobą, jaką jest stwardnienie zanikowe boczne. "Teoria wszystkiego" to adaptacja autobiograficznej powieści Jane Hawking byłej żony Stephena, która w swojej książce opisuję prywatne życie z Stephenem. Film został pozytywnie przyjęty i zdobył wiele prestiżowych nagród.
Słyszałam już wcześniej o Stephenie Hawkingsie. Ale moja wiedza o nim była bardzo niewielka, opierała się właściwie tylko i włącznie na opiniach innych ludzi, na jego temat. Jakoś nigdy nie zainteresowała mnie głębiej jego historia. Dopiero film "Teoria wszystkiego" otworzył mi oczy na tą niezwykłą, prawdziwą historię. Stephen Hawkings przeżył życie, które trudno nazwać życiem. Jego choroba dogłębnie pochłonęła ciało fizyka, pozostawiając tylko mózg w nienaruszalnym stanie. Stephen Hawking był człowiekiem wybitnym, który starał się w swoim życiu wymyślić jedno proste równanie, które byłoby wytłumaczeniem na istnienie wszechświata. A właśnie jego teoria, rzecz jakże zastanawiająca. Nie jestem fizykiem, nie znam się na gwiazdach i planetach, ale nie muszę nim być, aby próbować odpowiedzieć na to pytanie. Zawsze byłam zdania, że czas wymyślili ludzie, dlatego nigdy nie będzie sposobu na jego odwrócenie. Zmieniający się świat, to nie czas sam w sobie, bo on występuję tylko w postaci tykającego zegara, lecz skutek upływu czasu. A to już całkiem co innego niż czas. Stephen Hawkings w swojej książce "Krótka historia czasu" starał się przenieść do jego początku, do czegoś przed nicością i wielką czarną dziurą. Przyczyna naszego postrzegania powstania wszechświata zależy od zakorzenionych w nas wartości. Naukowcy wierzą w teorie rewolucji, ludzie wierzący są przekonani o istnieniu Boga, jako Stwórcy wszystkiego, a jeszcze inni w ogóle się nad tym nie zastanawiają, bo uważają to za starte czasu. Ci ostatni mają trochę racji. Ponieważ po co zastanawiać się nad rzeczami, na które nie uzyskamy odpowiedzi? Nie ukrywajmy początku wszechświata nie jesteśmy w stanie odkryć. W końcu nawet teoria Stephena Hawkingsa pozostała tylko teorią.
Wracając do "Teorii wszystkiego". Był to świetny film, w którym na szczególną pochwałę zasługuję pierwszoplanowy aktor - Eddie Redmayne, który wcielił się w rolę Stephena Hawkingsa. Nie wyobrażam sobie jak można zagrać taką postać. A jednak Eddie tego dokonał. To coś więcej niż wybitna gra aktorska; oglądając ten film naprawdę trudno było mi uwierzyć, że Stephena Hawkingsa nie gra sam Stephen Hawkings. Oczywiście inni aktorzy zasługują również na szczególne uznanie. Wszystkie grane postacie były autentyczne i prawdziwe. Właściwie to te osoby naprawdę żyją, bądź żyły. Ten fakt sprawia, że film "Teoria wszystkiego" nie jest widowiskiem rozrywkowym, lecz subtelną, autentyczną historią, która dodaje skrzydeł.
Podsumowując: film Jamesa Marsha pt. "Teoria wszystkiego" to genialna ekranizacja powieści Jane Hawkings, która może wnieść wiele w życie odbiory; sprawić, że pomimo wszystko warto żyć i spełniać swoje marzenia.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-11-27 21:06:50
Liryka, epika czy dramat?
Hey guys!
Dzisiejszy wpis, to mała powtórka z języka polskiego. Lecz nie zabraknie w niej również masy innych rzeczy, które zwykle możecie w moich postach spotkać. Miłego czytania, kochani :D.


Pewnie każdy dobrze wie, że w języku polskim wyróżniamy trzy rodzaje literackie. Jest to liryka, epika i dramat. Nie ukrywajmy rynek czytelniczy jest wprost przesiąknięty prozą ze wszystkich zakątków świata. Ja czytam i kolekcjonuję książki. Głównie kupuję je w Empiku, w którym widziałam chyba tylko jeden tomik poezji, o dramacie już nie wspominając. Właściwie nie znam żadnego żyjącego autora, który pisałby dramaty lub poezję, która byłaby tak samo popularna jak choćby książki Sary J.Maas, które można kupić w prawie że każdej księgarni. Dopiero niedawno mnie to zastanowiło. Wcześniej jakość nie zwróciłam na to uwagi. Byłam zadowolona ze swojego ograniczonego świata prozy i nie potrzebowałam żadnych radykalnych zmian. Lecz teraz czuję, że to mnie w pewien sposób ograniczało. W końcu nie potrafiłam spojrzeć na świat z perspektywy innego rodzaju literackiego. Ale to już przeszłość. Niestety zmiany nie są proste, szczególnie jeśli brakuję pożądanego asortymentu. Więc pytam się dlatego proza tak rozkwitła, a poezja i dramat usunęły się w cień. Oczywiście, że teatr polski ciągle się rozwija, nie brakuje w nim świetnych sztuk i wybitnych aktorów. Ale gdzie jest ten "teatr na papierze"? W końcu sztuki teatralne nie są dostępne dla wszystkich. Czy dramat zarezerwowany jest tylko dla wybitnych dzieł, które swą treścią przechodzą do historii? Jeżeli tak, to uważam, że ludzie dużo na tym tracą. Ponieważ sztuka teatralna nie jest grana bez końca, a książka w formie materialnej zostaje na zawsze. Myślę, że warto się nad tym zastanowić. W końcu tu chodzi o naszą intelektualną przyszłość, o którą warto walczyć.
I o to i jest nasza liryka. Muszę przyznać, że gdyby nie lekcje języka polskiego w ogólne nie poznałabym pięknego świata poezji. Ten świat jest piękny, ponieważ niezależnie od treści utworu zawarte w nim słowa są piękne, rymują się i układają w różne układy, które podkreślają jego niezaprzeczalne walory. Powiedziałabym wręcz, że liryka to rodzaj epiki dla inteligentnych. Ponieważ wiersze przez swoje liczne metafory i inne środki stylistyczne bywają niezrozumiałe. Natomiast w większości przypadkach w epice wszystkie ważne informacje mamy podane niemalże jak na tacy. To właśnie proza charakteryzuje się dużą ilością słów, które mają pobudzić naszą wyobraźnie i zapewnić nam doskonały obraz przedstawianych wydarzeń. Niekończące się opisy mają być naszą bramą do wykreowanego świata. W liryce sprawa ma się zupełnie inaczej. Tu tysiąc niepotrzebnych słów zastępowane jest jednym trafnym określeniem. Po przeczytaniu "Roku 1984" autorstwa Geogra Orwella "zabijanie słów" kojarzy mi się z bardzo negatywnymi rzeczami, ale przecież sposób postępowania zależy od celu, jaki chcemy osiągnąć. We wszystkim trzeba znaleźć tzw. złoty środek, który tworzy harmonię i równowagę. Więc jeśli nasze "zabijanie słów" będzie podyktowane jaśniejszemu przekazowi treści, to okay. Ponieważ często jest tak, że zbyt duża ilość słów zakrywa ogólny, zamierzony przekaz. Tak jakby odciąga uwagę od rzeczy ważnych, a skupia się na błahostkach, które niepotrzebnie zaprzątają naszą uwagę. Dlatego właśnie liryka ma to do siebie, że zawiera tylko podstawę, która umożliwia rozwój na dowolnej jej płaszczyźnie... Lecz niestety czas wielkich, niezapomnianych poetów również przeminął. Gdzież teraz szukać drugiego Kochanowskiego, czy Mickiewicza? Ludzie kiedyś bardziej doceniali poezję. W dzisiejszym świecie ludzi tak naprawdę mądrych i inteligentnych nie jest wcale tak dużo, jak mogłoby się wydawać. Owszem, teraz mało spotykane są przypadki analfabetyzmu, które kiedyś były powszechnie znane. Lecz człowiek wymyślił sobie coś mądrzejszego niż on sam. Mowa tu oczywiście o Internecie. Bo kto posiada większą wiedzę niż Wikipedia? Wydaje mi się, że nikt. Dobrze, że Internet nie potrafi jeszcze myśleć i czuć ponieważ w tedy stałby się zdecydowanie lepszym "tworem" niż człowiek... Ludzie ostatnimi czasy stali się strasznie leniwi. Zaczęli szukać coraz prostszych rozwiązań, w sytuacjach, które tego nie wymagają. Ale świat pomimo wszystko, niewątpliwie idzie do przodu. Lecz w otaczającym nas świecie mało jest miejsca na książki i rozwijającą literaturę. To prawda jest wiele organizacji, które stale przyczyniają się do rozwoju czytelnictwa, niestety wydaje mi się, że skutki tych działań nie są wystarczające. Potrzeba nam wielkich zmian, coś na kształt rewolucji francuskiej, tyle że bez ofiar i rozlewu krwi. Może rozwój liryki i dramatu mógłby się do tego przyczynić? Możliwe... Nic nigdy w życiu nie jest pewne. Ale na pewno trzeba nieustannie działać, aby liczyć się z jakimikolwiek efektami.
Została nam jeszcze epika. Wiem, że dzisiaj ją może specjalnie nie zachwalałam, ale to nie zmienia faktu, że proza to centrum całej literatury. To jej prawdziwa istota bez, której żaden inny rodzaj literacki nie może istnieć. Ponieważ epika to jest całość. Okrągła, kompletna kula, której wycinkami są liryka i dramat. Proza zawsze była dla mnie ważna. To od niej zaczęła się moja przygoda z czytaniem, która trwa nieprzerwanie aż do teraz. Ponieważ czytanie książek to nie "impreza" na jeden wieczór, lecz podróż, którą można odbywać latami. Nie można bliżej poznać świata magii i nieograniczonych możliwości inaczej, niż przez epikę. Gwarantuję, że miłość do książek, to uczucie, z którym nie można wziąć rozwodu, lecz jest to związek na całe życie.
Zachęcam więc Was wszystkich to czytania wszystkich rodzajów literackich. Pamiętajcie, że poszerzając nasze horyzonty rozwijamy się, a rozwijając się możemy stać się lepszymi ludźmi, wrażliwymi na piękno, ale również ból i cierpienie innych ludzi. Bo książki nie tylko uświadamiają wiele rzeczy, lecz także pokazują nam jak godnie i szczęśliwie żyć.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-11-24 21:41:48
Czy warto czytać lektury szkolne?
Hey guys!
Dzisiaj mam dla Was wpis odnośnie lektur szkolnych. Pewnie każdy z Was się z nimi spotkał. Lubicie je, czy może wolicie sami wybierać sobie książki do czytania? Miłego wieczoru, kochani ;D.


Książki, książki i jeszcze raz książki. Czy ludzie lubią je czytać? Hmm? Trudne pytanie, na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi. To tak jakby zapytać, czy wszyscy lubią lody waniliowe. Pewnie dużo ludzi tak, ale przecież istnieję jeszcze druga grupa, która autentycznie woli lody czekoladowe... Dzisiaj chciałabym się zastanowić nad konkretną kategorią książek, jaką są lektury. Dlaczego uczniowie tak niechętnie czytają te powieści? I czy w ogóle warto je czytać, skoro w Internecie można znaleźć masę różnych szczegółowych streszczeń, które czasem powiedzą nam więcej niż czytane książki...
Odkąd sięgam pamięcią lektury zawsze były i zapewne zawsze będą. Kanon lektur szkolnych zmienia się co kilka lat, ale najważniejsze jego pozycje już od lat pozostają niezmieniane. Jest tak, ponieważ niektóre książki nie starzeją się wraz z upływem czasu, pozostają, pomimo zmieniającego się świata, tak samo wartościowe i aktualne, jak były kiedyś. To literatura, która zasługuję na największy podziw i docenienie. Ponieważ te książki nadal żyją, nie umarły wraz z pożółkłymi kartkami i przemijającym czasem, lecz pozostały, bez ani jednej skazy. Trwać, to znaczy pamiętać, że nie ma przyszłości bez przeszłości. Że nie można się rozwijać i iść do przodu, jeśli się nie zna swoich korzeni. Nauczyciele dobrze robią zadając coraz to więcej lektur wykraczających po za program nauczania. Ponieważ lektury zawarte w podstawie programowej, to absolutne minimum. A czy nie lepiej mieć więcej, niż mniej? Pomimo tego uczniowie niechętnie czytają (o ile w ogóle to robią) te zadane przez nauczycieli powieści. Dlaczego tak jest? Czyżby dlatego, że uczniowie zwyczajnie nie lubią czytać książek? Pewnie tak, ale ja nie lubię wiele rzeczy, które robię. Lecz to wcale nie sprawia, że przestaje, że się już na stracie poddaje. Nie. W życiu ciągle musimy podejmować przeróżne decyzję. Te najbardziej kluczowe odnoszą się do standardowego pytania: "Co jest dobre, a co złe?". Czasem tak trudno na nie odpowiedzieć. Ale gdy już zdefiniujemy, kiedy już opowiemy na to pytanie, to wcale nie jest nam z tą decyzją łatwiej. My po prostu wiemy wtedy w jaką stronę chcemy podążać, ale nie zmienia to faktu, że sama droga do celu będzie trudna. Tak samo jest z lekturami. Może nam się nie chcę je czytać. Może mamy w tym czasie coś ciekawszego do roboty. Lecz czy tak trudno zrozumieć fakt, że książki uczą, że przez nie stajemy się mądrzejsi, że dzięki nim możemy poznawać świat, do którego często nie mamy dostępu... Oprócz lenistwa jest jeszcze jeden kluczowy powód. Otóż ludzie mają skłonność do łamanie zakazów. W końcu to zakazany owoc i takie tam... Bo po co słuchać jakiegoś nauczyciela, który to w ogóle nie zna się na życiu i nie wie, że czytanie książek już dawno przestało być modne. Skoro on mówi tak, to ja zrobię odwrotnie, bo nikt nie będzie mi mówić co mam czytać, a co nie? Mentalność ludzka jest czasem przerażająca. Bezsensowny bunt, który świadczy bynajmniej nie o dojrzałości, lecz głupocie. Naprawę warto myśleć, nie podążać za tłumem, który zazwyczaj nie ma racji... Przyznam się, że kiedyś nie przepadałam za lekturami. Ponieważ odrywały mnie one od książek, które czytałam i które naprawdę chciałam czytać. No ale zawsze jakoś przez nie brnęłam. Niektóre nawet nie były takie złe, ale i tak nigdy nie były dość dobre, aby wskoczyć do kategorii książek, które naprawdę lubię. Ponieważ lektura zawsze była lekturą, książką przymusową, którą nie miałam ochoty czytać. Na przestrzeni lat mój stosunek do lektur zmienił się. Doszłam do wniosku, że te książki zasługują na miejsce na mojej półce, że nie są wcale gorsze od innych powieści. To prawda, może ja ich nie wybrałam, ale to w sumie dobrze. Ponieważ przez to mam okazję czytać książki, po które w innych okolicznościach bym nie sięgnęła. Sprawia to, że się rozwijam, że poszerzam swoje horyzonty i mogę być coraz lepsza, bardziej mądrzejsza... Uczniowie mają również skłonność do czytania streszczeń. To w końcu prostsze rozwiązanie, niż przeczytanie całej książki. A w końcu jakie to ma znaczenie, czy przeczytam książkę, czy jej streszczenie, skoro obie te rzeczy mówią o tym samym. Mogło by się wydawać, że to nie ma znaczenia, ale to nieprawda. Ponieważ streszczenie tylko opisuje treść książki. A tym samym nie oddaje jej klimatu, zawartych w niej dialogów itp. Streszczenie nie pozwalają nam poznać autora powieści. Bo nie ukrywajmy pisarze pozostawiają w swych książka cząstkę siebie. Jak można zrozumieć książkę, odczytać zawarty w niej przekaz, jeśli się jej tak naprawdę nie przeczytało. Bo jeśli ktoś mówi, że czytając streszczenie przeczytał też książkę, to tak jakby powiedział, że zobaczył film, kiedy tak naprawdę widział tylko jego zwiastun. Dlatego streszczenia powinny być dla nas tylko przypomnieniem, a nie jej celową lekturą. Czasem naprawdę nie chodzi o to aby sobie życie ułatwić, ponieważ droga na skróty nie zawsze prowadzi do zamierzonego celu...
Naprawdę warto czytać nie tylko lektury, ale także inne książki. Lenistwo nie jest warte poświęcanej mu uwagi. Bo jeżeli nie chcę Ci się czytać książek, to co Ci się chcę? Wolisz wegetować, niż godnie żyć?
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Data: 2019-02-10 22:03:48

Autor: Morrigan

Ja tam od zawsze lubiłam lektury szkolne. Nie musimy ich kochać, ważne, by poznać jaką drogę przeszła literatura, żeby wyglądać tak jak obecnie. Świetny wpis <3
Zaloguj się aby komentować.
2018-11-20 18:43:35
Sentymentalna podróż do animowanej przeszłości
Hey guys!
Dzisiaj zapraszam Was do wehikułu czasu, przez który cofniemy się do czasów naszego dzieciństwa. Jesteście gotowi na taką podróż? A więc zaczynamy!


Z czym kojarzą Wam się czasy dzieciństwa? Pewnie z pluszowymi maskotkami, lalkami i samochodzikami. Ale jest jeszcze jeden ważny element, który w pewnym sensie wychowuje dzisiejsze pokolenie. Zapewne wszyscy pomyśleliście od razu o Internecie. Cóż, tak to już jest w naszych czasach. Dla niektórych świat bez Internetu, to właściwie nie świat tylko jakieś miejsce z piekła rodem... Lecz dzisiaj chciałabym zapomnieć na chwilę o otaczającym nas wirtualnym świecie i skupić się na bajkach, które również są ważnym elementem życia każdego dziecka. Nie jestem pewna, jaki dzieci mają obecnie stosunek do bajek. Ale dla mnie, na pewno wspaniałym doświadczeniem było zobaczyć po raz setny tę samą część Kubusia Puchatka, czy jeszcze inne animowane widowisko. Właściwie to moja wiedza na ten temat opiera się głównie z relacji rodziców, bo Kubuś Puchatek, w moim przypadku, to naprawdę zamierzchłe czasy...
Lecz zacznijmy może od początku. Dlaczego dzieci oglądają bajki? Obecnie trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, jednakże wydaje mi się, że dzieci bardziej oglądają bajki z przyzwyczajenia, niż z prawdziwych chęci. W końcu nigdy nie poznałyby kina, gdyby nie ich rodzice, którzy często pozwalają dziecku na oglądaniu telewizji, tylko dlatego, że jest to prostsze niż zajmowanie się nim. Bo kiedy dziecko ogląda, to nie trzeba się z nim bawić, odpowiadać na niekończące się pytania, czy w ogóle poświęcać mu swoją uwagę. To przykre, ale prawdziwe. Ale istnieje jeszcze druga opcja. Dzieci oglądają bajki, ponieważ nie mają nic innego do roboty. Ponieważ nie odkryły jeszcze swoich zainteresowań, które mogłyby rozwijać. Patrzę na to teraz, z perspektywy czasu. Kiedyś, kiedy miałam dziesięć lat, prowadziłam życie bardzo beztroskie, w porównaniu z życiem, jakie prowadzę teraz. Nie miałam tylu obowiązków, nauki, pozalekcyjnych zajęć - i po prostu nie miałam co robić, mówiąc kolokwialnie, nudziło mi się. Więc co wtedy robiłam? Oczywiście, że włączałam telewizor i przez długi czas tępo wpatrywałam się w kolorowe obrazki na ekranie. Trochę inna sytuacja dotyczy bajek, które jednak są bardziej wartościowe, niż bezsensowne seriale w telewizji. Właściwie zastanawiam się teraz, czy to było dobre. Czy tym stylem życia nie zmarnowałam za dużo godzin, które mogłabym przeznaczyć na coś pożyteczniejszego. Możliwe... Lecz człowiek się zmienia i to co kiedyś było dla niego ważne, teraz już takie nie jest. Ale są rzeczy, które w nas zostają, które są odpowiedzią na nasze dzisiejsze zachowania. Jeśli chcemy szukać prawdy i zastanowić się nad przyczyną naszego postępowania, to powinniśmy zacząć nasze poszukiwania od cofnięcia się w przeszłość, w której kryje się wiele odpowiedzi związanych z nami. Ponieważ to, że na przykład ja nie toleruję przekleństw, to owoc mojego wychowania, w którym nigdy żadne brzydkie słowo nie padło. W końcu mówi się "jaki ojciec, taki syn". To powiedzenie wcale nie odnosi się do zewnętrznego podobieństwa, lecz do charakteru i wykształconych nawyków. Rodzice często wychowują nas w kryterium tego, co uważają za dobre. Czyli, jeżeli rodzice nie pokażą, że przekleństwa są złe, to dziecko nawet nieświadomie będzie ich używać, nie wiedząc o tym, że to czy przeklina, czy nie, świadczy nie tylko o nim samym, lecz w głównej mierze o jego rodzicach. Oczywiście warto dodać, że środowisko w jakim żyjemy, oraz ludzie jakimi się otaczamy mają również znaczący wpływ na nasze postępowanie. Lecz jaki związek mają z tym bajki? Okazuję się, że całkiem duży. Ponieważ, jak wspomniałam wcześniej, rodzice często "porzucają" dzieci na pastwę telewizora i innych elektronicznych sprzętów. Te rzeczy również w pewnej części uczestniczą w wychowaniu. Bo to w końcu tak nie działa, że jak mamy coś wartościowego do przekazania, to naciskamy automatyczny przycisk w głowie dziecka, który mówi "słuchaj, to ważne", a jak mamy do zaoferowania dziecku coś zgoła przeciwnego, to naciskamy przycisk "wyłącz, nie zapamiętuj" - nie tak się sprawa ma. Dziecko chłonie wszystko, zarówno rzeczy dobre, jaki i złe. Dlatego, kiedy ogląda "Kopciuszka", to później marzy o przystojnym królewiczu na białym koniu, a jak zobaczy "Koralinę" to w nocy spać nie może w obawie o swoje życie. Tak to obrazowo wygląda. Ważne są w wychowaniu wartościowe bajki. To one są podwalinami naszego charakteru i osobowości.
Ach! Nie ma to, jak sentymentalna podróż do przeszłości. Kiedy przypomnę sobie te stare dobre czasu, to czasami mam wręcz ochotę cofnąć się w czasie do beztroskiego dzieciństwa, które dobiegło już końca. Ale każdy nowy etap w życiu człowieka, to wyzwanie, któremu musi sprostać. A ja lubię wyzwania i nie zawaham się stawić czoła rzeczywistości...
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-11-17 21:16:25
"Fantastyczne zwierzęta: zbrodnie Grindelwalda"
Hey guys!
Lubie oglądać filmy? Ja bardzo, a jeszcze bardziej lubię chodzić to kina, gdzie dźwięk i obraz tworzą nierozerwalną całość. Dzisiejszy wpis, to nic innego jak recenzja absolutnej nowości filmowej. Miłego czytania, kochani ;D.


Magia. Gdy słyszymy to słowo od razu przychodzi nam na myśl coś surrealistycznego, nieosiągalnego w naszej codzienności. Myślimy sobie wtedy o wróżkach, czarodziejach, czy stworzeniach, które można spotkać tylko w bajkach. Lecz nie musi tak być. Ponieważ magię możemy odkryć nawet w nas samych. Bo każdy z nas ma w sobie coś magicznego, niewytłumaczalnego, coś, co po prostu już w nim jest, "siedzi" od początku jego egzystencji. Dlatego możemy być magiczni, możemy być dobrymi czarodziejami, którzy uczynią ten świat lepszym.
Jak każdy wie (albo i nie) jestem ogromną fanką Harry?ego Pottera. Już od wielu lat z utęsknieniem czekam na kolejne powieści, czy dodatki do mojej ukochanej serii z dzieciństwa. Więc pewnie nikogo nie zdziwi fakt, że 16.11 w dniu premiery filmu "Fantastyczne zwierzęta: zbrodnie Grindelwalda" udałam się wraz z moją koleżanką do kina. Czekałam na ten film całe dwa lata, snując i wymyślając przeróżne teorie dotyczące tego widowiska. Pomysłodawcą przedsięwzięcia jest J.K.Rowling, która napisała scenariusz i stworzyła rozbudowany świat czarodziejów żyjących w latach 20 ubiegłego wieku. Dokładnie 18.11. 2016 roku na ekrany kin wszedł pierwszy film z serii o Newcie Scamanderze, pt."Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć". Pamiętam, że kiedy usłyszałam o tym filmie, a było to na długo przed jego premierą, obiecałam sobie, że muszę go zobaczyć w dzień premiery. W końcu ja, jeden z największych fan Harry?ego Pottera (pewnie każdy tak o sobie mówi) miałbym nie pójść do kina w pierwszy dzień seansów. Niestety życie poukładało się tak, a nie inaczej, że wylądowałam w kinie dopiero tydzień po premierze filmu. Więc w tym roku zaparłam się i powiedziałam sobie: "No nie, historia nie może się powtórzyć". I na szczęście nie powtórzyła się. Na kilka dni przed seansem ,wszytko było już ustalone i dokładnie zaplanowane... Coś koło 10.11. zdałam sobie sprawę, że jeszcze tylko sześć dni dzieli mnie od "dnia ostatecznego". I aż do szesnastego, był już tylko Eddie, Eddie, Eddie...
Akcja filmu "Fantastyczne zwierzęta: zbrodnie Grindelwalda" rozpoczyna się kilka miesięcy po zakończeniu pierwszej części. Newt wraca do Londynu, gdzie pracuje nad swoją książką i opiekuje się swoimi nietypowymi zwierzętami. Jego spokój i monotonia życia nie trwa długo, ponieważ groźny czarnoksiężnik Gellert Grindelwald ucieka z pilnie strzeżonego aresztu. Grindelwald cały czas dąży do wzniesienia czarodziejów ponad wszelkie niemagiczne istoty. W tym celu gromadzi nowych zwolenników, którzy mają zmienić świat czarodziejów. "Dla większego dobra..". Na światło dzienne wychodzą również sekrety, które prze wiele lat pozostawały w ukryciu. Czy Newtowi uda się wprowadzić równowagę pomiędzy czarodziejami, a niemagami?
Ja wiem, że może ten opis nie brzmi zbyt zachęcająco. Ale cóż tu napisać, żeby nie odebrać widzowi frajdy oglądania, żeby mu kolokwialnie mówiąc, nie zaspojlerować. Jak wspominałam wcześniej, miałam wiele teorii, ale również wielkie oczekiwania wobec tego filmu. Po obejrzeniu go mogę stwierdzić, że choćbym przewidziała konia z kopytami, nie mogłabym przewidzieć tych wszystkich wątków, a co dopiero końcowej sceny "Fantastycznych zwierząt". J.K.Rowlig wykonała masę naprawdę dobrej roboty. Bo kiedy na ekranie pokazały się napisy końcowe, to ja wprost nie mogłam uwierzyć, że to już koniec. Takiego zwrotu akcji nigdy bym się nie spodziewała. I co, teraz znowu muszę czekać dwa lata na kolejną część? Jaki ten świat okrutny... Nie mniej jednak kocham ten film, nigdy nie przypuszczałabym, że może być aż tak dobry. Nie twierdzę, że będzie on taki dla wszystkich, absolutnie. Zrozumieją go tyko ci, którzy są wielkimi fanami Harry?ego Pottera. Bo dla wszystkich innych, ten film pozostanie tylko bardzo dobrym filmem, który zobaczyli, ale o którym łatwo i szybko zapomną. Ponieważ tylko prawdziwi fanatycy mogą dostrzec tę drugą stronę medalu, która na zawsze zmieni ich perspektywę postrzegania świata Harry?ego Pottera. Bo chociaż magia jest w każdym z nas, to tylko czarodzieje potrafią się nią posługiwać...
To bardzo pobieżna recenzja filmu "Fantastyczne zwierzęta: zbrodnie Grindelwalda". Kiedyś napiszę dłuższą i zdecydowanie bardziej wyczerpującą. Ale teraz chcę, żeby moja wypowiedź była tylko przedsmakiem do wielkiej, niezapomnianej podróży, jaką możecie przeżyć w świecie wykreowanym przez J.K.Rowling. Więc gdybyście zastanawiali się czy warto wybrać się do kina na ten film, to z czystym sumieniem mogę powiedzieć Wam - warto.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Data: 2019-02-10 22:09:54

Autor: Morrigan

Film oglądało się bardzo dobrze (w takim towarzystwie nie ma innego wyjścia XD), jednak sam film mnie zawiódł. Liczyłam na coś więcej.
Zaloguj się aby komentować.
2018-11-13 21:01:03
"Detektyw w służbie miłości" - Agata Christie
Hey guys!
Lubicie rozwiązywać zagadki? Jeżeli tak, to koniecznie zacznijcie czytać kryminały, w których będziecie mogli wcieli się w detektywów i rozwiązywać zagadki kryminalne. Czyż to nie świetny sposób zagospodarowania swojego wolnego czasu?


Potęga ludzkiego umysłu czasem nie zna granic. Odtworzenie przeszłości ze strzępków informacji, to nie lada sztuka. Tym bardziej, że w znalezionych wskazówkach nie raz kryją się fałszywe tropy, które skutecznie utrudniają znalezienie kogoś, kto nie chcę zostać odkryty. Lecz nie każdy może znaleźć prawdziwego sprawcę, w gąszczu równie podejrzanych świadków. A gdy zabraknie Herkulesa Piorta kto wymierzy sprawiedliwość mordercy?
Jak łatwo się domyślić dzisiaj mam dla Was recenzję kryminału. A jeżeli choć trochę poznaliście mnie przez te kilka miesięcy, od których tu piszę, to wiecie od kogo kryminały lubię najbardziej... Oczywiście, że od Agaty Christie, bo jak już sięgam po kryminał, to biorę ten z najwyższej półki; w końcu tytuł "królowa kryminałów" nie bierze się znikąd... Czytałam już kilka książek od tej kultowej autorki. Najlepszą z nich (na razie) nadal pozostaje "Morderstwo w Orient Expressie". Ale dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o dość krótkim zbiorze opowiadań pt. "Detektyw w służbie miłości". W tej książce trudno orzec, kto jest je głównym bohaterem. Czy będzie to Quin, Pyne, czy może Poirot? Teraz warto się zastanowić, czy taka forma, jeżeli chodzi o kryminał jest dobra. Moim zdaniem nie. Ponieważ mamy tutaj do czynienia z krótkimi, szybko rozwiązującymi się sprawami, które nie pozwalają na głębsze zastanowienie się nad fabułą i sprawcą. Kiedy czytamy kryminał, powiedzmy sobie dwustu kilko stronicowy, to cały czas akcja kręci się wokół jednego, tego samego morderstwa, które rozbudowuję się wraz z odkrytymi śladami. Łatwo tutaj bawić się w zgadywani i starać się odpowiedzieć na pytanie: "Kto jest mordercą i jakie były jego motywy, "usprawiedliwiające" jego czyn?". Ta możliwość przewidywania zakończenia jest dla mnie świetną zabawą, którą doświadczam szczególnie podczas lektury kryminałów.
"Detektyw w służbie miłości" to bardzo ciekawe wplecenie wątków romantycznych w pajęczą sieć kryminalistyki. Bo powiedzmy sobie szczerze, że miłość i morderstwo to tak odległe od siebie rzeczy, że aż trudno zestawić je ze sobą, nie tworząc przy tym wątków psychopatycznej miłości wziętej wprost z horrorów grozy. Jednakże Agata (jak to Agata) w swych powieściach bezbłędnie trafia w tzw. złoty środek. Jedyne, co moim zdaniem mogło by ulec zmianie, to długość opisywanych historii. Gdyby były one dłuższe, to raz czytelnicy byli by przeszczęśliwi i dwa klimat powieści uległ by znacznej poprawie. To tyle jeżeli chodzi o samą książkę. Co do stylu Agaty Christie, cóż nic dodać, nic ująć - idealnie, perfekcyjnie, czyli właściwie tak jak zawsze.
Lecz sam w sobie kryminał jako gatunek literatury popularnej, jest sam w sobie niezwykle ciekawy. Czytałam już kilka książek z tego gatunku i nie raz zastanawiałam się jak ci wielcy pisarze pisali swoje powieści, które zaskakują na każdym kroku swoimi niekonwencjonalnymi rozwiązaniami. Myślałam i myślałam, aż doszłam do wniosku, że najprostszym sposobem na napisanie dobrego kryminału, jest pisanie go od tyłu. To znaczy najpierw należy wymyślić całą istotę, zagadkę powieści, potem sprawce rzekomego morderstwa, no i oczywiście pozostałych bohaterów. Tylko, że największym problemem pozostaje zakończenie. Jak rozwiązać zagadkę, żeby zaskoczyć czytelnika? W końcu to nie takie proste, czytelnik jest inteligentny i na pewno nie jednego się spodziewa. Lecz kiedy mamy wykreowanego sprawcę, to należy cofać się po jego śladach, starając się zapewnić mu jak najlepsze alibi. Oczywiście jest jeszcze o wiele trudniejsza część tego zadania. A mianowicie należy jeszcze wymyślić przyczynę, powód tej całej sprawy. Ale nie może być ona taka byle jaka. Ponieważ pamiętajmy cały czas, że mamy do czynienie z inteligentnym czytelnikiem, który poświęcił naszej powieści czas i uwagę, i oczekuję teraz od nas realnego, mającego podłoże emocjonalne rozwiązania tej sprawy. Czy to jest przepis na "kryminałowy" sukces? Nie wiem, ale na pewno kiedyś to sprawdzę? Nie mniej jednak niezmiernie podziwiam pisarzy, którzy zaskoczyli swoich czytelników, ponieważ wywołanie takich emocji wcale nie jest takie łatwe, jak mogłoby się wydawać...
Podsumowując: książka Agaty Christie pt. "Detektyw w służbie miłości", to kolejny zbiór opowiadań z kategorii tych dobrych, klasycznych powieści, które każdy powinien przeczytać. Ponieważ rozwiązywanie zagadek kryminalnych, to świetny sposób na nasz rozwój psychiczny i intelektualny. Kryminały uczą również, że człowiek to skomplikowana maszyna, którą czasem nie sposób odgadnąć.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-11-10 19:55:24
Niepodległość = równość
Hey guys!
Wiecie jaki jutro jest dzień? 11 listopada, Święto Niepodległości. Jak je świętujecie? Czyżby tak jak Amerykanie, hucznie imprezując i puszczając fajerwerki? Dzisiaj chciałabym zwrócić Waszą uwagę na nieco inną kwestię związaną z tym świętem. Mam nadzieję, że mój patriotyczny wpis się Wam spodoba :D.

Cała Polska już od jakiegoś czasu mówi o niepodległości. Organizowane są wielkie pochody, akademie i wspólne, uroczyste odśpiewania hymnu. Lecz właściwe już od lat wpajana jest nam ciężka historia naszego narodu. O tym, że Polska zniknęła z map na 123 lata, wie każdy. O tym, że wielu ludzi zabito, a polskość tępiono, też Ale czy każdy wie, a właściwie czy każdy docenia to, co ma teraz. Skoro ma świadomość, jak było kiedyś źle, to czy wie, jak teraz jest dobrze? Wydaje mi się, że nie. Że wielu ludzi zamiast cieszyć się wolnością ,narzeka na swój okropny los. My, w XXI wieku narzekamy, kiedy mamy tak naprawdę wszystko, czego tylko zapragniemy, zapominamy o ludziach, którzy żyli w przeszłości. Czy oni, pomimo swej beznadziejnej sytuacji, poddali się? Nie. Walczyli niestrudzeni, jeszcze bardziej, ciesząc się każdą szczęśliwą chwilą. Tego nam dzisiaj potrzeba, umiejętności cieszenia się i przeżywania każdego dnia, jakby miałby być naszym ostatnim...
Dzisiaj chciałabym się skupić na zjawisku niepodległości i wolności. Bo czy słowo "niepodległość", nie jest synonimem do słowa "wolność"? W końcu "niepodległość", to "wolność", niezależność. Dlatego Polska jest niepodległa, a właściwie wolna już od wieku. Mogłoby się wydawać, że każdy dobrze zna etymologię tego słowa. Lecz coś mi się nie wydaje... Bo jeżeli ludzie naprawdę wiedzieliby, że nie zawsze byli wolni, to może zaczęliby tę wolność bardziej doceniać. Odniosę się tutaj do czasów II wojny światowej, które jednak są nam bliższe niż 123 letnia niewola.
II woja światowa. Temat powszechnie znany i upowszechniany. I bardzo dobrze. Ponieważ każdy czyn w czasie tych pięciu lat, niezależnie od tego, czy był on dobry, czy zły, zasługuje na naszą uwagę. To ma być dla nas swego rodzaju przestroga, aby traktować historię, jako najlepszą nauczycielkę świata. Czasami jednak trudno powiedzieć, czy czegoś nas nauczyła. Chociaż biorąc pod uwagę fakt, że jak na razie, już od ponad 73 lat historia się nie powtórzyła; można to uznać za swego rodzaju postęp intelektualny ludzkości. Oczywiście nie zapominam, że w pewnych rejonach świata ludzie są nadal tak samo głupi, jak byli kiedyś... Lecz chciałbym zwrócić uwagę na ludzi, którzy wiele wycierpieli podczas trwania II wojny światowej. Większość z nich nie przeżyła do naszych czasów. Nie mogli oni na powrót doświadczyć tego, że życie jest piękne, przepełnione miłością i pokojem, a nie wojną, i nieustannym strachem... Czytałam już wiele książek o tematyce wojennej i totalitarnej. Do najlepszych z nich należą: "Rok 1984" autorstwa Georga Orwella i "Niemcy" Leona Kruczkowskiego. Jeżeli nie mieliście jeszcze okazji przeczytać tych utworów, to gorąco Was do tego zachęcam.
Apele są nieodłączną częścią każdej polskiej szkoły. Apel na dzień nauczyciela, apel podsumowujący pierwsze półrocze i w końcu apel z okazji setnej rocznicy odzyskania niepodległości. Większość uczniów niezmiernie cieszy się na apele. A bo to może znowu jakaś lekcja przepadnie, może nie będzie sprawdzianu, czy dawno zapowiedzianej kartkówki... Jeżeli z takim właśnie założeniem idziemy na apel, to będzie się nam on zwyczajnie nudził. No, przecież to, to samo biadolenie co rok temu. Po co mam słuchać tego z uwagą dwa razy? Może nie będę się wypowiadać na temat sposobu przekazania treści w mojej szkole. Ponieważ nawet jeśli zostałoby wykrzyczane, że Polska w 1918 roku odzyskała po 123 latach niepodległość, to nadal usłyszeliby to tylko ci, którzy usłyszeć chcieli. To właśnie jest prawdziwa istota zmian. Chęć i nasze dobrowolne zaangażowanie. Bez tego, każde próby, choćby nie wiem jak dobre, nie przyniosą odpowiednich rezultatów... Piszę tak nie dlatego, że ktoś tak robi, że ktoś to słucha, ale dlatego, że ja tak robię. Że staram się poświęcać występującym moją uwagę i mój szacunek, na który bez wątpienia zasługują. Może i było to prawie to samo, co było rok temu. Ale rok temu ja byłam jednak trochę inna, niż jestem teraz. Bo nie można zapomnieć o tej ważnej rzeczy, że człowiek się zmienia. Więc nawet jeśli byłoby mi dane słuchać tych samych tekstów, rok po roku, mimo, że przekazywana treść jest taka sama, to i tak jej odbiór jest (ze względu na naszą wewnętrzną przemianę) inny. Na przykład w tym roku, podczas opowieści o 123 latach niewoli i II wojnie światowej, wpadłam na pomysł, żeby napisać ten post na bloga. Żeby zachęcić ludzi do docenienia swojego życia. Żeby w końcu przemówić do rozsądku tej dzisiejszej młodzieży, uświadomić że są inne źródła szczęścia, niż Internet. To bardzo szczytny cel. A więc proszę doceńcie chociaż te kilka rzeczy, które ja staram się doceniać. Staram się, bo nie zawsze wychodzi, bo człowiek jest bardziej skory do czynienia zła, niż dobra. Lecz pomimo wszystko można być lepszym, a przynajmniej można się starać...
Żyję. Mogę się uczyć, rozwijać swoje pasje i zainteresowania. Mam co jeść, mam w co się ubrać. Jestem akceptowana przez społeczeństwo, nie jestem przez nie prześladowana. Mam rodzinę i przyjaciół, którzy stoją za mną murem. Mam ojczyznę i mogę być dumna z tego, że jestem Polką. Czy czegoś więcej mi do szczęścia potrzeba? A Tobie czego tak naprawdę brakuje? Pieniędzy? Lepszego samochodu? Człowieku zastanów się nad swoim życiem. Bo nie pojmuję, jak można być nieszczęśliwym w czasach wolności!
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 3 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Data: 2018-11-11 14:50:44

Autor: Luska

Cześć! Jestem pod naprawdę wielkim wrażaniem. Poświęcasz czas by pisać tak długie i piękne wpisy. Chętnie je czytam, twój blog zmienia całą stronę! :)
Pozdrawiam
Zaloguj się aby komentować.
2018-11-06 21:31:31
"Pianista" - Władysław Szpilman
Hey guys!
Lubicie muzykę klasyczną? Bo ja owszem. Wprost uwielbiam dźwięk fortepianu, szczególnie na żywo. Niestety nie potrafię grać na żadnym instrumencie - nuty są dla mnie wielką, nieodkrytą tajemnicą. Lecz ja posługuję się muzyką słów, które czasami bywają równie piękne, co fortepianowe sonaty... A wy jaką muzyką się posługujecie?


Często jest tak, że jakieś traumatyczne przeżycia zabijają w nas to co niegdyś było piękne. Bardzo trudno pozostać takim samym, jakim się było, jeśli świat w którym żyjemy ulega nieodwracalnym zmianom. Bo świat składa się w głównej mierze z ludzi, a jeżeli oni się zmieniają, to świat również. Istnieje wiele rzeczy, które mogą nas na zawsze zmienić. Można tu wymieniać godzinami najróżniejsze przypadki i ich skutki, ale najbardziej powtarzającym się tematem, w tych wszystkich rozważaniach będzie wojna. W obliczu całej jej istoty, zachowanie choćby najmniejszej, najbardziej niepotrzebnej, a pozytywnej cechy, jest prawdziwym dziełem. Właściwie pamiętanie o zasadach moralnych, powinno być swego rodzaju motywacją do przezwyciężenia nawet najokropniejszego zła, dla przyszłego pokolenia, dla lepszego świata.
Władysław Szpilman to polski Żyd, który w czasie trwania II wojny światowej padł ofiarą Holocaustu. Swoje przeżycia opisał w autobiograficznej książce pt. "Pianista". Jak wszystkim wiadomo, w ubiegłym wieku za sprawą Hitlera niemal cały świat padł ofiarą przekonań, że Żydzi są szkodnikami tego świata, że trzeba ich wytępić. W wielu krajach za udzielenia schronienia, czy chociażby pomocy Żydom groziła kara śmierci, często spadała ona nie tyko na samego "winowajcę", lecz również na całą jego rodzinę. W obliczu tak wielkiej groźby wiele osób tłumiło swoje wewnętrzne ludzkie instynkty pomocy bliźnim, na rzecz nikłego, złudnego poczucia bezpieczeństwa. Tym trudniejsza była sytuacja Żydów, którzy często poza murami getta, nie mieli nikogo, u kogo ewentualnie mogli by się schronić. Dlatego żyli w uwięzieniu, starając się podtrzymać iluzję dawnej normalności, chodzili do pracy, spotykali się i ponad wszystko, starali się nie patrzeć na dzielący ich od innego świata mur, który tylko nielicznym udało się przekroczyć. Władysław Szpilman pochodził z muzykalnej rodziny. Miał trójkę rodzeństwa: dwie siostry Halinę i Reginę oraz brata Henryka. Jego ojciec był skrzypkiem, który po wybuchu II wojny światowej odnajdywał swój wewnętrzny spokój w wielogodzinnej grze na instrumencie; natomiast jego mama była panią ogniska domowego, zajmującą się dobrem i dostatkiem wszystkich domowników. Wśród swych znajomych rodzina Szpilmanów była ceniona i lubiana za swoje niezwykłe umiłowanie sztuki oraz wrodzoną, uprzejmość. Jak wiadomo, wszystkie ich marzenia i cele legły w gruzach, pierwszego września 1939 roku. Szpilmanowie byli Żydami, więc kilka miesięcy po wybuchu wojny znaleźli się w getcie warszawskim, gdzie przyjęli zasadę: "Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego". Lecz życie pisze swoje scenariusze, które często krzywdzą, zwłaszcza tak bardzo związaną ze sobą rodzinę...
Książka opowiada historię Władysława Szpilmana, który był pianistą z zawodu i z zamiłowania. Pracował przed wojną w Polskim Radiu, w którym dawał ludziom radość, grając znane sonaty i swoje autorskiej utwory. Czytałam już wiele książek o wojnie, ale jeszcze nie miałam okazji trafić na powieść autobiograficzną. To zupełnie inna, o wiele bardziej barwna forma "opowieści" o II wojnie światowej i Holocauście. Warto na początku podkreślić, że autor nie był z zawodu pisarzem, lecz pianistą, który częściej miał do czynienia z nutami niż literami. Choć jako Żyd Władysław Szpilman świetnie posługiwał się językiem polskim, czasami nawet lepiej od rodowitego Polaka. Dlatego ta książka, choć może nie jest jakimś wybitnym dziełem literackim na miarę Georga Orwella, ale przekazuje ważne treści . Więc, choć brak w "Pianiście" pięknym metafor i barwnych opisów, to nie stanowi to żadnej ujmy dla tej powieści.
Wojna zmusza nas do wielu rzeczy, ale przede wszystkim jest dla nas sprawdzianem naszej woli przetrwania i wyznawanych wartości. Ponieważ nikt nie musi bezwarunkowo podporządkować się obowiązującej władzy. Więc, pomimo panującego faszyzmu, szerzonego przez Niemców, można znaleźć w ich szeregach przeciwników, wręcz zdrajców hitlerowskich poglądów. Dziwi to zarówno nas, jaki i ludzi, którzy w tych "dobrych Niemcach" dopatrywali się ukrytych podstępów, i złych zamiarów. Lecz oni naprawdę byli dobrzy - przynajmniej niektórzy. Właśnie taka osoba pojawia się na kartach powieści. Jest nią Kapitan Wilm Hosenfeld, który bezinteresownie pomaga przeżyć Żydom, których już tylko krok dzieli od nieuchronnej śmierci. Ten piękny gest z jego strony jest niepodważalnym symbolem na to, że "Niemcy też byli ludźmi"...
Podsumowując: autobiograficzna powieść Władysława Szpilmana pt. "Pianista", to bardzo dobra książka i idealny przykład na to, że piekło można pokonać, a życie godnie przeżyć, wsłuchując się w przepełnione nadzieją dźwięki muzyki.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 3 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-11-03 23:06:06
"W kanałach Lwowa" - Robert Marshall
Hey guys!
Dzisiaj ze względu na późną porę trochę krócej, ale mam nadzieję, że nie mnie wartościowo. Miłego czytania i miłej nocy kochani ;D.

Pewnie każdy z nas, kiedy był mały bawił się w popularną grę w chowanego. Jest to prosta, pełna radości gra, która polega na znalezieniu jak najlepsze kryjówki. Istnieje wiele odmian tej gry, nie zawsze są one tak pozytywne, jak powinny być. Bo kiedy uciekamy przed kimś, dajmy na to naszym wrogiem, to szukamy schronienia, które uratuje nam życie. Czy to nie jest jedna z odmian tej popularnej gry? Tylko, że gdy ta osoba nas złapie, to może nas czekać los gorszy od śmierci...
Jest wiele książek o II wojnie światowej. Jedną z nich jest powieść Roberta Marshalla pt. "W kanałach Lwowa". To biograficzna opowieść o grupie Żydów, którzy w akcie desperacji ukryli się przed Niemcami we lwowskich kanałach. Pozbawieni światła dziennego, zapachu kwiatów i powiewu wiatru spędzili w kanałach czternaście miesięcy; nie wszyscy z nich przeżyli - przetrwali tylko ci, którym nie zabrakło hartu ducha i silnej, nieposkromionej chęci przetrwania, oraz ci, którzy po prostu mieli trochę szczęścia. Bo nie ukrywajmy, że gdy w grę wchodzi ludzkie życie, to czasem jeden niewłaściwy, przypadkowy krok wystarcza, by pożegnać się z życiem...
Robert Marshall to nie autor wielkich opisów na miarę Tollkiena, lecz pisarz, który nade wszystko ceni sobie prawdę o wydarzeniach, które przytacza. Niezliczone cytaty, odnośniki, czy chociażby fakt, że opisywane postacie żyły naprawdę, nadają niezwykłej autentyczności i prawdziwości tej powieści. Choć, gdy lektura dobiegnie końca, to trudno uwierzyć, że wszystkie opisane w niej wydarzenie faktycznie miały miejsce. Bo przeżyć takie piekło wydaje się czymś niewyobrażalnym i surrealistycznym, przynajmniej dla mnie. Akcja powieści zaczyna się w żydowskim gettcie we Lwowie, w marcu 1943 roku. Przez pierwsze kilkanaście stron książki mamy dokładny obraz codzienności Żydów w gettcie. To jakie życie tam prowadzili, odgrodzeni murem od pozostałej części miasta, już wydaje się przerażające. Ale to dopiero nic w porównaniu z tym, co działo się później. Niemieccy żołnierze prowadzili działania zmierzające do zagłady Żydów. Bohaterów nie dziwiły, narastające i coraz bardziej szerzące się, pogłoski o likwidacji getta. Niestety okazały się one prawdziwe. Mieszkańcy zaczęli, wcześniej przygotowaną, ewakuację do kanałów. Oczywiście nie wszyscy mogli się w nich schronić, to byłoby niemożliwe i wzbudziłoby zbyt wiele podejrzeń. Więc tylko nieliczni wybrani zeszli pod ziemię, gdzie większość z nich skończyła martwa w przepływających ściekach lub zdana na łaskę grasujących szczurów... Ale pewna rodzina, która zainicjowała zejście do kanałów, nie poddała się tak łatwo. Przy pomocy kanalarza Sochy, wraz z kilkunastoma innymi osobami, udali się do kryjówki, która zapewniła im względne bezpieczeństwo. Tak o to zaczyna się wielka, nieustanna walka o przetrwanie, w której dzień i noc nie gra roli, a każda, choćby najbardziej spleśniała, kromka chleba jest na wagę złota?
Jak wcześniej wspomniałam autor posługuję się dość oszczędnym stylem. W tej powieści mamy do czynienie z bardziej informującą formą przekazu, która występuję w książce Zofii Nałkowskiej pt."Medaliony". Muszą przyznać, że nie jestem wielką zwolenniczką takiej metody, bo nie pozwała mi ona odkryć postaci autora, który przez swój oszczędny język nadal jest dla mnie jedną wielką zagadką.
Jest wiele chwil w naszym w życiu, w którym świat wydaje nam się niewyobrażalnie wielki. Wtedy mamy wrażenie, że jego ogrom i wspaniałość nas przytłacza, że choćbyśmy się nie wiem jak starali, to i tak za życia nie uda nam się odkryć jego wszystkich tajemnic. W obliczu tego ,wyobraźmy sobie, co musieli czuć ludzie, którzy byli zamknięci pod ziemią, pozbawieni możliwości odkrywania piękna świata. Uzależnieni od swojego towarzystwa i ogarnięci troską o jutro Żydzi walczyli o przetrwanie. Musieli znosić uciążliwe warunki, pogłębiające się choroby i siebie samych. Bo w takich sytuacjach, w których każda godzina może być ostatnią, dochodzą do głosu ludzkie instynkty, których czasem nie można uciszyć? Do zaakceptowanie panującego stanu rzeczy prowadzi długa, żmudna droga. Nie każdy może dotrwać do końca tej podróży, w której najbardziej liczą się ludzkie wspomnienia i wewnętrzne poczucie dobra. Nie mam pojęcia, jak tym ludziom udało się przeżyć. A ściślej mówiąc jak udało im się przetrwać. Bo życie jakie tam wiedli trudno nazwać "życiem"... Dlatego podziwiam tych ludzi i im podobnych, którzy zeszli na dół, do piekła i pozostali żywi. Nie wiem, czy postąpiłabym podobnie, czy stać by mnie było na podobny czyn. Skoro czasem prostszym rozwiązaniem, niż nieustanna walka jest szybka, bezbolesna śmierć.
Podsumowując: powieść Roberta Marshalla pt. "W kanałach Lwowa", to książka o ludziach, którzy poświęcili wszystko by przetrwać najgorsze piekło, jakie mogło ich spotkać. To również powieść o Żydach i II wojnie światowej, która uczy, że życie to najpiękniejszy dar, który trzeba ponad wszystko cenić.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 3 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-10-30 20:15:33
22 Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie 2018
Hey guys!
Macie w swoim życiu takie chwile, na które musicie bardzo długo czekać? Ja mam, i choć czasem czas oczekiwania jest trudny, to warto jednak uczyć się cierpliwości, bo gdy już w końcu się doczekamy, to możemy przeżyć fantastyczną przygodę, która już na zawsze zapisze się w naszej pamięci. Miłego czytania, kochani ;D.

Ludzi dzieli mnóstwo rzeczy, ale również wiele ich łączy. Zainteresowania, podobne poglądy, czy wspólne wspomnienia to wspólny mianownik. Więc niezwykłym zjawiskiem jest zebranie w jedno miejsce ludzi w różnym wieku i z różnych miast, po to aby stworzyć wspólnotę i pokazać, że w swoim hobby nie są sami. Dla wszystkich książko-holików świata takim wydarzeniem były 22 Międzynarodowe Krakowskie Targi Książki. Od czwartku do niedzieli wszyscy fani książek mogli zdobyć autograf od swoich ulubionych pisarzy, oraz zrobić książkowe zakupy na najbliższe kilka miesięcy. O targach wiedziałam już od lat, zawsze zazdrościłam tym, którzy mogli pojechać na to wydarzenie. Bycie w miejscu, ze wszystkich stron, otoczonym przeróżnymi książkami musi być niezwykłe. I było. Ponieważ w tym roku po raz pierwszy miałam okazję uczestniczyć w Międzynarodowych Targach Książki w Krakowie. A więc dzisiaj mam dla Was kompletną relację z tego wydarzenia, mam nadzieję, że się Wam spodoba.
Plany pojechania na targi zrodziły się już rok temu, kiedy to miałam przyjemność być na Śląskich Targach Książki w Katowicach. Właściwie to na początku nie miałam pojęcia, że w stolicy naszego województwa również organizowane są targi. To w Internecie, przez przypadek, natrafiłam na tę informację i pomyślałam sobie czemu nie, może to i nie Kraków, czy Warszawa, ale zawsze coś. Więc jakoś udało mi się naciągnąć tatę, aby ze mną pojechał i było naprawdę fajnie. Impreza odbywała się wielkiej sali, gdzie poszczególne wydawnictwa porozkładały swoje stanowiska, wystawiając na nich swoje książki. Muszę przyznać, ze ludzi było tam niemało. Trzeba było lawirować wręcz, pomiędzy napierającym ze wszystkich tron tłumem. A na dodatek to tu, to tam ustawiały się kolejki do poszczególnych autorów, którzy zasiadali na pokaźnych fotelach i podpisywali podsunięte im pod nos książki. Jedną z największych zalet targów, są znaczące przeceny prawie wszystkich książek, tylko nowości (które często sprzedawane są przedpremierowo) mają swoją normalną cenę. A więc niezobowiązująca wycieczka na targi, to naprawdę świetna sprawa. Ale miałam mówić o Krakowskich, a nie Katowickich Targach Książki. W zasadzie to bardzo podobna sytuacja, tylko, że w Krakowie skala targów jest o wiele większa. Więcej stoisk, więcej książek, więcej bardziej prestiżowych autorów i oczywiście więcej ludzi (jakże by mogło być inaczej). Targi w tym roku trwały od 25 do 28 października. Początkowo miałam pojechać na nie w sobotę, ale po dokładnym sprawdzeniu programu zmieniłam zdanie i postanowiłam pojechać jednak w niedzielę. Dlatego, że okazało się, że w niedzielę autografy będzie rozdawać popularna pisarka książek dla młodzieży - Victoria Aveyard. A że ja czytałam jej książki, to nie mogłam przepuścić takiej okazji. Więc wybraliśmy się całą rodziną na wielką wycieczkę do Krakowa. Wyjechaliśmy, moim zdaniem za późno (mamy do Krakowa sporą kawałek ); bardzo zależało mi na czasie, ponieważ Victoria rozdawała autografy od 11:00 do 14:00 i tylko 250 osobom, bałam się, że się nie załapię. Jak na złość lał deszcz, który automatycznie zmuszał nas do wolniejszej jazdy. Ale około godziny 11 dojechaliśmy. Naraz, kiedy zostało nam około półtora kilometra do celu, zrobił się straszny korek. Posuwaliśmy się do przodu w ślimaczym tempie, a kiedy mieliśmy już skręcić we właściwą ulicę okazało się, że policja kieruję ruchem i nie pozwała nikomu tam wjechać. Nie pozostało nam nic innego, jak jechać dalej prosto i zawrócić przy pierwszej okazji. Jechaliśmy więc znów w tę samą stronę, licząc, że może z drugiej strony uda nam się tam wjechać. Lecz niestety po drogiej stronie ulicy stał drugi policjant, który nie przepuścił nas i kazał nam jechać na najbliższy parking koło galerii handlowej. Ja zrozpaczona spoglądałam na zegarek, który wskazywał kilkanaście minut po jedenastej. Niespodziewanie moja mama wpadła na genialny pomyśl, abyśmy we dwójkę poszły na targi, a w tym czasie tata i mój brat znajdą parking. Zgodziłam się, wzięłam torebkę, i książki do podpisu. Wyszłyśmy w mamą na deszcz, nie zabrawszy ze sobą ani jednej parasolki. Opatuliłam książki szczelnie dwoma reklamówkami i niosłam je przed sobą niczym jakieś ważne dzieło sztuki. Nie miałyśmy pojęcia, gdzie dokładnie są te targi, ale szłyśmy za, otaczającym nas, tłumem. Deszcz padał i padał, a ja nie miałam nawet kaptura na głowę. Mokre włosy zaczęły mi ciążyć, ale po mimo tego, na wpół ślepo (przez zabrudzone od deszczu okulary), brnęłam przed siebie na spotkanie z Victorią. W końcu ukazał się przede mną budynek targów - Międzynarodowe Centrum Targowo-Kongresowe w Krakowie. Na dworze ustawiła się już kolejka do środka, przed wejściem ochrona, ze względów bezpieczeństwa, przeszukiwała wszystkich. Kiedy weszłam do środka, jako pierwsze zobaczyłam (coś jeszcze widziałam) stawione w rzędzie kasy i tłum ludzi. Kupiłam bilety i zapytałam panią w kasie o salę, w której jest spotkanie Victorią. Ta odesłała mnie do innej pani, która z kolei wręczyła mi do ręki plan obiektu i pokierowała do odpowiedniego pomieszczenia. Na szczęście sala seminaryjna Lwów BC była blisko wejścia. Okazało się, że była to sala wielkości około dwóch sal lekcyjnych, przed którą zdążyła się już ustawić niemała kolejka. Stanęłam na korytarzu, na końcu kolejki. Wyczyściłam okulary (o jaki ten świat wyraźny!), ściągnęłam ciepłą kurtkę i kolokwialnie mówiąc ogarnęłam się, po ponad kilometrowym spacerze w deszczu. Za mną zaczęły ustawiać się kolejne osoby, kolejka wydłużała się, ale wciąż stała w miejscu. Zauważyłam drugie wejście do tej sali, z którego swobodnie wychodzili szczęśliwcy, zdobywcy autografu. Postanowiłam, że chociaż rzucę okiem na tę salę, poprosiłam więc mamę o pilnowanie kolejki i ruszyłam na tzw. "risercz". Kiedy weszłam do środka zobaczyłam rzędy pustych białych krzeseł, nieszczęsną, długaśną kolejkę oraz Victorię Aveyard siedzącą u szczytu długiego stołu i podpisującą podsunięte jej książki. Pomyślałam w tedy sobie: "Wow, widzę już ją na żywo, niewielu ma taką okazję. To może tak zrobić jej jeszcze zdjęcie?". Może to głupie, ale podeszłam trochę bliżej i cyknęłam z ukrycia kilka fotek, tak na wszelki wypadek, jakby nie udało mi się zdobyć autografu. Wróciłam zadowolona do kolejki i czekałam. Czekałam i czekałam, stojąc i praktycznie nie poruszając się do przodu. Wtem jakaś organizatorka przyszła i wygoniła na koniec część ludzi z (jak się okazało) drugiej kolejki, która z boku dołączała się do naszej. Po tym incydencie już można było odczuć, że posuwamy się do przodu. Wkrótce mój tata wraz z bratem przyszli, bo znaleźli miejsce parkingowe. Przynieśli nam też coś do jedzenie, szczerze mówiąc, z tego wszystkiego nawet nie byłam głodna. Wiedziałam już wcześniej, że można dać maksymalnie cztery książki do podpisu. Ja zabrałam ze sobą trzy, więc szybko poszłam kupić czwartą, której jeszcze nie miałam okazji przeczytać. I tak o to z czterema książkami w rękach w końcu weszłam do sali; od tego miejsca już tylko mały odcinek dzielił mnie od Victorii. Pewna pewni zaczęła nam rozdawać kolorowe karteczki, na których mieliśmy napisać drukowanymi literami swoje imię. Zostało już tylko kilka osób, zaczęłam się denerwować i odczuwać ogólne podekscytowanie, zaczęły mi się pocić ręce, jedne zdanie, które miałam powiedzieć Victorii kompletnie wyleciało mi z głowy. Jakaś pani wzięła ode mnie moje książki, drugiej dałam mój telefon. I w końcu, po tylu godzinach oczekiwania, nadeszła ta chwila. Podeszłam do długiego stołu, przywitałam się. Victoria z uśmiechem zapytała: "How are you?". Zapomniałam języka, nie wiedziałam jak się mówi i jakimś cudem wydukałam, że nazywam się Asia. Nie, no po prostu perfect English. Dobrze, że obok siedziała tłumaczka i jakoś wybrnęłam z tej wpadki, bo nie wiem jakby się to inaczej skończyło. A więc później odpowiedziałam prawidłowo na pytanie, mówiąc coś w stylu popularnego "dobrze". Zanim podpisała pozostałe moje książki zdążyłam jeszcze wydukać, że podobały mi się jej powieści, że były dobrze przemyślane itp. Właściwie, to przez to wszystko nie pamiętam dobrze co , ja takiego mówiłam. Wiem, że jak skończyłam, to podziękowała mi za komplement, ustawiłyśmy się do zdjęcia, pstryk, pstryk, fota zrobiona. Było jeszcze wielkie ostatnie "dziękuję" i odeszłam uszczęśliwiona, robiąc miejsce kolejnej, spragnionej autografu, osobie. Jak się potem okazało mój tata nagrał film mojej "wielkiej rozmowie" z Victorią - to dopiero wartościowa pamiątka! Trudno mi nadal uwierzyć, że, pomimo mojego spóźnienia, udało mi się dostać autograf popularnej amerykańskiej pisarki. A i tak najbardziej zszokowała mnie sama osoba Victorii, ponieważ mimo to, że byłam chyba z setną osobą na tym spotkaniu, ona dalej była niezwykle miła i uśmiechnięta i to przez cały czas. Wow, ja nie jestem pewna, czy też bym tak potrafiła. Bo co innego jak widzieć konkretną osobę w Internecie, a co innego potykać ją na żywo. Moje odczucia zarówno wirtualne, jak i w rzeczywiste ,są jak najbardziej pozytywne.
Ale chociaż autograf Victorii był jednym z głównych moich celów, to na tym bynajmniej targi książki się nie skończyły. Bo gdy już miałam podpisane książki, udałam się na główną salę targów, gdzie były rozłożone stoiska wydawnictw. Rzuciłam się w środek , napierającego ze wszystkich stron, tłumu i lawirowałam pomiędzy jednym regałem z książkami, a drugim, starając się wypatrzeć jak najtańsze dzieła literackie. Chyba nie muszę mówić, że obejście tego wszystkiego i zaliczenie wszystkich stoisk zajęło mi z kolejne dwie godziny. Ale czas na tego typu spotkaniach ucieka błyskawicznie. Kiedy już zaglądnęłam we wszystkie możliwe zakamarki, i kiedy to już torba oraz noszona przez cały czas reklamówka z książkami (nie wiedziałam, że książki są aż takie ciężkie) zaczęła mi ciążyć, opuściłam targi. Lecz wyszłam stamtąd bogatsza o książki podpisane przez Victorię Aveyard oraz cztery nowe powieści, które zdecydowałam się kupić. Były to: "Wojenna burza", "I nie było już nikogo" , "Morderstwo w Boże Narodzenie", oraz "Moxie" autorstwa Jennifer Mathieu. Co prawda, przez brak wydawnictwa Papierowy Księżyc, nie udało mi się zdobyć "The hate u give", ale i tak jestem zadowolona ze swoich książkowych połowów.
A więc podsumowując: 22 Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie uważam za udane. Było absolutnie rewelacyjnie, nie spodziewałam się, że będzie tam aż tyle osób. Ale to dobrze, bo świadczy to o tym, że jednak Polacy czytają książki. Polecam Wam to wydarzenie, mam nadzieję, że kiedyś będziecie mogli być tam ze mną.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 3 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-10-27 22:18:55
"Poczwarka" - Dorota Terakowska
Hey guys!
Przepraszam, że dzisiaj tak późno, ale wcześniej nie miałam czasu ani na pisanie, ani na "bawienie się" w umieszczanie postów. No ale jakoś mi się dzisiaj udało wybrnąć z tej sytuacji. Miłego wieczoru, kochani :D.

Czy idealizm jest dobry? Czy idealne życie jest dobre? Tak i nie. Ponieważ idealizm to skrajność, a wiadomo, że skrajności nie są dobre. Nikt nie żyje perfekcyjnie, każdy popełnia błędy...
Książka Doroty Terakowskiej pt."Poczwarka", to powieść o Adamie i Ewie, udanym małżeństwie mieszkającym w idealnie zaprojektowanym domu. Wszystko w nim objęte jest ściśle określonymi zasadami, nawet książki na półce nie leżą tam przypadkowo. Lecz tę całą harmonię burzy pojawienie się Marysi, pierwszego dziecka Adama i Ewy, które (w czym problem) znacząco odbiega od normalności. Bowiem Marysia, inaczej zwana Myszką ma wrodzoną chorobę genetyczną ? zespół Downa. I gdzie jest miejsce dla tego dziecka w perfekcyjnie skonstruowanym świecie Adama i Ewy?
Dorota Terakowska w niezwykle przemyślany i subtelny sposób porusza tak ważne tematy jak tolerancja, czy akceptacja drugiego człowieka, pomimo jego wszelkich wad. Przedstawiona w tej powieści historia, to może nie dokument, ale opowieść o tym co może zdarzyć się naprawdę. A może już podobna historia miała miejsce? Niewykluczone... Niemniej jednak Adam i Ewa są typowym przykładem małżeństwa bogatego, nieco egoistycznego, zwracającego bardziej uwagę na opinię innych ludzi, niż na ich potrzeby. Dlatego kiedy na świat przychodzi ich niepełnosprawne dziecko, uznają je za największą porażkę i nieporozumienie swojego życia. "Nie na pewno zaszła jakaś pomyłka, w końcu dlaczego to nam miałoby się przytrafić, skoro jesteśmy bogaci i możemy mieć wszystko czego tylko zapragniemy?" Zdawali się na początku pytać. A gdy uświadomili sobie, że żadnej pomyłki nie było, wtedy zaczęły rodzić się kolejne pytania: "Co pomyślą sobie o nas nasi znajomi, sąsiedzi?" Pytali, tak jakby zdanie innych w tej kwestii liczyło się najbardziej... Ostatecznie dziecko cudem uniknęło porzucenia, w Ewie obudził się matczyny instynkt, który kazał jej zaopiekować się swoją córką. Tak oto Ewa wylądowała w domu z Myszką, która zmieniła w jej życiu dosłownie wszystko. Opiekowanie się dzieckiem z DS nie należy do łatwych zająć. Bowiem takie dzieci potrzebują nieustannej uwagi, opieka nad nimi po pewnym czasie może być męcząca. Istnieje kilka stopni upośledzenia, które decydują o rozwoju i zdrowiu dziecka. Akurat przypadek Marysi należał do najcięższych odmian tej choroby. Ale pomimo wszystko te dzieci nazywane są Darami Pana, lub Dziećmi Boga. Dlaczego ktoś miałby tak nazwać osoby chore na zespół Downa? W końcu to nie ma sensu, sroko to my ludzie idealni zostaliśmy stworzeni na podobieństwo Boga, a nie oni - ci upośledzeni, czyli automatycznie gorsi. To rozumowanie jest błędne. Bowiem te dzieci mają bardziej rozbudowany świat wewnętrzny, o którym jednak, przez chorobę, nie potrafią nam opowiedzieć. Żaden podręcznik, żadna książka naukowa nie opisuje myśli i wyobrażeń dzieci z DS, wdaje mi się wręcz, że gdyby istniała możliwość zajrzenia w głąb takiego dziecka, to i tak niezwykle trudno byłoby opisać słowami, to co byśmy w nim odkryli. Ponieważ one posługują się innym językiem, obcym dla nas.
Jest wiele sposobów radzenia sobie z problemami. W końcu można popaść w alkoholizm, narkomanię, czy pracoholizm. W ten ostatni z zapałem rzucił się Adam, odcinając się od swojej najbliższej rodziny, szukając pocieszenia w obowiązkach. Ale tzw. "odkładanie problemów na później" wcale nie przyczynia się do ich rozwiązania. Wręcz przeciwnie sprawia, że jeszcze bardziej się pogłębiają, do tego stopnia, że czasem wydają się po prostu nierozwiązalne. Adam jest świetnym prezesem swojej firmy, ale beznadziejnym ojcem, który nie chce mieć zupełnie do czynienia ze swoją chorą córką. Natomiast jego relacje z Ewą również nie należą do najlepszych, ich kontakt jest chłodny, w niczym nie przypominają niegdyś kochającego się małżeństwa. Adam to takich "czarny charakter" tej powieści. Bo "Poczwarka" jest uosobieniem świata, a ani on dobry, ani zły...
To już trzecia książka Doroty Terakowskiej jaką miałam okazję przeczytać. Ale jakoś w poprzednich książkach autorka nie była dla mnie tak wyrazistą postacią, jaką jest teraz. Jej styl, wykreowany świat i zawarta w nim inteligencja, są naprawdę godne podziwu. Bo nie każdy potrafiłby napisać tę książkę, z tymi bohaterami, z tymi wydarzeniami... W powieści prawdziwym mistrzostwem były porównania do biblii, które na stronach książki można spotkać wielokrotnie. Więc teraz pewnie domyślacie się, że Adam i Ewa to nieprzypadkowe imiona głównych bohaterów...
Podsumowując: "Poczwarka" autorstwa Doroty Terakowskiej to powieść o tolerancji, zrozumieniu i akceptacji świata, w którym żyjemy. Ta książka nie tyle jest ważna, co potrzebna. A więc przeczytajcie ją a sami się przekonacie, że - TO JEST DOBRE!
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 3 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-10-23 21:47:13
"Ziele na kraterze" - Melchior Wańkowicz
Hey guys!
Czy macie takie miejsca w którym czujecie się najlepiej na świecie? Jednym z moich jest zdecydowanie mój dom (z moją rodziną włącznie). Tak więc miłej nocy, kochani ;D.

Dom. To miejsce nam znane, ale nadal w pewien sposób tajemnicze. Chociaż, co tak naprawdę jest prawdziwą istotę domu? Czy patrzymy na niego przez pryzmat budynku, czy może mieszkających w nim ludzi? Nasza odpowiedź na to pytanie zależy od naszego wychowania. Jeżeli nasze domowe ognisko było przepełnione miłością, to dom będzie się nam kojarzyć z ciepłymi ludźmi, a jeżeli tej miłości, z różnych przyczyn zabrakło, to zazwyczaj nie reagujemy emocjonalnie na podane hasło.
Powieść Melchiora Wańkowicza pt. "Ziele na kraterze" jest autobiograficzną historią o dzieciństwie i dorastaniu jego córek, które zostały wychowane w Domeczku, w którym wspomnianej miłości nigdy nie zabrakło. Martę i Krysię, główne bohaterki, poznajemy niemal od kołyski, aż po kres ich życia. Dorastające, w jednej z dzielnic Warszawy, dziewczynki nie zapomniały co to piękno, dobro, sztuka, czy wartościowa literatura. Bawiły się, podróżowały, czyli po prostu czerpały z życia pełnymi garściami, aż do momentu, gdy nad Polskę ponownie nadeszła czarna chmura nazywana wojną.
Melchior Wańkowicz w swojej powieści posłużył się nietypowym, pełnym ozdobnych słów stylem, oraz ciekawą, choć nieco niezrozumiałą narracją. Ponieważ książka jest przeplatana narracją pierwszoosobową i trzecioosobową; powstał w ten sposób nietypowy rodzaj prozy. . Niestety, moim zdaniem, książka dużo traci na tym zabiegu, ponieważ przez większość czasu czytania lektury, nie wiadomo kto opowiada. A jak tu wyobrazić sobie osobę skoro nie wiemy dokładnie kto kim jest. Dopiero w późniejszym czasie można dojść do wniosku, że faktycznie to sam autor opisuje losy swojej rodziny, lecz czasami mówi o sobie w trzeciej osobie ? nie ukrywajmy, jest to dość dziwne. Druga kwestia dotyczy użytego słownictwa, oraz rozbudowanych i kwiecistych opisów. "Ziele na kraterze" zaliczane jest do najwybitniejszych polskich dzieł ubiegłego wieku. Lecz użyte w nim słownictwo, dla dzisiejszej młodzieży, nie jest już aktualne, jak było to przed laty. Właśnie przez trudny język, niełatwo zrozumieć czego dotyczą wydarzenia. Czytelnik miejscami gubi się, a nawet traci wątek, nie wspominam już nawet, że przez to nie można bez pamięci oddać się lekturze i zanurzyć się w, zmieniających się realiach ubiegłego wieku. Wielka szkoda, bo dwudziesty wiek pod pewnymi względami był niezwykle interesujący?. Ale przejdźmy do bohaterów powieści . Jak mówiłam, jest ich niezwykle dużo, a na dodatek każdy z nich opisany jest z niezwykłą dokładnością, która sprawia, że opisywana postać staje się nierealna Są jeszcze przezwiska, które autor uznał za stosowne umieścić w tej powieści. Przezwiska są zabawne, ale w zbyt wielkiej ilości są po prostu niepotrzebne. Powiedzmy, że na setnej stronie pojawia się jakieś nazwisko bohatera, które przez następne strony przewija się jeszcze kilkukrotnie. Po czym sto stron później, kiedy poznaliśmy już dużo więcej innych przezwisk tej postaci, to w zasadzie po raz drugi pada przezwisko, o którym autor napomknął już wcześniej. I jak tu czytelnik ma się odnaleźć w tym gąszczu, kiedy o on zwyczajnie nie pamięta. Cóż, ja się nie dziwię biednemu, sklerotycznemu czytelnikowi, któremu czasami trzeba podawać wszystko na tacy... Przejdźmy teraz do plusów tej powieści, bo minusów zdołałam wypisać już wiele. Więc tak, pierwszą, podstawową pozytywną rzeczą w tej książce jest fakt, ze to utwór inteligentnie napisany. A w zasadzie opisanie inteligentnych bohaterów. Wiem, że brzmi to trochę jak mało maślane, ale czasem prawdę trudno wyrazić innymi słowami. W każdym razie Melchior Wańkowicz oraz jego rodzina, to prawdziwy przykład rodziny z zasadami i niezmieniającymi się tradycjami. Ich własny, niepowtarzalny Domeczek był ostoją wszystkiego co dobre, zwykłe, a również niezwykłe. Problemem może być również przestarzały język. Ponieważ jedną z podstawowych funkcji archaizmów jest przeniesienie czytelnika do czasów rozgrywanych wydarzeń. Wiemy, że w ubiegłym wieku nikt nie mówił: "siema", "spadaj", "nara", jak wielu mówi dzisiaj, lecz posługiwano się językiem pięknym. Budowano pełne zdania, zamiast korzystać z niepotrzebnych i zubożających skrótów myślowych. Myślę więc, że kwestia archaizmów jest dość subiektywna, w moim przypadku odbiór jest zarówno pozytywny, jak i negatywny. Dotyczy to też słownictwa Wańkowicza. Bo jest ono zarówno lekko niezrozumiałe, jak i w pewien sposób piękne. Ja bardzo doceniam ten język, bo wiem, że czasem nie lada sztuką jest wydobyć z siebie pięć dobrych zdań, a co dopiero dwa, a nawet trzy razy tyle.
Podsumowując tę zbieraninę plusów i minusów powieści Melchiora Wańkowicza - "Ziele na kraterze", to książka ciężkostrawna, lecz zasługująca (choćby ze względu na poszerzenie słownictwa) na uwagę.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 3 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-10-20 18:27:51
"Gwiezdny pył" - Neil Gaiman
Hey guys!
Lubicie marzyć? Jeśli tak, to ta książka skutecznie może spowodować Wasze rozmarzenie. Miłego wieczoru, kochani ;D.


Czasami mamy ważenie, że wyobraźnia ludzka nie zna granic. No i dobrze, ponieważ wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy, bo wiedza jest ograniczona. To słowa słynnego naukowca Alberta Einsteina, które wyrażają całą prawdę o możliwościach ludzkiego umysłu, których nie można z określić inaczej, niż słowem wyobraźnia. Bo to, jak bardzo będziemy "ograniczeni", zależy tylko i wyłącznie od nas. Ja bardzo doceniam potęgę ludzkiej wyobraźni, która w porównaniu do świata materialnego, jest rzeczywiście nieograniczona. To właśnie ten szereg nieprzebranych możliwości, wyraża piękno naszej, jedynej w swoim rodzaju, struktury. Jednym ze współczesnych pisarzy "cudotwórców", jest Neil Gaiman. Aż trudno stwierdzić, co "siedzi w głowie" temu brytyjskiemu autorowi bestsellerów.
"Gwiezdny pył" to opowieść o młodym Tristranie Thornie, który w skutek nieopatrznie złożonej obietnicy, trafia do położonej za murem Krainy Czarów, gdzie każda bajka na dobranoc staje się prawdą. Tristran w tym świecie poszukuje spadającej gwiazdy, której upadek oglądał wraz ze swoją ukochaną Victorią Forester. Młody Thorn jest gotowy zrobić wszystko, aby zdobyć serce, niedostępnej dla niego, dziewczyny. Lecz przeprawa przez magiczny las i zniewolenie upadłej gwiazdy, to dopiero początek przygód młodzieńca, który ciągle od nowa poszukuje swojej własnej drogi do szczęścia.
Fantazje Geimana są znane niemal na całym świecie. Młodzi i starzy pokochali powieści pełne magii i nieprzewidywalnych zwrotów akcji. Autor nazywa swoje książki "bajkami dla dorosłych"; zaliczają się one również do tzw. "kolorowej fantastyki". Te sformułowanie to kwintesencja zarówno narracji, jak i klimatu powieści. W tej książce można się spodziewać dosłownie wszystkiego, od złych czarownic, do latających podniebnych statków. Ale ogólna ocena tej powieści sprawia mi pewien problem. Niestety, treść jest bardzo przewidywalna. To stanowi jeden z największych minusów tej książki Gaimana. Niby autor wprowadza nas w stan niepewności odnośnie przyszłości, ale jednak my możemy łatwo przewidzieć rozwój przyszłych wydarzeń. Dlatego tę powieść uznaję za dobrą,jak najbardziej godną przeczytanie , ale nie zostałam przez nią zaskoczona. W "Gwiezdnym pyle" bardzo podobały mi się zastosowane w niej nieoczywiste metafory. Gaiman ciekawie zestawiał ze sobą nierzeczywiste zjawiska, nadając im niezwykle tajemniczą nutę, której sens musimy sami odkryć. To bardzo powiew świeżości w literaturze fantasy. Ponieważ mam wrażenie, że w tej dziedzinie istniej już wiele powtarzających się non-stop, wręcz już przejedzonych metafor, które każdy zna i nie chce już dalej rozpamiętywać. Dlatego słowa użyte przez Naila Gaimana były dla mnie miłą, zaskakującą odmianą.
Kolejne zdziwienie wywołał u mnie fakt, że powstała filmowa adaptacja "Gwiezdnego pyłu". Nie mogłam pojąć, jak tak magiczną powieść można przenieść, na, nie aż tak magiczny, ekran kin. Niestety ekranizacji zabrakło jednej podstawowej rzeczy. A mianowicie stylu autora, który sprawiłby, że ten film stałby się magiczny i niepowtarzalny. No cóż, czasem, pomimo usilnych starań, nie można uzyskać, tej brakującej kropki nad "i"...
Podsumowując: "Gwiezdny pył" autorstwa Naila Geimana, to magiczna powieść o wyprawie do mrocznej, cudownej krainy - w poszukiwaniu miłości i tego co niemożliwe.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Data: 2019-02-10 22:23:34

Autor: Morrigan

Muszę koniecznie przeczytać jakąś książkę Gaimana:D
Zaloguj się aby komentować.
2018-10-16 20:43:33
"Rok 1984" - George Orwell
Hey guys!
Zastanawialiście się kiedyś co to jest wolność? Ale nie chodzi mi tu tylko o zniewolenie w sposób fizyczny, lecz o prawdziwą kwintesencję słowa "wolność". Myśleliście kiedyś nad tym? Jeżeli nie, to dzisiaj mam Wam do zaoferowanie stu procentowy antonim tego słowa. Więc wystarczy tylko odpowiednio przekształcić moje słowa i zagadka wolności rozwiązana. Mam nadzieję, że mój dzisiejszy wpis zmusi Was do refleksji nad otaczającym nas światem, ale przede wszystkim nad samym sobą...

Dwuznaczność to rzecz tak samo piękna, co złudna. W końcu można posłużyć się językiem metafor aby wyrazić myśl, lecz z drugiej strony można paść ofiarą żartu, który nie przyniesie nam zbyt dużo korzyści... Czasami dopatrujemy się tak zwanej "dziury w całym", próbujemy znaleźć jakąś wadę, rysę lub cokolwiek innego, co sprawiłoby, że mielibyśmy rację, gdy tak naprawdę jej nie mamy. Albo nieco odwrotna sytuacja, poszukujemy sensu pewnego słowa. Pytamy się co dane wyrażenia tak naprawdę znaczy, to typowa zgadywanka w stylu "co autor miał na myśli". Często rozwiązaniem nie są jakieś odległe prawdy, lecz coś tak prostego, że aż trudno na to nie wpaść. Cóż to za dwuznaczność, która każe nam myśleć tak, jak ktoś inny, a nie my sami. Zniewolenie, zniewaga dla potęgi ludzkiego umysłu. Ale jakie to ma znaczenie, skoro wolność to niewola...
Istnieją powieści, które z biegiem czasu się nie starzeją. Przekazywane w nich treści są nadal aktualne, a końcowe sceny coraz to bardziej zaskakujące. Są to książki, które można czytać miliony razy, a i tak za każdy razem odnajdziemy w nich coś innego... Wydaje mi się, że ponadczasowość, to adekwatne słowo, którym można opisać jedną z najpopularniejszych powieści angielskiego pisarza Georga Orwell, pt. "Rok 1984".
Wielki Brat patrzy. Wielki Brat obserwuje. Wielki Brat zawsze jest przy Tobie. To kwintesencja opowieści o alternatywnym, totalitarnym świecie, od którego dzieli nas tylko krok... Winston Smith byłby niewyróżniającym się dojrzałym mężczyzną, gdyby nie jedna rzecz, którą jego świat mógłby mu zarzucić. A mianowicie myślenie. Ponieważ Winston myśli, analizuje i codziennie popełnia tę samą myślozbrodnię, zastanawiając się nad motywem, i przyczyną działań rządzącej partii. To prowadzi go do coraz większego buntu, a bunt w 1984 może się skończyć tylko jednym - śmiercią. I chociaż Winston wie, że już jest martwy, to nadal nie zaprzestaje swoich działań, ponieważ wierzy w lepszy świat. A ten nikły promyk nadziei jest jego prawdziwym szczęściem.
"Rok 1984" znacząco różny się od lat 80 jakie znamy. Ponieważ w totalitarnym świecie podzielonym na trzy kraje: Oceanie, Eurazję i Wschódazję, nie ma miejsca na bujne fryzury, szalone imprezy, czy znaczący rozkwit kina (mnie przynajmniej z tym kojarzą się lata 80 ubiegłego wieku). Zamiast tego mamy do czynienia z wszechogarniającą biedą, nędzą i złudnym poczuciem, że jest lepiej niż było kiedyś. W przedstawionym świecie najważniejszy jest Wielki Brat i ideologia Partii. Aby podporządkować sobie społeczeństwo, Partia stworzyła nowe zasady funkcjonowania świata. Zaczęła kreować wedle własnego zamysłu teraźniejszość, przyszłość i przeszłość. Tak przeszłość. Ponieważ Partii nie wystarczało istnienie tylko i wyłącznie od danego momentu w przeszłości, ona chciała istnieć już zawsze, zarówno w tym co było, jak i w tym co będzie. Ponadto wprowadziła zasadę jednomyślności - ten kto choćby pomyśli źle, lub inaczej niż Wielki Brat, popełni myślozbrodnię, a myślozbrodnia to jedno z największych przestępstw jakie istniało w totalitarnym 1984 roku. Żeby tego uniknąć Partia wpadła na kolejny "cudowny" pomysł - zamontowania tzw. teleekranów, które nie tyle miały przekazywać najnowsze komunikaty Partii, co przede wszystkim, obserwować i wyłapywać choćby najdrobniejszych przestępców. Jakby tego wszystkiego było mało, trwa nieustanna wojna, z pozostałymi dwoma krajami. A to z kim Oceania prowadzi obecnie wojnę, nie ma najmniejszego znaczenia, ponieważ:
a) życie mieszkańców wcale nie ulega zmianie i b) nawet jeśli wróg Oceanii zmienia się co jakiś czas, to i tak Partia uparcie twierdzi, że owo państwo było ich wrogiem zawsze, a to co mówi Partia jest niepodważalną prawdą. W tym świecie Winston Smith jest pracownikiem Ministerstwa Prawdy, który próbuję być kimś więcej niż tylko pionkiem, ale wie również, że jego myśli to przestępstwo.
Już wcześniej miałam okazję czytać jedną książkę Georga Orwella. Był to "Folwark zwierzęcy", który odnosi się do podobnym tematów, co "Rok 1984". Jednakże ta druga powieść jest o wiele bardziej rozbudowana, chociaż nie mniej przemyślna. To z jaką precyzją Orwell stworzył alternatywną wersję 1984 roku, jest zdumiewające. Wszystko w tej książce się zgadza. Wszystko jest idealnie przemyślane i zaplanowane. Aż nie pozostaje nic innego, jak tylko czytać i delektować się tą powieścią. To coś niesamowitego. Jak można stworzyć tak idealny, pod względem logicznym i merytorycznym świat. Nowomowa, myślozbrodnie, teleekrany? Po prostu mistrzostwo. Ja, jako osoba czynnie pisząca niezmiernie podziwiam talent literacki, jaki posiadał George Orwell. Tylko osoba wybitna mogłaby stworzyć tak skomplikowany, a zarazem prosty świat. To jest genialna i wciąż aktualna książka, o której mogłabym pisać godzinami, a i tak nie napisałabym wszystkiego, co napisać bym mogła. Miałam również okazję zobaczyć ekranizację tej powieści. Muszę przyznać, że jeszcze zanim zobaczyłam ten film, to już wiedziałam, że nie dorówna on książce. Moje przypuszczenia okazały się trafne, ponieważ adaptacja filmowa jest tylko i wyłącznie dodatkiem do jakże wspaniałego utworu. Ten film nie był tak dobry, bo po prostu zabrakło w nim niepowtarzalnego stylu Georga Orwella. W tym wypadku sam pomysł, czy idea nie wystarcza, potrzeba specjalisty, aby stworzyć dzieło sztuki. A tym bez wątpienia jest "Rok 1984". Na tym mogłabym zakończyć moją recenzję, ale chcę się jeszcze z Wam podzielić jedną z moich refleksji, dotyczącą tej książki. Mam nadzieję, że Was zainteresuję...
Chociaż rok 1984 jest zamierzchłą przeszłością, to ukazany w nim totalitaryzm jest nadal w pewien sposób aktualny. Tylko, że dzisiaj mamy do czynienie z nieco innym zniewoleniem. Mowa oczywiście o mediach społecznościowych i całej tej technologicznej otoczce. Bo w końcu człowieka uzależnionego, można nazwać człowiekiem zniewolonym. "Siedzenie" przez cały czas w wirtualnej rzeczywistości i powtarzanie tych samych schematów, jest przypadkiem tym samym, co zanik swojej wewnętrznej inteligencji. Właśnie ten sam przypadek zaniku myślenia idealnie opisał George Orwell, tylko, że on odniósł się to realiów świata, w którym żył. Gdyby tak napisać powieść o podobnej strukturze, tylko, że zamiast roku 1984, ( ta książka jest wyobrażeniem autora o przyszłym życiu w 1984 roku) nadać dziełu tytuł "Rok 2081"... W owej powieści prężnie działaby najnowocześniejsza technologia. A najważniejszą rzeczą dla każdego człowieka byłby Internet, i to taki pisany wielką literą. Ludzie ogłupiali taką rzeczywistością mieliby wszystko, ale tak naprawdę nie mieliby nic. Więc skoro władzę nad ludźmi sprawuje Internet, to ten kto rządzi Internetem, rządzi również całym światem. Czy taka książka tak bardzo różniłaby się od powieści Georga Orwella? Nie. Tak naprawdę przedstawiałaby ten sam świat, ten sam brak wolności... A najgorsze w tym wszystkim jest to, że to my sami przyczyniamy się do naszej zagłady. Lecz pocieszające jest to, że "Rok 2081" jeszcze nie nadszedł...
Podsumowując, książka "Rok 1984" autorstwa Georga Orwella, to kompletna opowieść o przeszłości, przyszłości i ciągle poszukiwanej wolności. Tej powieści nie można tylko przeczytać, ją trzeba przeżyć. Ponieważ totalitaryzm to nieśmiertelna choroba, która może ukrywać się nawet pod maską demokracji.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-10-13 20:30:16
"Gwiazd naszych wina" - John Green
Hey guys!
Co powiecie na recenzję książki, która podbiła już serca tysięcy czytelników na całym świecie? Mam nadzieję, że jesteście na tak, ponieważ dzisiaj na tapetę idzie "Gwiazd naszych wina" autorstwa Johna Greena (ale się zrymowało). Miłego czytania, kochani ;D.

Co jest najważniejsze początek, środek, czy koniec? Wielu powiedziałoby, że koniec-finał jest najważniejszy. Ale jeśli na początku dobrze nie wystartujesz, to możesz nie osiągnąć tak dobrego wyniku, jak mógłbyś osiągnąć, gdybyś od początku dał z siebie sto procent. Lecz co po tym, jeśli możesz potknąć się w połowie trasy, stracić uzyskaną przewagę, czy nawet skręcić bądź złamać nogę przez ten niefortunny wypadek... Jeśli by spojrzeć na to z tej perspektywy, to okazuję się, że tak naprawdę nie ma na to pytanie dobrej, poprawnej odpowiedzi. Są tylko ewentualności, które można wziąć pod uwagę i odpowiednio się do niech dostosować, lecz i tak nie da się przewidzieć, tego co będzie. Właśnie takie jest życie. Nie ma jednoznaczniej, poprawnej odpowiedzi.
Jak wielu przede mną, i jak, zapewne, wiele po mnie osób, chcę zrecenzować najsłynniejszą powieść Johna Greena pt. "Gwiazd naszych wina". Ale nie chcę opisać treści tej książki.. Bo kiedy o czymś piszesz,, to jakbyś przyznawał się do tego, że to utraciłeś. W końcu mówimy "przeczytałem", a nie "czytam". Czas przeszły to koniec i kropka, w ogóle "do widzenia" z całą recenzją. Mówią, że powinno się rozpamiętywać przeszłości, tylko żyć przyszłością. Okay, wyrażanie swojego zdanie jest ważne, to fakt; a że zazwyczaj odnosimy się właśnie do tego, co było (mówienie o tym co będzie, to tak naprawdę tylko przypuszczenia, nic po za tym), nie żyjemy teraźniejszością, tylko przeszłością. Bo kto normalny mówi o tym, co aktualnie czuje. Pytam: kto normalny? Zapewne wiele osób zarzeka się teraz, że właśnie robi dokładnie, tak jak opisuję - wyrzuca swoje żale, jakby były jakimś zbędnym bagażem emocjonalnym. Mówi o swoich uczuciach "nawet nie wyobrażasz jak ja się teraz czuję.." i takie tam brednie. "Dobrze, nie wyobrażam sobie jak się teraz czujesz, bo mi tego po prostu nie mówisz. Tak, wiem przecież właśnie miałeś mi to powiedzieć, to po jakiego "grzyba" ci w tym przerwałam? Ano, bo będziesz mi tu paplać tylko o tym, jak ci się życie niedobrze ułożyło itp". Mówimy o tym, jak się "czujemy" i chodzi nam o ogólne położenie, a nie o chwilę obecną. Mówimy o tym, co czujemy, tak naprawdę tego nie czując. I jest w tym tyle samo prawdy, co sensu w życiu.
Lecz jak to się wszystko ma do książki "Gwiazd naszych wina"? Ano tak, że mówiąc o tej powieści, nie chcę określać ją mianem "przeczytanej" (czas przeszły to paskudna sprawa), lecz mówić o niej po porostu "czytam". Bo chcę żyć dalej moim "czytanymi" książkami, a nie wspominać je, jakby były już zamierzchłą przeszłością.
Najpopularniejsza książka Johana Greena opowiada historie szesnastoletniej Hazel, która już od trzech lat choruję na raka. Jej życie przypomina niekończący się "dzień świstaka", aż do chwili, kiedy na grupie wsparcia poznaje przystojnego Augustusa Watersa, w którym zakochuje się, prawie od pierwszego wrażenia. Ta miłość zmienia jej spojrzenie na świat i mobilizuje ją do jeszcze większej walki o swoje życie...
To byłoby piękne love story z rakiem w tle, nieprawdaż? Napisałam "byłoby" nie bez powodu, ponieważ ostatnie trzy zdania to bzdury wyssane z palca (może po za dniem świstaka), który mógłby napisać każdy, kto źle zrozumiał tę książkę. Ponieważ Hazel prawie wcale się nie zmienia, owszem kilka rzeczy w jej życiu ewoluuje, ale znajduje się to w zakresie "życie się zmienia", a nie "miłość zmienia". Hazel pozostaje Hazel - i to by było na tyle wielkiej historii miłosnej. Lecz to co jest piękne w tej książce - życie pozostaje życiem, a nie przerysowaną ,idealistyczną historią.
Jak łatwo można się zorientować, Hazel to bohaterka z krwi i kości. Twardo stąpa po ziemi, pomimo raka bierze życie, takie jakim jest, nie narzeka, nie gdyba, po prostu żyje. Bo życie to nie instytucja do spełniania życzeń. Podobnie jest z Augustusem Watersem, który dla odmiany wierzy w "Coś" i to takie przez duże C. To czyni z niego marzyciela. Nie będę się rozwodzić nad wspaniałością pisarstwa Johna Greena,, robiłam to już wcześniej i bynajmniej moje słowa nie stały się nieaktualną, zamierzchłą przeszłością.
Jest jeszcze dużo rzeczy, które mogłabym powiedzieć o "Gwiazd naszych wina", ale powiem jeszcze tyle: ta książka zmienia. Tę powieść się nie czyta, ją się przeżywa. Książka, jest genialna - ale nie tak po prostu. Ta powieść jest genialna dla mnie, a to już całkiem co innego. Dla mnie i może wszystkich, ale tak naprawdę nikogo po za tym.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-10-09 20:22:55
"Pierwsza przychodzi miłość" - Emily Giffin
Hey guys!
Byliście kiedyś zakochani? A może wierzycie w miłość od pierwszego wejrzenia? Koniecznie dajcie znać w komentarzach, jestem niezmiernie ciekawa Waszych opinii na ten temat. A tym czasem przy miłości zostajemy jeszcze na dłużej, dlatego wszystkich romantyków i nie tylko zachęcam do przeczytania recenzji książki, w której słowo "miłość" pada wielokrotnie...

W życiu ciągle musimy podejmować przeróżne decyzje, jedne należą do łatwych, a inne do trudnych. Ale to my w dużej mierze decydujemy o naszym losie i kiedy wiemy, czego chcemy sprawa jest dosyć prosta, gorzej kiedy nie jesteśmy pewni? Bo wtedy możemy podjąć złą decyzję, przez którą będziemy nieszczęśliwi, a każdy bez wyjątku zasługuje na szczęście.
Książka "Pierwsza przychodzi miłość" autorstwa Emily Giffin to tak naprawdę opowieść o życiu każdego z nas, przedstawiona w formie swego rodzaju historii o dwóch, kompletnie różnych siostrach. Josie i Meredith łączą tak naprawdę trzy rzeczy: pokrewieństwo, nieszczęśliwe życie i rodzinna tragedia, z którą niełatwo się zmierzyć, nawet z upływem lat. Właśnie przez tę ostatnią rzecz, ich życie jest takie pokręcone, z tą różnicą, że Josie robi co chce, a Meredith to, co należy. Lecz obie nie odkryły jeszcze drogi do szczęścia i swojej siostrzanej miłości. Czy znajdą swoje światełko w tunelu i bilet do lepszego życia?
Kupiłam tę książkę już kilka dobrych lat temu, wtedy jeszcze nie wiedziałam, że jest to nieco inny rodzaj literatury, niż ta, którą na co dzień czytam. Dlatego właśnie uznałam, że te wakacje to odpowiedni moment, aby sięgnąć po coś innego; spróbować sił w literaturze kobiecej i spojrzeć na świat z perspektywy bardziej doświadczonych ludzi. Moje założenie okazało się trafne, ponieważ książka pisana z perspektywy dorosłych, znacząco różni się od powieści o niedojrzałych nastolatkach. Jednakże, czasami zachowania głównych bohaterów w dość widoczny sposób mijały się z ich wiekiem. No, ale podobno z wiekiem się dziecinnieje.
Josie i Meredith to dość wyraziste główne bohaterki i narratorki powieści. W jednej książce mamy do czynienia z dwoma zupełnie różnymi historiami, które nieodwracalnie splatają się ze sobą w pewnych momentach. Emily Giffin świetnie wykreowała i połączyła swego rodzaju zasadę kontrastu, tworząc tym samym powieść o żywych, namacalnych, prawdziwych ludziach. Ale najlepsze w tym wszystkim jest to, że postacie Josie i Meredith to tak naprawdę kompilacja każdego z nas (która czasami tworzy kompletną mieszankę wybuchową!). Dlatego tak łatwo jest odnaleźć siebie w tej książce, dlatego akcja powieści jest osadzona w naszych realiach. Lecz pomijając świetnych bohaterów, pierwszoplanowych i drugoplanowych, można by się "przyczepić" do akcji. Tak wiem, to literatura kobieca, tzw. "obyczajówka", nie powinnam się spodziewać strzelaniny na miarę Bonda, ale jednak brakowało mi trochę tego punktu kulminacyjnego, który czasami jest tak bardzo widoczny i zauważalny w innych książkach. Ale muszę docenić zmianę, jaka zaszła w naszych postaciach. Pomiędzy pierwszą, a ostatnią stroną lektury, widnieje znacząca, emocjonalna przepaść, która przerodziła się w duchową wielowymiarową, przemianę bohaterów. Jest to dość często stosowany zabieg, nie tylko, w tego typu powieściach. Ta "operacja" zmiany charakteru głównego bohatera nie jest taka prosta. Oczywiście mowa tu o takich prawdziwych udanych "operacjach", a nie o niedobrze zrealizowanych "zabiegach".
Książka "Pierwsza przychodzi miłość" autorstwa Emily Giffin to powieść o życiu, poszukiwaniu szczęścia i pogodzeniu się z traumatyczną przeszłością, którą najtrudniej zaakceptować. Spoglądanie na świat z wielu perspektyw to bardzo przydatna umiejętność, ucząca empatii, zrozumienia oraz obserwowania otaczającego nas świata. Myślę, że warto przeczytać tę książkę, inspirując się przekazanymi wartościami i wprowadzając je w życie. Polecam.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-10-06 12:04:00
"Moja Jane Eyre" - Cynthia Hand, Brodi Asthon i Jodi Meadows
Hey guys!
Nawet nie wiecie jak bardzo się dzisiaj zaskoczyłam, gdy dowiedziałam się, że mój blog wybrano, na blog tygodnia. Kompletnie się tego nie spodziewałam! Jest mi ogromnie miło; dziękuję za docenienie moich książkowych wpisów. Wiem, że blogi książkowe zwykle nie są zbyt popularne. Jest tak, ponieważ niestety większość polaków nie lubi czytać. Jest to poważny problem, który staram się rozwiązać, namawiając coraz to większą grupę osób do przeczytania przynajmniej jednej książki w miesiącu.Rynek czytelniczy jest tak wielki, że na pewno każdy znajdzie coś w nim dla siebie. Wystarczy tylko chcieć.
Dzisiaj mam dla Was propozycje książki nie do odrzucenia. Ponieważ "Moja Jane Eyre" to powieść, która rozjaśni nawet najbardziej ponurą jesienną pogodę. A jak wszyscy wiemy, czasem promyki ogrzewającego słońca są na wagę złota. Miłego czytania ;D.

W literaturze trudno natrafić na coś oryginalnego. Ponieważ wszystko co zaskakujące, czy nietypowe już było. A ciągle powtarzających się schematów jest aż nadto. Dlatego można podejść do tego z nieco innej strony. Otóż przerobić coś, nam znanego, w historię inną ...
"Moja Jane Eyre" to druga powieść autorstwa Cynthini Hand, Brodi Ashton i Jodi Meadows, utrzymana w podobnym klimacie co jej poprzedniczka "Moja Lady Jane". Ta przezabawna powieść to swobodna parafraza historii Jane Eyre, opisanej w książce Charlotte Brontë pt."Dziwne losy Jane Eyre". Przepełniona surrealistycznymi i paranormalnymi wydarzeniami książka, to idealna pozycja dla fanów niezobowiązujących powieści młodzieżowych. Jednak ta lektura nie opowiada tylko i wyłącznie o losach sławnej Jane, ale również ukazuje samą osobę pisarki Charlotty oraz utalentowanego badacza zjawisk nadprzyrodzonych - Alexandra. To już samo w sobie jest pokręcone, a zrobi się jeszcze bardziej, kiedy dodamy do tego morderstwo, spisek i wszechogarniający chaos (o duchach nawet nie wspominając). A więc mamy do czynienia z powieścią, opowiadającą co dzieje się po drugiej stronie Wichrowego Wzgórza?
"Moja Jane Eyre" to książka, o której wiele nie trzeba mówić. Ponieważ sama idea "przekręcenia historii" jest już w sama w sobie interesująca. Kto nie chciałby cofnąć się w czasie i zmienić bieg wydarzeń? Myślę, że wiele osób połasiłoby się na taką możliwość, gdyby takowa istniała... Czasu nie można cofnąć, ale można zawsze spojrzeć w przeszłość i pomyśleć sobie "co by było gdyby", choć takie rozważania nie przynoszą żadnych rezultatów. Niemniej jednak ta powieść jest świetnym "owocem" tak zwanego "gdybania"; powiedziałabym wręcz, że to współczesna wersja klasycznej już powieści Charlotty Brontë.
Przez pierwsze kilkadziesiąt stron książki miałam niejasne wrażenie, że główne bohaterki powieści są strasznie płytkie. Miały bardzo płytkie marzenia i plany, co zawężało ich intelekt, oraz możliwości rozwoju. Ale szanowne autorki dobrze poradziły sobie z tym problemem, wprowadzając liczne anegdoty i słowa sprzeciwu. W końcu takie były tamtejsze realia, w których kobiety nie miały zbyt wiele do powiedzenia. Już wcześniej zdawałam sobie z tego sprawę, ale dzięki tej książce jeszcze bardziej uświadomiłam sobie jakie małowymiarowe życie mogły wówczas prowadzić kobiety. Dla mnie to teraz nie do pomyślenia, żebym była zmuszona wyjść za mąż i prowadzić ograniczone życie żony swojego męża. Toż to absurd! Więc ani Jane Eyre, ani Charlotta Brontë nie miały nawet w najmniejszym stopniu tak dobrze, jak my teraz. Myślę, że warto to docenić...
W książce mogłabym się dopatrzeć zarówno ogromnych zalet jaki i mniej znaczących minusów. Na przykład na kartach powieści zostało wykorzystane wiele fragmentów z pierwotnej wersji historii o Jane Eyre, co znacząco przyczyniło się do osadzenia akcji w realiach ówczesnego świata. Charlotte Brontë stała się bohaterką z krwi i kości, a jej szczere poetyckie wyznania były czymś więcej, niż tylko dobrze dobranymi słowami... Jednak nie mogę pominąć minusów, a w zasadzie jednej bardzo znaczącej rzeczy - zakończenia, które nie zaskoczyło mnie tak, jak zaskoczyć powinno. Ale to tylko końcowy fragment tej powieści, która mimo to plasuje się dość wysoko w moim czytelniczym rankingu.
Podsumowując, książka "Moja Jane Eyre" autorstwa Cynthini Hand, Brodi Ashton i Jodi Meadows to powieść o morderstwie, spiskach i poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi, która spodobała by się nie tylko miłośnikom twórczości Charlotty Brontë.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-10-02 20:07:46
Seria "Osobliwy dom pani Peregrine" - Ransom Riggs
Hey guys!
Co tam u Was słychać? U mnie kumulacja wszystkiego, normalnie cud, że udało mi się coś do Was napisać... Ale jakoś daje radę ;). Mam nadzieję, że post Wam się spodoba :D.

Zastanawiałam się ostatnio nad tym, co buduje klimat w książce? W filmie może to być muzyka, przejmująca gra aktorów, czy świetnie dopasowane kostiumy, ale w książce... Myślę ,że są to ciekawe, wielobarwne opisy, które mogą przenieść czytelnika do wykreowanego świata. No dobrze, ale czy tylko opisy mogą zastąpić filmowe obrazy i dźwięki? Na szczęście mogę odpowiedzieć, że literatura nie jest aż tak ograniczona. Ponieważ klimat w książce mogą równie dobrze budować ciekawe fotografie.
Seria "Osobliwy dom pani Peregrine" autorstwa Ransoma Riggsa, to trylogia tak osobliwa i niezwykła, jak głosi jej tytuł. Jest również ona dowodem na to, że książki młodzieżowe mogą traktować czytelnika jako inteligentną dojrzałą osobę. Bo chociaż ktoś mógłby wątpić w treść tej powieści, to jednak nie może podważyć niezwykłości fotografii w niej zawartych. A owe zdjęcia są niezwykłe, choćby dla tego, że są prawdziwe. Ale po kolei... Autor snuje swą opowieść o piętnastoletnim Jacobie Portmanie, którego świat wywraca się do góry nogami po niespodziewanym morderstwie jego ukochanego dziadka. Ta sprawa w całej swojej postaci nie byłaby jeszcze tak szokująca, gdyby nie fakt, że mordu dokonała dziwna, przerażająca istota, której na próżno szukać wśród popularnych gatunków zwierząt. Ale najdziwniejsze i najbardziej tajemnicze w tym wszystkim jest to, że nikt prócz Jacoba jej nie zauważył, w skutek czego wszyscy uznali owego stwora za wybryk wyobraźni zrozpaczonego nastolatka. Ale Jacob wiedział,co zobaczył; za wszelką cenę chce dowiedzieć się czegoś więcej o zagmatwanej przeszłości swojego ukochanego dziadka, który raczył go opowieściami o potworach i osobliwych dzieciach... Jacob, udając się śladem starych fotografii, trafia na samotną wyspę u wybrzeży Walii. Ta wyprawa na zawsze zmienia jego życie, które można by podzielić na Przed i Po - bo po poznaniu prawdy nie ma już odwrotu.
Jak można się spodziewać to dopiero początek trylogii o osobliwych dzieciach i tytułowej pani Peregrine. Ransom Riggs stworzył zupełnie inną powieść dla młodzieży, która wyróżnia się ciekawymi fotografiami, oryginalną fabułą oraz intrygującym zakończeniem. Nie mniej jednak ta książka nadal pozostaje powieścią dla młodzieży, warto o tym pamiętać i wziąć poprawkę na wszelkie jej niedociągnięcia. Autor posługuję się przystępnym, łatwym do zrozumienia językiem; opisy i dialogi zamieszczone w tej książce nie są ani wybitnym dziełem, ani kompletną beznadzieją, myślę, że określenie "na poziomie" będzie jak najbardziej adekwatne. Największym atutem tej serii jest jej treść. Ransom Riggs wywrócił, poniekąd do góry nogami poznane nam wcześniej schematy, tworząc z nich kompletnie inny świat. To absolutnie genialne posunięcie, bez którego ta książka nie była by tak dobra, jak jest.
Warto by było jeszcze wspomnieć, że znany Hollywoodzki reżyser - Tim Burton - zekranizował pierwszą część serii. Jednakże uprzedzam, że wspólnego z książką ma ten film niewiele. We większości przypadków byłaby to niemała wada ekranizacji powieści, ale w tym wypadku działa to jak najbardziej na jej korzyść. Ponieważ film jest lepszy od książki.
Wiec polecam Wam serię "Osobliwy dom pani Peregrine", której treść jest tak samo osobliwa, co niezwykła.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-09-29 20:14:46
Seria "Dwór cierni i róż" - Sarah J.Maas
Hey guys!
I znów mamy weekend! Jak ten czas leci...W tym roku szkolnym posty będą zamieszczane regularnie, w każdy wtorek i w każdą sobotę. A więc śledźcie mojego bloga, bo nowości w nim będzie niemało! Miłego wieczoru i czytania, kochani :).


Kiedy już jakiś autor bądź seria zrobi na nas pierwsze wrażenie i będzie ono jak najbardziej pozytywne, to później, kiedy czytamy inne książki danego pisarza mamy, co do nich pewne oczekiwania. Liczymy, że przynajmniej będą na takim samym poziomie, albo nawet lepszym, że będą wspanialsze od swoich poprzedniczek. I tak myśląc, nieco się zawiodłam na serii "Dwór cierni i róż" autorstwa Sarhy J. Maas. Więc jednak lepiej na nic nie liczyć i zbyt wiele nie oczekiwać.
Powieść "Dwór cierni i róż" to pierwsza część ( jak na razie) czterotomowej serii. Książka opowiada historię dziewiętnastoletniej Feyry, która walczy o przetrwanie na ludzkich ziemiach. Codziennie wyrusza na łowy do pobliskiego lasu, aby wyżywić przymierającą głodem rodzinę. Podczas jednego z polowań Feyra zabija, czającego się w zaroślach ,wilka. Wkrótce do jej chaty przybywa Tamlin, żądając zadośćuczynienia za dokonany czyn. Okazuje się bowiem, że ów wilk nie był tak naprawdę wilkiem, tylko pradawnym Fea, a Feyra, zabijając go nieumyślnie złamała obowiązujące prawo i teraz musi ponieść za to odpowiednie konsekwencje. Dziewczyna może zginąć, albo udać się wraz z Tamlinem do złowrogiego, owianego magią Pryhianu. A ludzie w tej krainie są czymś więcej niż nieproszonymi gośćmi...
Jak można się spodziewać, to dopiero początek przygód Feyry w tajemniczym świecie magii, fantastycznych stworzeń i niekończących się spisków. Na przestrzeni trzech tomów ta seria niebywale ewoluuje. Zmienia się w niej praktycznie wszystko, a owe zmiany są ciągiem niespodziewanych i zaskakujących wydarzeń. Trzeba przyznać, że Sarze J. Maas nie brak ani krzty wyobraźni. Wykreowany przez nią świat, znacząco odbiega od typowych książek fantasy. Wielobarwne opisy, ciekawi bohaterowie, wartka akcja, to dopiero jedne z nielicznych rzeczy, jakie można znaleźć w tej powieści. Seria przywodzi na myśl znaną baśń o "Pięknej i bestii", która jest piękna niczym róża, a zarazem zdradziecka jak jej kolce. A tytuły książek są symboliczne. Jednakże nie wszystko w tej powieści poszło dobrze. Tak jak pokochałam "Szklany tron", za jego nieprzewidywalność, tak tu mi jej zabrakło. Owszem były momenty nieco zaskakujące, ale nie przewróciły one mojego świata do góry nogami. Może nie wczułam się tak w opisane wydarzenia, albo po prostu już trudniej mnie zaskoczyć, kiedy poznałam styl i tok rozumowania autorki. Jest jeszcze jedna znacząca rzecz, różniąca te serie. Otóż mowa tu o wielowątkowości. "Szklany tron" jest napisany w narracji trzecio- osobowej, a opisywane wydarzenia mają wiele perspektyw. Dzięki temu książka jest znacznie bardziej wielowątkowa. Natomiast w serii "Dwór cierni i róż" mamy do czynienia z narracją pierwszoosobową głównej bohaterki. Owszem zdarzało się kilka rozdziałów, których nie opisywała Feyra, ale była to znacząca mniejszość w tej powieści. Głównie te aspekty sprawiły, że ta seria Sarhy J. Maas lokuje się znacznie niżej, w porównaniu do jej poprzedniczki. A wielka szkoda, bo miałam nadzieję na coś równie dobrego.
Różne czynniki wpływają na to, że uważamy jakąś powieść za wyjątkową. W moim mniemaniu to niezły komplement, kiedy stwierdzę, że dana książka zalicza się do tej grupy. Choć "Dwór cierni i róż" ma wiele wad, to myślę jednak, że w pewnym stopniu należy do tego grona szczęśliwców, książek nieco innych niż wszystkie. Bo nie w każdej powieści znajdę świat bądź miejsce, w którym chciałabym żyć. A w tej serii właśnie je odnalazłam. Ale, to może dla tego, że każdy chciałby się znaleźć w mieście spadających gwiazd, na Dworze Snów...
Może porównywanie serii nie jest do końca dobre, ale w naszym życiu naprawdę trudno stronić od takich rzeczy. Niemniej jednak podziwiam autorkę za stworzenie dwóch odrębnych światów, które stały się bestsellerami. Pisanie jakiekolwiek książki to rzecz niezwykle trudna, nie tyle wymaga nieustannego skupienia, ale regularnej ciężkiej pracy. A i tak najtrudniejsze w tym wszystkim jest wykreowanie różnych trójwymiarowych, rzeczywistych bohaterów, a mogę stwierdzić, z czystym sercem, że w obu seriach Sarze J. Maas się to jak najbardziej udało.
Cóż mogę więcej powiedzieć? Przeczytajcie obie serie, a sami się przekonacie o ich wadach i zaletach. Ja tylko mogę zapewnić, że będziecie się przy tym świetnie bawić, a takiej rozrywki nigdy nie za wiele.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Data: 2019-02-10 22:33:04

Autor: Morrigan

Dla mnie seria "Szklany tron" to fantastyka ze znaczącym elementami romansu, a "Dwory" to romans ze elementami fantastyki :D
Zaloguj się aby komentować.
2018-09-25 17:34:02
Seria "Harry Pottter" - J.K.Rowling
Hey guys!
Och, ta nieśmiertelna klasyka! Dla wielu przykładem takich książek byłby powieść np. J.R.R.Tolkiena lub Agaty Christie, owszem jest to coś uniwersalnego i nieśmiertelnego, ale nieco już przestarzałego... Dzisiaj chciałabym zrecenzować Wam książkę, która zdecydowanie zalicza się do współczesnego kanonu najpopularniejszych książek ostatnich dwudziestu lat . Jest nią oczywiści "Harry Potter" - seria tak znana i popularna, że można by było ze świecą szukać osób, które nigdy o niej nie słyszały. Miłego czytania ;D.


Są książki, które czytamy, które nam się podobały, ale i tak po pewnym czasie je zapominamy. Przyczyny tego mogą być różne, może coś lepszego bardziej przykuło naszą uwagę, czy też zmieniamy się na tyle, że to co kiedyś wydawało się fajne, już takie nie jest. Ale są książki, których się nie zapomina, które zawsze są z nami, pomimo szeregu innych wspaniałych powieści. Myślę, że każdy wierny czytelnik ma taką książkę lub serię powieści. Bardzo możliwie, że w wielu przypadkach będzie to nasza pierwsza przeczytana książka, lub powieść, przez którą polubiliśmy czytanie. Bo jak człowiek raz skosztuje czegoś, co mu zasmakuje, to już nie chce się z tym rozstawać, tylko delektować się tym pięknem. W moim przypadku takimi książkami była seria o Harrym Potterze autorstwa J.K.Rowling. To nie była pierwsza powieść, jaką przeczytałam, już wcześniej polubiłam świat liter i nieograniczonych możliwości. Ale te książki sprawiły, że bezgranicznie pokochałam czytać. A więc było zupełnie tak, jakby ?Harry Potter i kamień filozoficzny? był moją bramą marzeń, która została przede mną otworzona w chwili, gdy sięgnęłam po tę powieść. Moje oczy rozwarły się i patrzyły głębiej w zapisane słowa, już nie bezmyślnie odczytując tekst, lecz patrząc na rozgrywane wydarzenia tak, jakby działy się tuż przed moimi oczami. Z każdą kolejną przeczytaną książką moja więź z magicznym światem tylko się pogłębiała, zacieśniała się, aż znalazła miejsce w moim sercu. Czytanie stało się dla mnie czymś więcej niż tylko kolejnym hobby. Jest moją pasją, czymś co kształtuje się nadal już od kilkunastu lat, czymś czego już nie można zniszczyć. Ponieważ dzień bez przeczytania choćby jednego zdania, jednego słowa, to dzień stracony, niewykorzystany całkowicie tak, jak mógłby być wykorzystany. Czytanie to ucieczka od świata, problemów? To właśnie dzięki niemu można przekuć smutek, żal w bezbrzeżne szczęście, które daje poznawanie nowych historii, zagłębianie się w świat zupełnie inny niż nasz. Mogłabym nawet powiedzieć, że seria o Harrym Potterze w pewien sposób mnie ukształtowała, bo książki mogą zmieniać ludzi, ale mogą zmieniać również świat.
Wdaje mi się, że każdy zna serię o młodym czarodzieju, bo jeśli nie czytał książek, to na pewno oglądał filmy zekranizowane na ich podstawie, a jeśli nie zetknął się z ani jednym, ani drugim, to zapewne słyszał pozytywne i negatywne opinie swoich znajomych na ten temat. Dlatego nikomu nie trzeba przypominać, że seria o Harrym Potterze opowiada historię młodego czarodzieja, który w dniu swoich jedenastych urodzin dowiaduje się o swojej magicznej mocy. Ten dzień na zawsze zmienia jego dotychczasowe i przyszłe życie. Na przestrzeni lat, czytając poszczególne części serii, możemy dostrzec przemianę jaka zachodzi w głównym bohaterze. Możemy obserwować jak dorasta, jak staje się z chłopca mężczyzną. Choć pomimo jego fizycznej i psychicznej przemiany, serce Harry?ego pozostało tak samo dobre i czyste, jak było kiedyś. Niewiele dorosłych w prawdziwym życiu może tak powiedzieć o sobie, a szkoda. Ponieważ wtedy świat byłby o wiele piękniejszy, pełen dobroci i szczerości dziecka, a nie kłamstw, i spisków. Z serii o Harrym Potterze możemy czerpać wiele prawd, o których czasami w dzisiejszych czasach zapominamy. Myślę, że warto powrócić znów do swych korzeni, uzupełniając braki, których się dopuściliśmy?
Wiele osób uważa, że seria o Harrym Potterze, to powieść dla dzieci, taka swego rodzaju bajka na dobranoc, nic więcej. Natomiast ja absolutnie się z tym nie zgadam. Ponieważ te książki stanowią również świetną rozrywkę dla młodzieży i dorosłych czytelników. Każdy niezależnie od wieku powinien poznać te historie, nie mówię tutaj o zobaczeniu filmów, w żadnym wypadku, lecz o przeczytaniu książek. Jest to idealne lekarstwo na nudę i spożytkowanie wolnego czasu. Książki pozwalają zagłębić się w przedstawiony świat, poznać myśli, najskrytsze pragnienia, marzenia bohaterów i przeżyć dodatkowe przygody nieprzedstawione w filmie. Wiem, że wielu dorosłych nie podziela mojej opinii. Uważają oni, że nie jest to odpowiednia lektura dla rozwijającej się młodzieży, tylko dla znacznie młodszych czytelników. Cóż najwyraźniej są ludzie, którzy nie potrafią już tego docenić, ale mają prawo do swoich poglądów na ten temat, a ja jak najbardziej szanuję ich zdanie. Idąc dalej tą drogą można zauważyć, że opinia osób, które przeczytały Harry?ego w dzieciństwie nie zawsze zgadza się ze zdaniem ludzi, którzy przeczytali tę serię później. Jest tak z powodu rozbieżności perspektyw z jakich patrzymy na te książki. Inaczej będzie o niej myślał nastolatek, a inaczej osoba dorosła, to jak najbardziej zrozumiałe, chociaż załóżmy, że w tym wypadku obie opinie są pozytywne, to i tak będą się one znacząco od siebie różnić.
A więc, nie zważając na wszystko, mogę Was tylko zachęcić do czytania książek i odkrywania swojego jedynego w swoim rodzaju magicznego świata. W tworzeniu mojego pomogła mi seria o Harrym Potterze autorstwa J.K. Rowling, kto wie może i dla Ciebie będzie to brama do stworzenia swojej alternatywnej, lepszej rzeczywistości.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-09-18 19:09:37
"Nowy Jork" - Edwart Rutherfurd
Hey guys!
Wracam po niemałej przerwie zwarta i gotowa do dalszej pracy zarówno w szkole jak, i tu na blogu. W niedalekiej przeszłości zamieściłam dwa wpisy na moim drugim blogu, gdzie skupiam się krótko mówiąc na życiu. Mam nadzieję, że przeczytacie moje wypociny ;). Tymczasem mam dla Was recenzję książki jakże dla mnie wyjątkowej. Nowym Jork miasto moich marzeń ujęte w powieści mych snów. Miłej lektury :D.


Są książki opisujące życie różnych ludzi, zazwyczaj są to sławy dzisiejszego lub ówczesnego świata. Ale rzadko można spotkać powieści, które skupiłby się nie na ludziach, przynajmniej nie dokładnie na nich, lecz na mieście, skrawku terenu, który rozrósł się i zmienił na przestrzeni lat. Jeżeli popatrzymy na te wszystkie książki o tej właśnie tematyce, to okaże się, że możemy uzbierać całkiem pokaźny zbiór tego typu powieści. Tylko, że to będą książki w dużej mierze oparte na faktach. Gdyby jednak wziąć fikcyjną powieść historyczną i połączyć ją z dziejami jakiegoś miasta. Mieszanka wydaje się nieprawdopodobna, w końcu stworzenie fikcyjnej powieści historycznej już wydaje się absurdalne i kompletnie niepotrzebne. Nawet nie jest do końca wiadomo, czy istnieje w dzisiejszej literaturze taka hybryda. Jednak fikcyjna powieść historyczna to zawsze książka. Można nauczyć się z niej wielu prawd, zainspirować się do działania. To naprawdę niezwykłe połączenie, którego przykładem mogą być książki Edwarda Rutherfurda, a w szczególności jego bestsellerowa powieść "Nowy Jork".
Nowy Jork to bez wątpienia jedno z najbardziej znanych i wypływowych miast na świecie. Wielu ludzi wyjeżdża tam w poszukiwaniu pracy, wolności, czy lepszego życia. Każdy, kto po raz pierwszy odwiedza Nowy Jork, patrzy na niego inaczej. Ma swoje własne spojrzenie, zdanie, o tym niewątpliwie niezwykłym miejscu. Podobno jest tyle opinii na świecie, ile żyjących w nim ludzi. To prawda. Dlatego najlepiej wyrobić sobie swoją własną na dany temat. I mowa tu zarówno o rzeczach ważnych i jaki mniej ważnych. Nowy Jork każdy poznaje inaczej. Nie każdy może być w Ameryce, ale każdy może zgłębić jej historię. A nic tak bardzo nie zbliża do poznania danego kraju, jak poznanie jego przeszłości, która nie zawsze była kolorowa, ładna, czy godna podziwu. Zapoznanie się z wadami, ale także i zaletami miasta może się przyczynić do kształtowania naszej opinii, która jest bardzo indywidualna i subiektywna. Proponuję zapoznać się z lekturą powieści "Nowy Jork", która opisuje dzieje miasta, poczynając od majestatycznych pustkowi Nowego Świata, a kończąc na sięgających nieba drapaczach chmur. Ta epicka powieść o Wielkim Jabłku, jak w soczewce, na przestrzeni czterystu lat ,opisuje historię Ameryki, stolicy świata. Miejsca znienawidzonego i uwielbianego przez wszystkich ludzi na świecie. Myślę, że warto zapoznać się z jego historią, dowiedzieć się czegoś o tak znanym miejscu i cofnąć się w odmęty przeszłości miasta, które nie zawsze trwało w cieniu drapaczy chmur.
Edward Rutherfurd to zadziwiający, już nie taki młody, brytyjski pisarz, który postanowił pokazać światu historię kilku znanych miast świata, opisaną oczami fikcyjnych bohaterów. Przez to powieść "Nowy Jork" jest książką wielowątkową z wielobarwnymi, wykreowanymi postaciami. Historię zawartą w ponad dziewięciuset stronicowej lekturze można porównać do nurtu rzeki, który płynie nieprzerwanie, nie zważając na upływ czasu, czy zmieniający się świat. Woda płynie, trwa i pędzi do przodu, zabierając po drodze tych, którzy z różnych przyczyn nie wytrwali do końca. Niezależnie od naszych problemów, przeciwności losu, życie trwa.
Przejdźmy teraz do bohaterów powieści, a jest nich wielu, przez to nietrudno czasem stracić wątek, czy nieumiejętnie dopasować jakieś zdarzenie z przeszłości do rozgrywających się obecnie wydarzeń. To zagubienie może towarzyszyć czytelnikowi przez jakiś czas, podczas czytania lektury. Ale później łatwo się przyzwyczaić do częstych śmierci i zmiany bohaterów. W końcu jest to nieunikniony stan rzeczy, ludzie umierają, dając tym samym szansę nowemu pokoleniu do zaplanowania swojej przyszłości i stworzenia nowego, innego świata, w którym chcieliby żyć. Lecz to rozłożenie akcji na kilkaset lat spowodowało, że nie można było dostatecznie mocno zżyć się z jakimkolwiek bohaterem. Ponieważ zanim zdążyłeś to zrobić, to wybrana przez ciebie postać po prostu umierała, a akcja powieści zaczynała skupiać się na kimś innym. Jest to niewątpliwie jeden z nielicznych minusów tej powieści. Ale gdy spojrzy się z innej perspektywy na tę maleńką, aczkolwiek widoczną rysę , to można dojść do wniosku, że to nie wada, lecz zaleta tej książki. Ponieważ, dzięki nowym bohaterom, czytelnik ma okazję zobaczyć przedstawiony świat z wielu zupełnie różnych perspektyw. A to jest niezwykle ważne w każdej książce, aby móc spojrzeć na rozgrywane wydarzenie z różnych perspektyw. Uczy to empatii.
Jest jeszcze jedna refleksja, która przyszła mi do głowy podczas czytania "Nowego Jorku". Mianowicie mowa tu o pozostawianiu po sobie śladu, o zapisaniu się na kartach historii. Przez tę całą drogę, jaką przeszłam, zagłębiając się w dziejach Nowego Jorku szczególnie wbiło mi się w pamięć tylko kilka postaci. Jest to nieprawdopodobnie mały odsetek bohaterów wykreowanych przez Edwarda Rutherfurda. Ponieważ nie wszystkie postacie zapadają w pamięć, poruszają nas, czy wzbudzają jeszcze inne jawne emocje. To właśnie takie osoby głównie zapamiętujemy, a nie tych, którzy byli nam w pewien sposób obojętni. Lecz w mojej refleksji chodzi mi o żywych ludzi. Zwyczajne, normalne żyjące osoby, które mają swoje marzenia i plany, które zmagają się z przeróżnymi problemami i przeciwnościami losu. Tacy właśnie byli bohaterowie powieści "Nowy Jork". Byli uosobieniem nas samych. Tylko,że niektórych zapamiętujemy, a o niektórych zapominamy. Bo czy za kilka pokoleń ktoś będzie pamiętał o osobach przeciętnych? Nie, bo było ich na świecie setki, a może tysiące takich samych niewyróżniających się ludzi. A myślę, że warto zostać zapamiętanym, wspominanym jeszcze długo po naszej śmierci. Dopiero wtedy nasze życie będzie miało niezaprzeczalny sens. Dlatego bądźmy ponadprzeciętni, wyróżniajmy się i zapisujmy na kartach historii. Niech przyszłe pokolenia nie zapomną o nas i niech wspominają nas jako dobrych, uczciwych i niezwykłych ludzi godnych zapamiętania.
Powieść "Nowy Jork" autorstwa Edwarda Rutherfurda to zjawiskowa i piękna książka o niezwykłej historii miasta, które nigdy się nie poddało, i zawsze walczyło, do końca. Każdy powinien zapoznać się z tą, nad wyraz, zajmującą lekturą, która uczyć nie tylko akceptacji, lecz także nieustannej walki, nie tylko o swoją przyszłość, ale również o przyszłość innych.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-06-10 14:10:20
"Naznaczeni śmiercią" - Veronica Roth
Hey guys!
Pewnie zdążyliście zauważyć jedną powtarzającą się rzecz na moim blogu. Bowiem recenzje, które dodaje pojawiają się nieregularnie. Chciałabym bardzo Was za to przeprosić. Nawet nie wiecie jak bardzo bym chciała, żeby było inaczej. Jednakże multum obowiązków szkolnych nie pozwala mi na to. Na przykład teraz mam zdecydowanie więcej czasu niż w maju. Mam nadzieje, że wybaczycie mi tą rysę na całokształcie mojej twórczości. Miłego dnia kochani. ;D


Książka "Naznaczeni śmiercią", to kolejna powieść Veronicy Roth, która zdążyła już zawładnąć całym światem. Autorka znana jest ze swojej debiutanckiej trylogii "Niezgodna" na podstawie której powstał film pod tym samy tytułem. Jednakże jej nowa powieść jest zupełnie inna. Rozgrywa się bowiem w kosmosie i przywodzi na myśl klasyczne filmy si-fiction - "Gwiezdne wojny". A więc tak rozpoczyna się nasza opowieść: dawno temu w odległej galaktyce...
Cyra należy do swego rodzaju elity, w nieodkrytym układzie słonecznym. Ale pełni funkcje tzw. kata, wykonując całą brudną robotę zleconą jej przez brata, okrutnego tyrana, rządzącego ludem Shotet. Cyra została obdarowana niezwykłą umiejętnością, potrafi bowiem samym dotykiem sprawić komuś niewyobrażalny ból, czy nawet doprowadzić swoją ofiarę do śmierci. Ta jej nadzwyczajna moc, jest jednocześnie przekleństwem i błogosławieństwem ofiarowanym jej przez Nurt. Ponieważ dzięki niej Cyra jest niezwyciężona, ale równocześnie niesamowicie samotna. Dziewczyna myślała, że już zawsze będzie poddaną, spełniającą zachcianki swojego brata. Na szczęście w porę zjawia się Akos, chłopak brutalnie wyrwany ze swojej szczęśliwej rzeczywistości, uprowadzony przez wrogich żołnierzy Shotet. On jako jeden z nielicznych jest odporny na śmiercionośny dotyk Cyry. Kiedy dwie wrogie rodziny spotykają się na polu walki, na początku wydaje się, że wszystko ich dzieli. Ale z biegiem czasu, kiedy człowiek popatrzy ponad wszelkie granice, może dojść do wniosku, że osoba tak mu odległa jest jednocześnie bardzo mu bliska i droga... Lecz okrutny tyran Ryzek każe wszystkim grać wedle narzuconego scenariusza. Czy Akosowi i Cyrze uda się uwolnić od wyznaczonych ról, czy poddadzą się swojemu przeznaczeniu?
"Naznaczeni śmiercią" to powieść zupełnie inna niż wszystkie części "Gwiezdnych wojen" razem wziętych. Styl Veronicy Roth raz po raz zachwyca czytelnika swoją niebywałą lekkością i oryginalnością. Gdy czytamy książkę, mamy wrażenie, jakby cała galaktyka przybliżyła się o te kilkaset lat świetnych, które oddalają ją od nas. Świat wykreowany przez autorkę jest rzeczywisty, a świetnie stworzeni bohaterowie- trójwymiarowi. Nigdy nie sądziłam, że zainteresuję się jakąś osadzoną wśród gwiazd i planet powieścią. W końcu ja zazwyczaj bez pamięci zaczytuję się w świecie tajemniczych stworzeń i magii.
Główni bohaterowie powieści są bardzo interesującymi postaciami; ich nietypowa relacja wzbudza zainteresowanie i ciekawość czytelnika. Są niby tacy różni, ale jednocześnie tacy podobni do siebie. Akos i Cyra do pewnego momentu żyją w odrębnych światach, ale przed przeznaczeniem nie da się, na dłuższą metę, uciec. Dlatego, kiedy już się spotykają, dochodzi do swego rodzaju zderzenia dwóch różnych rzeczywistości. Można powiedzieć, że na początku samiec i samica alfa walczą o dominację w ich relacji. Kto wygra to starcie? Trudno powiedzieć tym bardziej, że Cyra względem Akosa nie może posłużyć się znaną jej bronią, bólem. Ale dziewczyna to typ wojowniczki, który nie podda się łatwo. Lecz w przypadku wspólnego zagrożenia, czasem można liczyć na sojusz. W końcu galaktyki nie podbijają osobne jednostki, tylko całe armie. A dziewczyna sprawiająca ból i chłopak na niego odporny, to już całkiem niezły zespół. Zdolny przysporzyć mnóstwo kłopotów, jeśli tylko pokona, dzielące ich granice i zacznie budować nową przyszłość.
A więc z całego sera mogę polecić Wam powieść "Naznaczeni śmiercią" autorstwa Veronicy Roth. Gwarantuję, że ta książka zainteresuję nie tylko zagorzałych fanów "Gwiezdnych wojen", ale również czytelników fantastyki. Tym bardziej, że niedawno miał premierę drugi to serii, (pt. "Spętani przeznaczeniem") który podobno jest najlepszą książką Veronicy Rotha. A gwarantuję, że ta autorka ma na swoim kącie już kilka takich pozycji. Zachęcam do zapoznania się z serią godną nie jednego życzenia spadającej gwiazdy.

Ps: W okresie wakacyjnym z powodu moich licznych wyjazdów, na moim blogu również zapanują wakacje. Ale spokojnie wracam wraz z rozpoczęciem roku szkolnego. ;D
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 3 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-06-09 18:11:33
"Zwiadowcy ruiny Gorlanu" - John Flanagan
Hey guys!
Rok szkolny pomału dobiega końca. Czy tylko mi się wydaje, że zegar odliczający minuty do rozcięcia wakacji nagle stanął w miejscu? Ale cóż czas, to czas. Jego ani nie zatrzymasz, ani nie przyśpieszysz...

Książka "Zwiadowcy ruiny Gorlanu" autorstwa Johana Flanagana, to powieść o przyjaźni i zaufaniu jakiej jeszcze nie było! Dość popularna seria "Zwiadowcy" to kolejna książka z gatunku fantasy, w której wykreowanych bohaterów łączą bardzo silne relacje, niemożliwe wręcz do przerwania przez jakiekolwiek spory, czy kłótnie. Ta książka pokazuje nam braterskie relacje pomiędzy uczniem, a mistrzem, królem, a podwładnymi...
Głównym bohaterem powieści jest piętnastoletni Will, który stoi przed wyborem swojej przyszłość. Jednakże w Zamku Redmont bardziej zwraca się uwagę na umiejętność, niż zachcianki. Will najchętniej zostałby rycerzem, lecz niestety nie pozwala mu na to jego wątłość fizyczna. Wtedy zrozpaczony chłopak otrzymuje ofertę od tajemniczego, owianego legendą Halta, który proponuje mu wstąpienie w szeregi zwiadowców - ludzi dziwnych, ale jednocześnie szanowanych w społeczeństwie. Will, z braku wyboru, podejmuje szkolenie zwiadowcy, lecz nie wie jeszcze ile trudności i niebezpieczeństw czeka go w związku z tą decyzją...
Seria "Zwiadowcy" często przywodzi na myśl klasykę fantastyki, jaką jest "Władca pierścieni". Czytałam obie powieści i muszę przyznać, że John Flanagan, to nie Tolkien; aczkolwiek niedocenienie jego książek byłby błędem. Ponieważ dwunastotomowa seria o zwiadowcach, jest nadal fantastyczną lekturą dla osób w każdym wieku. Ironiczny humor występujący na stronach książek rozśmieszyłby nawet największego gbura, czy ponuraka! I to właśnie stanowi jeden z największych atutów tej powieści. John Flanagan posługuje się łatwym, zrozumiałym językiem, który w stu procentach oddaje klimat opisanej historii.
Bohaterowie książki są świetnie wykreowanymi postaciami, które wychodzą poza stronnice powieści. Główny bohater podczas szkolenia przechodzi niesamowitą metamorfozę. A mowa tu nie tylko o walorach fizycznych Willa, ale przede wszystkim o jego psychice, która ulega gwałtownej przemianie. Aż trudno uwierzyć, ile zmian może dokonać jedna osoba w życiu człowieka. To jak Halt wpłynął na Willa, jest czymś niepowtarzalnym i niezwykłym. Will, z chłopca, wchodzącego na drzewa z obawy przed wrogami, przerodził się w młodzieńca nielękającego się stanąć z łukiem w ręce na środku drogi, stawiającego czoła nadciągającemu niebezpieczeństwu. Wiem, że ludzie się zmieniają, ale nie jest łatwo zrobić z tchórza bohatera. Tak właśnie narodziła się przyjaźń mocna i głęboka, będąca swego rodzaju nierozerwalną więzią między dwoma osobami. A takiego połączenia nie można zerwać...
Książka nie tylko ukazuję zmiany pojedynczych osób, ale również pokazuje jak bardzo mogą ulec zmianie relacje międzyludzkie. Jak ludzie pod wpływem tych zmian z wrogów przekształcają się w przyjaciół. To piękne. Ponieważ dzięki temu człowiek ma nadzieję, że w przyszłości mogą zostać zażegnane nawet największe kłótnie, czy spory, które mogłyby się wydarzyć. A to z kolei prowadzi do zgody, do której każdy z nas powinien dążyć.
Tak właśnie prezentuje się książka "Zwiadowcy ruiny Gorlanu" autorstwa Johana Flanagana, którą z całą pewnością mogę Wam polecić. Gwarantuję, że ta powieść jest, na prawie równym poziomie, co "Władca pierścieni" jeżeli chodzi o wykreowanie fantastycznego świata, (dobra, Tolkien nadal górą, ale to nie ma większego znaczenia!) a przy okazji ubawi Was do łez. Zdecydowanie polecam.

Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 3 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-06-09 10:23:03
Q&A, czyli krótka historia o mnie
Hey guys!
W końcu udało mi się napisać długo wyczekiwanego Q&A. Cieszycie się, prawda? A więc miłego czytania kochani. :D


Długo zastanawiałam się jakimi słowami zacząć moją opowieść. W końcu "dawno, dawno temu...", ani "za siedmioma górami, za siedmioma lasami..." nie wydawało mi się odpowiednie. Ale po dłuższym namyśle doszłam do wniosku, że takie wyrażenia, wprost wyrwane ze stronnic starej baśni, wyszły już dawno z mody. Więc jak tu zacząć?
Dzisiaj, to nie jutro, ani nie wczoraj, to po prostu teraz. Teraz kiedy na świecie dzieje się masa różnych dziwnych rzeczy, a ja jestem tylko kolejną niewyróżniającą się zbytnio osobą we wszechświecie, rozpoczyna się przyszłość wszystkich, ale też wszystkiego. Niezła filozofia, co nie? W tej całej mojej opowieści o mnie najbardziej boję się, nie tego, że niedostatecznie wyraźnie uda mi mi się wyrazić siebie, ale tego, że w tej całej historii wyjdę na kolejnego, kapryśnego Hlodena (głównego bohater powieści "Buszujący w zbożu"). A tego bardzo chciałbym uniknąć. Ostrzegam, że uwielbiam używać wszelkiego rodzaju metafor, które niestety nie wszyscy rozumieją, tak dobrze jak ja.
W dzisiejszych czasach, w których ludzie są we władzy Internetu, niewiele osób zalicza się do grona wolnych od wszelkich uzależnień, czy słabości XXI wieku. Ale nie jest tak źle, jak mogłoby się wydawać. To jeszcze nie ?Terminator? moim mili. Ponieważ istnieje jeszcze nadzieja na zmianę i lepszą przyszłość. Tylko trzeba o nią walczyć, podjąć odpowiedni wysiłek, jak ludzie bijący gitarowy rekord Guinnesa, grający utwór Jmiego Hendrixa. Im się udało i nam też może się udać. Można zacząć chociażby od przestrzegania dobrych manier podczas korzystania z telefonów komórkowych. To już byłby niesamowity cywilizacyjny krok do przodu. Albo zaniechać częstego korzystania z kalkulatorów. Ponieważ nasz mózg lubi wyzwania i policzenie od czasu do czasu jakiegoś skomplikowanego działania matematycznego, wpłynęłoby rozwijająco na jeden z najważniejszych narządów w naszym organizmie. Ja sama staram się przyczyniać do dobrego kształtowania naszej przyszłości, jednakże nie zawsze mi to wychodzi.
Ważne jest też rozwijanie swoich zainteresowań i pasji. Przypominam, że można robić wiele ciekawszych rzeczy niż przeglądanie Instagrama, czy oglądanie bezsensownych filmików na You Tubie. Realizowanie się w swoim hobby wpływa rewelacyjnie na nasze samopoczucie i osobowość. Wielu ludzi znajduje ucieczkę od szarej rzeczywistości w tańcu. (Nawiasem mówiąc dwudziestego dziewiątego kwietnia obchodziliśmy Między Narodowy Dzień Tańca.) A inni wyrażają swoje myśli i emocje pisząc, przelewając swe troski na papier, pozbywając się zbędnego bagażu emocjonalnego. Każda droga jest dobra, jeśli tylko prowadzi do zamierzonego celu.
Kolejnym warunkiem dobrego kreowania naszej przyszłości są podróże. Ponieważ podróżowanie w wartościowe miejsca zwiększa ludzką ciekawość świata. Dzięki temu człowiek chce poznawać inne kultury i narodowości, dowiedzieć się czegoś innego oraz zaczerpnąć inspiracji do swojego codziennego życia. W ten sposób ludzie jeszcze bardziej rozwijają się, kształcą, myślą. A głębokie rozmyślanie jest bardzo ważną częścią każdego człowieka. Jak to powiedział sławny filozof "Myślę, więc jestem". Więc bez myślenia, podróżowania, podążania własną drogą, tak naprawdę nie istniejemy...
Chyba trudno to nazwać historią mojego życia. Ale kiedy popatrzymy na zamieszczony wyżej tekst z innej perspektywy, możemy zauważyć, że jestem osobą: wyznającą wiele starodawnych, w dzisiejszych czasach, wartości, ceniącą sztukę taką jak taniec, czy książki, oraz skorą do przemyśleń na temat przyszłości i poszukiwania swojej ścieżki wśród dróg zarówno krętych, jak i prostych? Jak wcześniej wspomniałam uwielbiam metafory, a w szczególności te, które same przychodzą mi do głowy. Wybaczcie za ten nadzwyczajny, może nawet dla wielu niezrozumiały tekst. Lecz mam nadzieje, że choć część z Was wyniesie z niego coś, co zainspiruje go do lepszego postępowania, do kreowania, niczym wybitni autorzy książek futurystycznych, przyszłości pięknej, niepowtarzalnej i bezpiecznej, w której każdy z nas chciałby żyć.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 3 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-06-08 17:52:27
"Szklany tron" - Sarah J.Maas
Hey guys!
To znowu ja. Tym razem zapraszam do przeczytania recenzji książki genialnej, fantastycznej, fenomenalnej i nie wiem jeszcze jakiej. Jednym słowem to coś niezwykłego. Polecam!


Seria książek "Szklany tron" autorstwa Sarahy J.Maas to powieści tak genialne, że wprost trudno mi znaleźć odpowiednie słowa, które opisałyby wspaniałość tych arcydzieł literackich. Jak na razie, pięciotomowa seria składa się z : "Szklanego tronu", "Korony w mroku", "Dziedzictwa ognia", "Królowej cieni" i "Imperium burz". W październiku ukaże się kolejny, ostatni już tom przygód Celeany. Będzie on klejnotem koronnym wieńczącym całą serię. Czytelnicy z całego świata wyrywają kartki z kalendarza w oczekiwaniu na kontynuację brutalnie zakończonych wydarzeń z "Imperium burz"?...
Główną bohaterką powieść jest siedemnastoletnia Celeana, która została skazana na dożywotnią niewolniczą prace w kopalni Endovier. Dziewczyna jest wyśmieliście wyszkolona zabójczynią, żyjącą dzięki ciężkiej pracy i sieci intryg, którymi się otacza niczym pająk tworzący sieć. Jednakże została złapana, poniosła klęskę, została przez wielu spisana na straty. Ale tak nie kończą wielkie osobowości Aderlanu... Celeana otrzymuje ofertę nie do odrzucenia Musi walczyć o tytuł królewskiego zabójcy w turnieju, w którym zasady fair play nie obowiązują. Zwycięzca otrzymuje (po kilku latach służby na dworze króla) upragnioną wolność. Natomiast przegranych czeka śmierć. Tylko jedna osoba wyjedzie cało z tej rozgrywki. A sprawę jeszcze bardziej komplikuje fakt, że uczestnicy turnieju giną w tajemniczych okolicznościach. Czy Celeana Sardothien, największa zabójczyni Aderlanu zdemaskuje mordercę i wywalczy sobie drogę do upragnionej wolności?
Celeana to niezwykła główna bohaterka, z rodzaju tych bezwzględnych, pięknych i nieobliczalnych. Jest to postać niezwykła, budząca zarówno zainteresowania jak i strach. Zapewniam, ze lepiej nie mieć za wroga tej kobiety. Ponieważ ta dziewczyna, swoim przeciwnikom serwuje coś więcej, niż krótką, bezbolesną śmierć. Ale to tylko jej zewnętrzna maska, która wprost zrosła się z jej naturalną twarzą. Bo kiedy człowiek walczy o życie, to nie interesuje go cena, jaką za nie płaci. A Celeana jest niezwykle tajemnicza i skryta. Lecz czytelnik pozna prawdę o niej samej, tylko wtedy, kiedy ona mu ją ujawni. Sarah J.Maas wykreowała wyrazistą główną bohaterkę, której niestraszna śmierć, cierpienie i wyrzuty sumienia. Celeana, kolokwialnie mówiąc, nadaje kopa, tej powieści. Gdyby nie ona "Szklany tron"nie byłby taki wyrazisty, prawdziwy i tajemniczy.
Jednakże, oprócz Celeany Sardothien seria dysponuje wieloma fantastycznymi, fenomenalnymi wręcz bohaterami, których na próżno szukać w innych książkach. Gdy patrzy się na pięciotomowy zbiór, to aż trudno uwierzyć, jak wielka przepaść dzieli pierwszy i ostatni wolumin. To, jaką bohaterowie przeszli drogę, jak bardzo te powieści ewulowały, to coś... Coś co trudno opisać, ale jest to absolutnie niezwykłe i wyjątkowe. Ponieważ bardzo rzadko można spotkać książki z aż tak niespodziewanym zwrotem wydarzeń.
Jeżeli chodzi o akcję i tempo powieści, to jest ono bardzo szybkie. Utwór nabiera szybkości ze strony na stronę, z minuty na minutę. Ta książka tak wciąga, że aż nie sposób się od niej oderwać. A akcja, intrygi są skrupulatnie przemyślane i dopracowane w najmniejszym nawet szczególe. Genialne. Świat przedstawiony w powieści, to nie jest świat przedstawiony, to świat rzeczywisty! Pełen żyjących ludzi, ich problemów i zmartwień. Co prawda występuje w nim magia i nadprzyrodzone istoty, ale przez nie książka nie jest ani o jotę mniej prawdziwa. W końcu w naszym świecie nie udowodniono, że magia nie istnieje... Autorka, która wymyśliła te książki jest kosmitą, ponieważ zwyczajny, normalnych człowiek nie byłby w stanie czegoś takiego wymyślić. Ach! Żałuję w takim razie, że nie pochodzę z innej planety, ponieważ w przyszłości chciałabym napisać coś tak wspaniałego i niezwykłego, coś na miarę Sarahy J.Maas.
Jakże długo mogłabym pisać o tych dziełach literackich. Chyba nikomu nie muszę mówić, że polecam te książki. Ponieważ przez całą recenzje zdołałam już dość wylewnie się o nich wyrazić. Ale uwierzcie mi, że wszelkie słowa pochwały, czy podziwu odnośnie serii "Szklany tron", są jak najbardziej zasłużone. Dlatego jeszcze razy chylę czoła przez przed twórczością Sarhy J.Maas. Zapewniam, że mało jest pisarzy, których książki można pokochać, tak bardzo jak te.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 3 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-06-07 16:32:38
"Buntowniczka z pustyni" - Alwyn Hamilton
Hey guys!
Dzisiaj przychodzę do Was z lekką wakacyjną powieścią, którą naprawdę warto przeczytać w upalne dni lata. Do zobaczenia wkrótce, kochani ;D.


Książka "Buntowniczka z pustyni" autorstwa Alwyn Hamilton to absolutny numer jeden dla wszystkich, którzy kochają gorący piasek, pustynię i młodych głównych bohaterów, którzy zmagają się ze swoimi słabościami oraz samym sobą. Debiut młodej autorki stał się prawdziwym hitem na całym świecie i szybko zagościł na liście bestsellerów "New York Times". Niedawno Alwyn Hamilton była honorowym gościem na WTK (Warszawskich Targach Książki), gdzie rozdawała autografy i rozmawiała z fanami. Myślę, że przez to jej książki cieszą się jeszcze większym zainteresowaniem.
Główną bohaterką i jednocześnie narratorką powieści jest nastoletnia Amani. Dziewczyna pustyni, która pragnie od życia czegoś więcej, niż może jej zaoferować zabita deskami dziura Dustwalk. Więc kiedy tylko nadarza się okazja Amani zostawia za sobą dotychczasowe życie, opuszcza despotycznego wuja, udaje się w podróż wraz ze zbiegiem oskarżonym o zdradę stanu, uzbrojona jedynie w swój niezawodny pistolet i hart ducha. Ale to wszystko może okazać się niczym, gdy jest się na pustyni, bezkresnych piaskach, po których stąpają tajemnicze bestie obdarzone magią. Jeden nieodpowiedni krok może doprowadzić do zatopienia się w zdradliwych piaskach, a w nich próżno szukać drogi powrotnej. Na szczęście towarzysz Amani, Jin to wyszkolony wojownik, który może i czasem sprawia kłopoty, ale nade wszystko jest mężczyzną, którego Amani potrzebuje. Lecz w toczącej się rozgrywce nie można pominąć sułtana, który w tej powieść może jeszcze zagrać pierwsze skrzypce...
"Buntowniczka z pustyni" to porywająca, lekka książka, z rodzaju tych dobrych powieści czytanych na plaży przy szumie morskich fal, czy lektur twz. "dobranocek", po których można mieć tylko dobre sny. A więc to nic, co mogłoby się wyróżnić na tle takich książek jak "Szklany tron" lub choćby "Tysiąc pięter". Ale to wcale nie oznacza, że nie powinniśmy czytać takich książek. Książek, które nas doskonale relaksują. Takie powieści też są potrzebne. Bo w końcu, jakbyśmy mieli cały czas czytać jakieś arcydzieła literackie, to myślę, że z biegiem czasu przestalibyśmy je doceniać. A na pewno nie docenilibyśmy ich tak bardzo, jak na to zasługują. Ponieważ przyzwyczailibyśmy się do książek genialnych, które nieustannie robią na nas wrażenia. A jak coś dzieje się co chwilę, to nie jest już ani takie genialne, ani zaskakujące, czy piękne. Dlatego potrzeba nam takich książek jak "Buntowniczka z pustyni", nawet jeżeli przeczytalibyśmy ją tylko dlatego, że jest niezobowiązująco napisana.
Jednakże nie bez znaczenia jest fakt, że Alwyn Hamilton jest świetną pisarką, która stworzyła świat niezwykły, a przed wszystkim oryginalny. Z książki, aż wylewa się olbrzymia dawka humoru, treść jest pełna dowcipów i absurdalnych sytuacji. Bohaterowie książki są rzeczywistymi odpowiednikami nastolatków, umieszczonymi wśród pustynnych piasków. Akcja powieści jest skrupulatnie zaplanowanym ciągiem nieoczekiwanych zdarzeń, który bezwiednie wciąga czytelnika w świat pełen tajemnic, spisków i lejącego się z nieba żaru. Jakże łatwo stracić przy tej lekturze rachubę czasu!
A więc bez wahania polecam Wam "Buntowniczkę z pustyni" autorstwa Alwyn Hamilton. Zapewniam, że ta powieść to idealny przerywnik, który dla niektórych jest świetną książką i czymś więcej niż tylko niezobowiązującą lekturą.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 3 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-05-29 17:39:21
"Morderstwo w Orient Expressie" - Agata Christie
Hey guys!
Jeszcze nie napisałam Q&A, ale obiecuje, że zabiorę się za to wkrótce. A dzisiaj recenzja znanego na całym świecie kryminału, który w tamtym roku został powtórnie zekranizowany. Miłego czytania :D.

?Morderstwo w Orient Expressie? to książka, której autorki nikomu nie trzeba przedstawiać. Agata Christie - postać, która zaliczana jest do grona osób niezwykłych i zjawiskowych, nieprzewidywalnych i utalentowanych? Nawet w dzisiejszych czasach uważana jest za królową kryminałów, a jej książki nadal cieszą się zadziwiającą popularnością. To fakty, obok których nie może przejść obojętnie żadna osoba, która ,choćby przez moment, miała zamiar podważyć genialność angielskiej pisarki. Uważam, że jej utwory kryminalne to arcydzieła literackie.
Głównym bohaterem omawianej powieści jest, owiany sławą, detektyw Herkules Poirot. Ten człowiek sprostał już w swoim życiu niejednemu wyzwaniu, rozwiązując mroczne zagadki kryminalne. Doświadczenie nauczyło go, że człowiek skrywa w sobie o wiele więcej tajemnic, niż mógłby się do tego przyznać. Odkrycie najskrytszych sekretów drugiej osoby, dla większości z nas byłby zadaniem niewykonalnym. Ale Herkules Poirot to człowiek inny niż wszyscy. Dlatego, kiedy dochodzi do morderstwa w pociągu, który niespodziewanie utknął w śnieżnej zaspie, do sprawy wkracza Poirot, który nie boi się stawić czoła mordercy, którym bezwątpienia jest jeden z pasażerów?
Utkana niczym sieć pajęcza powieść, pełna intryg i spisków to prawdziwy emocjonalny rollercoster, który sprawia, że czytelnik zaczyna zastanawiać się, czy aby na pewno dobrze zna ludzi oraz ich motywy działania. Ponieważ Christie po mistrzowsku zwodzi wszystkich, którzy myśleli, że znaleźli rozwiązanie zagadki tajemniczego morderstwa. Muszę przyznać, że sama nigdy nie wpadłabym na takie zakończenie tej powieść. Bowiem znam kilka osób, które również czytały tę książkę i wszyscy łącznie ze mną, dały się wywieść w pole. Właśnie chociażby dla takie zakończenia warto przeczytać ?Morderstwo w Orient Expressie?.
Nigdy nie sądziłam, że kryminały będą kolejnym gatunkiem literackim, który zagości w mojej biblioteczce. Zawsze była to fantastyka młodzieżowa i kilka pojedynczych obyczajówek. Ale w tamtym roku postanowiłam, że pora coś zmienić, spróbować czegoś nowego. Tak więc, gdy tylko nadarzyła się okazja kupiłam ?Morderstwo w Orient Expressie?. Nigdy nie żałowałam swojej decyzji. Agata Christie pokazała mi, że człowiek jest skomplikowanym stworzeniem, które niełatwo zrozumieć.
Podczas lektury powieści czułam się, jakbym dopiero co wysiadła z wehikułu czasu, który przeniósł mnie, do rozgrywających się w książce wydarzeń. Gdyby nie to, że byłam zmuszona przewracać strony, mogłabym bez mrugnięcia okiem uwierzyć, że opisane wydarzenia dzieją się naprawdę. A to wszystko zasługa wielobarwnego języka Christie, który przeniósł mnie do XX wiecznej Anglii.
W ?Morderstwie w Orient Expressie? można znaleźć szereg współgrających ze sobą emocji, które nadają utworowi niepowtarzalnego wyrazu. Ta niepowtarzalność, to cecha, którą ze świecą można szukać wśród popularnych powieść kryminalnych. Lecz zapewniam, że wszystkie książki Agaty Christie są wyjątkowe, zaskakujące i wciągające. Ale nie można zapomnieć o jednym. O wielobarwnych postaciach, które są istotą przedstawionego świata. Główny bohater powieści, Herkules Poirot jest tak samo uwielbiany przez czytelników, jak owiany sławą Sherlock Holmes. Ten fakt spowodował, że rzesze fanów sir Arthura Conana Doyle?a zaczęło interesować się książkami Agaty Christie.
A więc, jeżeli poszukujecie czegoś więcej, niż tylko dobrego kryminału, jeżeli jesteście osobami wymagającymi, które dużo oczekują od czytanych powieści, to z czystym sercem mogę polecić Wam ?Morderstwo w Orient Expressie? autorstwa Agaty Christie. Gwarantuję, że się nie zawiedziecie. W końcu tytuł ?Królowa kryminałów? nadany autorce, nie bierze się z nikąd.

Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 3 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-05-16 21:22:52
"Szóstka wron" - Leich Bardugo
Hey guys!
Znowu się widzimy. Kto się cieszy? Jak na razie wywiązuje się z obietnicy złożonej w poprzednim poście. Mam nadzieje, że mój słomiany zapał szybko mnie nie opuści. Jestem ciekawa co myślicie o moich wpisach i o moim blogu. Koniecznie dajcie znać w komentarzach.

Książka "Szóstka wron" autorstwa Leich Bardugo to światowy bestseller, który porusza czytelników swoją wielobarwnością i oryginalnością. To niezwykła powieść fantasy, która nie tylko ukazuje ciemną stronę natury ludzkiej, ale przede wszystkim stawia ogromny nacisk na więzi łączące ludzi.
Głównym bohaterem książki jest siedemnastoletni przestępczy geniusz Kaz Brekker. Ten jakże młodziutki, może nawet pozornie niewinny, chłopak sieje postrach wśród mieszkańców Ketterdamu. Wyrobił sobie opinię Brudnorękiego, człowieka pozbawionego jakichkolwiek skrupułów, zdolnego dosłownie do wszystkiego. Te pogłoski nie są wyssane z palca, ponieważ Kaz, dzięki swoim czynom, stał się niemal królem Baryłki. Niemal, bo ma jeszcze rywala, powszechnie uważanego za niezwyciężonego, Pekkę Rollinsa, Kaz nienawidzi go bardziej, niż wszystkich przestępców z Ketterdamu razem wziętych. Możliwe, że wszystkie zbrodnie, których dokonał Kaz miały go doprowadzić do punktu, w którym otrzymuje ofertę nie do odrzucenia. Jest nią możliwość wzbogacenia się ponad wszelką miarę. Aby to osiągnąć trzeba tylko uwolnić zakładnika z niezdobytej twierdzy wojskowej - Lodowego Dworu. Bułka z masłem dla sześciorga wyrzutków, którzy nie boją się ryzyka, a nade wszystko cenią przygodę i bogactwo. Ale czy na pewno? W końcu nieprzewidywalny szaleniec Kaz Brekker też się może mylić?
Leich Bardugo po raz kolejny wprowadza czytelnika w magiczny, ale jednocześnie mroczny świat Griszów. Giszowie to ludzie posiadający niezwykłe moce i umiejętności. Niestety wszyscy uważają, że wszystko co inne jest złe. Dlatego Griszowie nie mają łatwego życia. Często są zmuszani do niewolniczej pracy, albo zabijani przez tępiących ich wojowników. Nic więc dziwnego, że wielu przedstawicieli tego gatunku woli ukrywać swoje nadzwyczajne umiejętności, niż z nich korzystać. To smutne i niesprawiedliwe, ponieważ nie wszyscy Griszowie są źli; niektórzy robią rzeczy, których nie chcieliby robić, ale nie mają innego wyjścia, jeśli chcą przetrwać. Autorka w swojej powieści opisała różne zachowania w stosunku do Griszów, ukazują one jak bardzo można nienawidzić kogoś za to co robi, a nie kim jest. Z uprzedzeniami spotykamy się nie tylko na stronach książek, ale również w prawdziwym życiu. Byłoby wspaniale, gdybyśmy w przyszłości wyzbyli się zbyt szybkiej oceny innych, czy dyskryminowania z byle powodu...
Pozornie wydaje się, że w książce nie ma dobrych postaci. Ale po dogłębnym przypatrzeniu się poszczególnym osobom, można dostrzec ich dobre intencje, które często są ukryte. Bo czasem dobro może być zakorzenione głęboko w sercu człowieka, nawet w tzw. "czarnych charakterach".
Gdybym powiedziała, że w "Szóstka wron" to typowa powieść fantasy, skłamałabym. Ponieważ w tej książce nie ma nic typowego czy szablonowego. To właśnie te zaskakujące zwroty akcji kształtują całą historię. A ciągła niepewność zapędza czytelnika w kozi róg. Może on tylko przewrócić kolejną stronę i pochłaniać się bez reszty opowieści o losach głównych bohaterów. Leich Bardugo wykreowała świat w taki sposób, aby przypominał rzeczywisty, jednocześnie był podobny i niepodobny do naszego. Trójwymiarowi bohaterowie, wartka akcja i oczywiście arcyciekawa osobowość głównego bohatera, to coś, czego żaden miłośnik doskonałej literatury nie może przegapić.
Kaz Brekker jest swego rodzaju wizytówką, symbolem tej duologi. Bez niego, opisanej historii brakowałoby tej wisienki na torcie, tej kropki nad "i", dzięki której "Szóstka wron" odniosła taki sukces - zresztą jak najbardziej zasłużony. Ale Kaz to niejedna świetna postać w tej książce. Weźmy na przykład Inej, najbardziej oddaną i najbliższą dziewczynę Kaza. Jej postać została wykreowana w taki sposób, aby każdy mógł z łatwością się z nią utożsamić. Albo Jasper, niezastąpiony snajper, którego wprost nie da się nie lubić. Czasami nie wiem, kto jest bardziej genialny, autorka za stworzenie tego fantastycznego świata, czy Kaz, który czuje przemożny strach, gdy musi dotknąć drugą osobę bez swoich czarnych rękawiczek, ale poza tym niczego się nie lęka. Leich Bardugo przyznaje, że w trakcie pisania tej książki przebyła długą drogę wraz z głównym bohaterem. Ale jej trud był jak najbardziej opłacalny. Ponieważ książka, owoc ciężkiej pracy, okazał się pod każdym względem doskonały. Można by było powiedzieć, że sukces "Szóstki wron" jest tak wysoki, jak iloraz inteligencji Kaza. A musicie przyznać, że wynik w obu przypadkach byłby dość wyskoki. Och! Przytłoczyła mnie treść tej książki, bo omal nie zapomniałam powiedzieć, że w powieści znajdziecie zrównoważoną dawkę humoru. I to takiego, przy którym koń zacząłby rżeć ze śmiechu.
Podsumowując: książka "Szóstka wron" to fantastyczna powieść, po którą powinien sięgnąć każdy, kto tak jak ja uwielbia nieprzewidywalne zwroty akcji, spiski tak ukryte, że praktycznie niemożliwe do odkrycia oraz bohaterów na miarę samej Sarah J. Mass. Polecam!

Ps: Nie zapomnijcie skomentować mojej działalności.
Ps2: Zamieszczam znowu ten post, ponieważ wkradł mi się niechciany błąd w tytule ;).
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Zaloguj się aby komentować.
2018-05-16 19:49:50
"Pasażerka" - Alexandra Bracken
Hey guys!
To już czwarty wpis na moim blogu (Och! Jak ten czas leci.) i zastanawiałam się czy nie chcielibyście trochę lepiej mnie poznać. Dowiedzieć się więcej o moich poglądach, zainteresowaniach, czy sposobie bycia. Jeżeli ciekawi Was mój charakter i moja osobowość, to koniecznie dajcie znać, czy nie zrobić coś w stylu Q&A?!


Książka "Pasażerka" Alexandry Bracken, bestsellerowej autorki, wg listy "New York Times", to na pewno obowiązkowa lektura dla wszystkich miłośników podróży w czasie. Bowiem powieść rozgrywa się w przeszłości pełnej tajemnic i nieodkrytych spisków. Właśnie to nadaje sens przedstawionej historii, sprawia, że książka wyróżnia się na tle takich klasyków jak "Powrót do przyszłości" czy "Eksperyment Filadelfia".
Główną bohaterką książki jest osiemnastoletnia Etta Spencer, cudowne dziecko, które zachwyca wszystkich swoją niebywałą grą na skrzypcach. Etta wiedzie spokojne, przepełnione nieustannymi koncertami i treningami życie, do czasu, aż w dniu, który miał być początkiem jej muzycznej kariery, dochodzi do niespodziewanego zdarzenia... Etta przenosi się w czasie do 1776 roku, gdzie zostaje porwana przez potężną rodzinę Ironwoodów. Dziewczyna musi odnaleźć skradziony przed wiekami przedmiot, aby uratować mamę i wrócić do swoich czasów. Jeśli zawiedzie - straci jedną z najbliższych osób w jej życiu oraz możliwość powrotu do znanej jej rzeczywistości. Ale znalezienie owego przedmiotu może okazać się jeszcze gorsze, niż strata, którą Etta mogłaby ponieść. Główna bohaterka ma jeszcze partnera - Nicholasa Cartera, młodego korsarza, który może pomóc, ale jednocześnie utrudnić wykonanie zleconego zadania?
"Pasażerka" jest niewątpliwie "książką chwytającą za serce i wciągającą", tak o niej napisała Sarah J. Mass, znana autorka powieści fantasy. Ale to tylko początek długiej listy zalet tej powieści. Książka jest owocem pracy autorki, która już niejednokrotnie udowodniła, że potrafi pisać. Jest profesjonalną konstruktorką świata fantasy. Alexandra Bracken to znana i ceniona autorka trylogii "Mroczne umysły", która już w najbliższym czasie doczeka się ekranizacji. Doświadczeni pisarze mają łatwiej, ale to wcale nie oznacza, że są lepsi od debiutujących autorów. Choć muszę przyznać, że "Pasażerka" to książka, którą niejeden wieloletni pisarz chciałby mieć na swoim koncie.
W powieści mamy do czynienia z dwojgiem młodych narratorów, którzy wprowadzają do treści utworu powiew świeżości i nowoczesności. Przez to młodszy czytelnik nie ma problemu z zrozumieniem opisywanej historii. Sprowadza się do tego, że książka kierowana jest głównie do dorastającej młodzieży. Ale to nie oznacza, że starszy czytelnik nie bawiłby się doskonale przy lekturze powieści.
Jak wcześniej wspomniałam, Etta Spencer to skrzypaczka, która nie boi się nowych wyzwań i przeciwności losu. Więc kiedy niespodziewanie przenosi się w przeszłość nie narzeka, lecz stawia czoła niebezpieczeństwu. To właśnie jej silna osobowość i odwaga patrzenia śmierci prosto w oczy, powoduje, że Etta jest wprost urodzoną podróżniczką w czasie. Wraz z Nicholasem, który jest tak bardzo irytujący, jak i przystojny, próbuje zapobiec zbliżającej się katastrofie. Ale niebanalna osobowość to niejeden as w rękawie Etty, dziewczyna ma ich o wiele więcej...
Muszę przyznać, że bardzo polubiłam głównych bohaterów "Pasażerki". Są wprost idealnie wykreowani, aż trudno mi uwierzyć, że istnieją tylko na stronach powieści. To wielka szkoda, że nie mogę się z nimi zaprzyjaźnić w rzeczywistości. Powodem, który sprawił, że tak bezgranicznie pokochałam tę książkę są fantastycznie przedstawione podróże w czasie. Ach! Nowy Jork w 1776 roku, albo Londyn w 1940, czy chociażby Paryż w XIX wieku.
Wszystko jest opisane z najmniejszymi detalami, można się do woli zachwycać mistrzowskim kunsztem literackim Alexandry Bracken. Gdybym powiedziała, że opowieść jest po prostu piękna, nie oddałabym w istocie całej wspaniałości tej historii i wręcz byłoby to ujmą dla utworu .
A więc polecam Wam z całego serca "Pasażerkę" Alexandry Bracken, książkę, która wprowadza nas w świat marzeń i tajemnicy, którą każdy chciałby zgłębić.
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Data: 2018-05-16 21:13:20

Autor: Morrigan

Lubię Q&A,więc czemu nie :)
Zaloguj się aby komentować.
2018-05-11 18:29:47
"Buszujący w zbożu" - J.D. Salinger
Hey guys!
Witam ponownie na moim blogu. Przepraszam za tak długą nieobecność, ale w ostatnim czasie miałam dużo rzeczy na głowie, które nie mogły poczekać. Obiecuje, że od teraz posty będą się pojawiać w mniejszych odstępach czasowych. Bo w końcu musimy dalej odkrywać nieodkryte zakątki Brooklynu!


Książka "Buszujący w zbożu" autorstwa J.D.Saligera to powieść, która w ubiegłym wieku wstrząsnęła amerykańskim rynkiem czytelniczym. Doprowadziła niemal, do swego rodzaju, przemian społecznych i sprawiła, że zauważono, że nie zawsze wszystko w życiu musi być idealne. Że oryginalność - to pod pewnym względem dobra cecha. Pomaga obalić stereotypy. Niektóre książki zmieniają ludzi i ich światopogląd. Ponieważ dzięki czytaniu książek kształtujemy swój charakter, który rozwija się z upływem lat. Jak to się ma do "Buszującego w zbożu"? Myślę, że pod pewnym względem, ten nieco kontrowersyjny utwór, mógłby znajdować się na liście powieści, które uczą samorozwoju.
Głównym bohaterem książki jest siedemnastoletni Holden Caulfield. Zbuntowany nastolatek, który sprzeciwia się wszelkim zasadom; pije, pali, używa wulgaryzmów, chce pokazać swój bunt wobec praw i tzw. "amerykańskiego snu", który zagościł w powojennej świadomości mieszkańców Stanów Zjednoczonych. Holden nie jest głupim, płaczliwym smarkaczem, ale myślącym człowiekiem, który często filozofuje o rzeczach, dla wielu, oczywistych. To powoduje, że jest (przez niektórych) uważny za dziwaka. Nie zmienia to faktu, że główny bohater książki jest: bardziej leniwy niż ambitny, bardziej skory do działania niż myślenia, a przede wszystkim, bardziej wrażliwy niż wytrwały. Możliwe, że właśnie te cechy spowodowały, że Holden został wyrzucony z czterech szkół i rozpoczął samotną tułaczkę ulicami Nowego Jorku. Często wędrówka Holdena nazywana jest nowojorską odyseją. Myślę, że to przesadzona hiperbola; raczej symboliczne porównanie, niż rzeczywiste zestawienie dwóch, tych jakże różnych od siebie, historii.
Jedyną osobą, do której Holden może się zwrócić po wsparcie czy pomoc, jest jego młodsza siostra Phoebe. Jest to zaledwie dziesięcioletnia dziewczynka, która posiada niesamowitą charyzmę i upór - z nią zawsze można się dobrze bawić. Ale to nie oznacza, że Holden nie ma wśród swoich rówieśników przyjaciół czy znajomych. Ma, tylko, że większość z nich uważa za czubków lub nic niewartych bufonów. I to właśnie jest jednym z największych, najbardziej rzucających się w oczy, minusów tej powieści. W końcu każdy ma wady, a skupianie się na nich nic nie da. Wręcz pogorszy naszą opinię o danej osobie. Więc uważam za bezsensowne, traktować, tak jak Holden, wszystkich z góry. Powoduje to, że książka, która mogła być dobra, jest przeciętna. Wielka szkoda, że J.D. Salinger nadał tej powieści właśnie taki charakter?
Holden jest nie tylko leniwym buntownikiem, ale przede wszystkim niezwykle kapryśnym bohaterem. Irytowało mnie to niezmiernie. Bo niby dlaczego mam czytać o jakimś nastolatku, któremu życie (na własne życzenie) kompletnie się spaprało? Będę jak Holden i powiem, że nie mam ochoty, że po prostu mi się nie chce czytać tych literackich wypocin. Nie, booo?bo tak! Jeżeli czujecie się teraz z lekka zaskoczeni moim zachowaniem, a macie podobną do mojej wrażliwość, to wiedzcie, że przez całą lekturę będziecie czuli podobnie jak ja. Wspaniale, prawda? Oczywiście nie twierdzę, że nikomu się ta książka nie podoba. Szczerze powiedziawszy jestem jedną z nielicznych, której ta powieść nie przypadła do gustu. Ale jak to mówią: wyjątek potwierdza regułę.
Jeżeli tak jak ja, uważacie się za wytrawnego czytelnika, któremu próżno szukać podobnych do siebie, to ta książka zdecydowanie nie jest dla Was. No chyba, że jesteście osobami, którym zależy na krytykowaniu, a nie zachwalaniu powieści. Wtedy proszę bardzo, miłej lektury. Nawiasem mówiąc, uważam, że książka "Buszujący w zbożu" autorstwa J.D. Salingera została słusznie dodana do obowiązującego kanonu lektur szkolnych. W końcu jakaś lektura musi być najgorsza, aby inna mogła być najlepsza.


Na dzisiaj to tyle, miłego dnia kochani!
Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 2 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Data: 2018-05-16 21:03:30

Autor: Morrigan

Niby nie jest to recenzja bardzo pozytywna, ale zachęłaś mnie do przeczytania XD
Data: 2018-05-20 13:40:38

Autor: Jothanne Washington

Cóż mam nadzieje, że Tobie ta książka spodoba się bardziej niż mnie. :D
Zaloguj się aby komentować.
2018-04-10 19:54:29
"Żółwie aż do końca" - John Green
Hey guys!
Witam na moim nowym blogu, na którym będziecie mogli rozkoszować się recenzjami książkowymi prosto z Brooklynu. Gwarantuje, że wszystkie recenzje pisane są z głębi serca i zawierają (mam nadzieje) klimat amerykańskiej sielanki. Miłego czytania kochani i do zobaczenia już niebawem ;D.

Książka "Żółwie aż do końca" autorstwa Johna Greena to powieść, która nie tylko wygrywała na listach bestsellerów, ale również była jedną z najbardziej wyczekiwanych powieści na całym świecie. Autor to ceniony, kultowy amerykański pisarz, który cieszy się niezwykłą popularnością wśród młodzieży. Jego książki przez wiele tygodni były na szczycie list bestsellerów np. "New York Times", "Wall Street Journal" czy "USA Today". Autor zyskał swoją twórczością rzeszę fanów na całym świecie. Kiedy jakiś czas temu John Green ogłosił, że pracuje nad nową powieścią, której tytuł będzie brzmiał "Żółwie aż do końca" - wybuchł ogromny entuzjazm wśród internautów z całego świata.
Historia opisuje życie szesnastoletniej Azy Holmes, dziewczyny, która zmaga się z chorobą psychiczną. Jej życie (poza spiralą myślową) jest całkiem zwyczajne. Lecz kiedy podejmuje się poszukiwania zaginionego miliardera Russeella Picketta, uświadamia sobie, że pozornie zwykłe śledztwo, którego stawką jest sto tysięcy dolarów, przeradza się w coś znacznie więcej - w ciąg nieoczekiwanych zdarzeń. Ale po mimo to, Aza postanawia odnowić dawno zapomnianą znajomość z synem miliardera Davisem. Dziewczyna musi zdobyć się na odwagę aby stawić czoła przeciwnościom życiowym i pokonać przepaść, która dzieli ją od innych ludzi. Staje się to największym wyzwaniem i przygodą w jej życiu.
Jak wspomniał sam pisarz, jest to najbardziej oczekiwana i najbardziej osobista jego książka. Jest w tym ziarno prawdy... Akcja powieści rozgrywa się w Indianapolis w stanie Indiana w Stanach Zjednoczonych - jest to obecne miejsce zamieszkania autora. Wskazuje na to nie tylko notka biograficzna, ale również niezwykła emocjonalność, która towarzyszy opisowi przedstawionych wydarzeń. Powoduje to, że świat przedstawiony staje się dla czytelnika realny i prawdziwy. Wpływa to na całokształt opinii odbiorcy.
Natomiast sam styl pisania i język autora jest po prostu bezbłędny! Trafia prosto do serca czytelnika, rozbudza emocje, rozpala wrażliwość. John Green stworzył tak elastyczne postacie, że każdy może się z nimi utożsamić i czerpać z wzorce. Trójwymiarowi bohaterowie zostali wyposażeni w niesamowity bagaż uczuciowy, który zadziwia czytelnika na każdym kroku. Stanowi to jeden z największych atutów tej powieści. Ale nie ostatni. Książka "Żółwie aż do końca" posiada szeroką paletę emocji, odbiorca tekstu wykazuje dużą empatię wobec postaci wykreowanych przez pisarza. Autor opisuje nastoletnie relacje międzyludzkie w bardzo przystępny dla czytelnika sposób. Czytając ma się wrażenie, że Aza, Daisy czy Davis stoją koło nas i śmieją się razem z nami z żartów. Jest to niezwykłe wrażenie, którego doświadcza się przez wszystkie strony książki. Tworzy to niepowtarzalny, typowy amerykański klimat, którego odwzorowanie lub skopiowanie jest praktycznie niemożliwe. Dla mnie to pewien rodzaj magii, który pozwala przenieść się do tak odległej i pięknej Ameryki. To uczucie towarzyszy mi tylko przy lekturze książek Greena.
Historia, jak już wcześniej wspomniałam skupia się głównie na życiu Azy Holmes. Dziewczyny, która zmaga się z chorobą psychiczną. Ale na czym ona tak dokładnie polega? A no właśnie. Aza ma zaburzenia psychiczne związane z mikrobiomami. Mikrobiom to mikroorganizm występujący na ogół w określonym siedlisku w naszym organizmie. Jeżeli ktoś chciałby zagłębić się w tę tajemnicę, to jestem przekonana, że całą jego ciekawość zaspokoi książka "Mikrobiom. Najmniejsze organizmy, które rządzą światem". Nasza główna bohaterka panicznie boi się zachorowania na Clostridum difficile; robi wszystko co w jej mocy, aby zapobiec dostaniu się bakterii do jej organizmu. Przeradza to się w swego rodzaju obsesję, która może mieć katastrofalne skutki?
Kiedy Aza decyduje się odnowić znajomość z synem miliardera Davisem, nie wie jeszcze dokąd ta decyzja może ją doprowadzić. Ale jest pewna, ze potrzebuje w swoim życiu drugiej osoby. Kogoś z kim niekoniecznie będzie musiała rozmawiać, lecz kogoś z kim będzie mogła po prostu być, trwać. Leżeć ramię w ramie pod rozgwieżdżonym niebem i obserwować gwiazdy. Tak zwyczajnie, bez żadnych zobowiązań czy wymuszonych słów. To właśnie wtedy Aza uświadamia sobie, że nawet w istniejącym, odkrytym świecie, można stworzyć swój własny świat - swoją własną galaktykę. Kiedy wpatruje się w gwiazdy, w odległe o kilkanaście lat świetlnych planety, uświadamia sobie jak jest mała. Właściwie nieznacząca wśród całej wielkości wszechświata.
Davis wkracza w życie Azy powoli, opowiadając jej o planetach, gwiazdach, zaginionych drogach mlecznych. Tworzy alternatywną rzeczywistość, w której oboje są razem szczęśliwi, bezpiecznie spoglądają z góry na "przestarzałe" o kilka lat światło ziemskie z jakieś innej, tylko im znanej planety. To piękna wizja, pozbawiona spirali myślowej, rozczarowań i bólu.
W książce można znaleźć nie tylko interesujące cytaty szekspirowskie, czy zachwycić się kunsztem literackim Johna Greena (słowa warte niejednej kolorowej karteczki), ale przede wszystkim, można znaleźć odpowiedzi na pytania: Kim jestem? Jak podejmować decyzje? Czy mój los ktoś określił? Zaiste, odwieczne pytania filozoficzne i choć lektura, przez niektórych, może być pogardliwie nazwana "czytadłem", dla młodego człowieka, poszukującego celu życiowego, może być drogowskazem.
"Żółwie aż do końca", to nie tylko najbardziej sensowny tytuł z jakim się do tej pory spotkałam, ale główne ciekawe, padające w książce zdanie, które wyraża całą istotę i prawdę o powieści. Właśnie tak nieoczywiste, nieszablonowe wyrażenie jest jednym z powodów, dla których warto zapoznać się z tą historią. W końcu "Żółwie aż do końca"...
Książka to nie tylko młodzieżówka, ale przede wszystkim piękna i głęboka lektura o poszukiwaniu swojej własnej drogi życiowej i swojego własnego "ja". Po prostu coś pięknego, zaskakującego i wzruszającego!
Jeżeli ktoś, kiedykolwiek zastanawiał by się ile można napisać, rozwodzić się na temat książki "Żółwie aż do końca" autorstwa Johna Greena, to odpowiedź brzmi: "Właśnie tyle". Ale jeżeli ktoś jeszcze bardziej drążył by temat i z ciekawości zadałby odwrotne pytanie, odpowiedziałabym: "Żółwie aż do końca popularnego, znanego na całym świecie Johna Greena, to książka absolutnie genialna, wzruszająca. Napisana z charyzmą i humorem, jest bez dwóch zdań warta przeczytania. Polecam!"



Kategoria: Ciekawa książka

Ten wpis polubiło 4 użytkowników

Zaloguj się aby lajkować.

Komentarze:

Data: 2018-04-11 17:23:20

Autor: Morrigan

Brzmi ciekawie, ale raczej nie przeczytam :)
Zaloguj się aby komentować.
Jothanne Washington

Hey guys! Witam na moim nowym blogu, na którym będziecie mogli rozkoszować się recenzjami książek prosto z Brooklynu. Gwarantuję, że wszystkie recenzje pisane są z głębi serca i zawierają klimat amerykańskiej sielanki. Mam nadzieje, że zagłębicie się wraz ze mną w ciemne brooklyńskie zaułki, że będziecie chcieli odkrywać tajemnice bestsellerowych książek, które zmieniają ludzi i ich perspektywę postrzegania świata.

Blogi tego użytkownika:

Brooklyn books reviews

Ostatni wpis: 2019-06-09
Lubimyczytać.pl - idealna strona dla wszystkich książkoholików
Nikt nie lubi być sam. Owszem są pewne wyjątki zaciekłych introwertyków, ale nawet oni nie chcieliby żyć samotnie na bezludnej wyspie. Zostaliśmy stworzeni do życia w wspólnocie - w...
Brooklyn life reviews

Ostatni wpis: 2018-09-13
Niezapomniane wakacyjne wspomnienia
Hey guys! Wakacje już za nami, rok szkolny ruszy pełną parą, ale ja mam dla Was jeszcze nieopisane wakacyjne wspomnienia, z którymi chciałabym się z Wami podzielić. Trochę mnie tu nie...
ZAMKNIJ X